piątek, 15 czerwca 2018

zmęczenie


Czasami mi się zbiera trochę żalu, niby znikąd. I tak mi zalega czas jakiś w środku. Jak liście łubinu to robią, że złapaną rankiem rosę w kroplach zamieniają w niebyt? Czy to samo paruje? Czy desperackim wysiłkiem natury obdarzonej wolą życia a nie celowego ruchu, cudem jakimś liść strząsa z siebie zalegającą wilgoć? A potem magia władająca tą zieloną częścią świata zamienia krople południowych strząsań w coś wartościowego. 
Niech ktoś/coś zamieni mój żal w coś takiego.

No tak, jestem zmęczona. To wtedy podobno jestem najbardziej nie do zniesienia. Wszystko komplikuję, nie tylko w sobie. Zatem usiadłam odpocząć. Patrzę na ogródek z góry. Oglądam zdjęcia tych najmniejszych zielenin. Słabo idzie, ale idzie. Późno wysiane, nie ma co się dziwić.






Ignoruję w sobie tę przemożną chęć sprzątania, staram się nie widzieć podłóg do mycia i półek do przetarcia. Nie teraz, nie dzisiaj. I tak zanim usiadłam, tylko na chwilę weszłam do pralni puścić jeden cykl, a po półgodzinie wyszłam z naręczem poskładanych ubrań. Wyszorowany świeżo zlew błysnął mi podzięce. Zaraz po kawie pewnie pójdę już wieszać.
Niech mnie czasem ktoś/coś poskłada, odświeży i da odetchnąć.

sobota, 9 czerwca 2018

zwyczajny niby piątek


Dzisiejszy dzień był szczególny. Zaczął się niespiesznie. Mała spała długo, bo aż do 8:30 i niespodziewanie zrobiło mi się rankiem wolne pół godzinki, gdy już wszyscy wyszli. Nie, nie zrobiłam kawy i nie poszłam w słońce na balkon. Ćwiczyłam pilates.
Kiedyś regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na zajęcia z bardzo kompetentną instruktorką. Niespodziewanie dla samej siebie bardzo polubiłam wtedy tę formę ćwiczeń i bardzo żałuję, że obecnie nie mam możliwości uczęszczać na takie zajęcia.
Nie mam w domu maty, ale udało się poćwiczyć. Słońce i ćwiczenia dały mi taką energię na cały dzień, że byłam dzisiaj jak mały domowy robocik. Umyłam wszystkie okna od frontu i wyszorowałam wszystkie łazienki. Nie będę wspominać o takich "detalach" jak obiad czy pranie. A to wszystko tylko w przerwach od opieki nad najmłodszą :)
Wieczorem poszłam z dziewczynami na spacer. Były rozmowy, obserwacje, lody. Znalazłam jeszcze potem czas na moje pasje i na kompot z truskawkami, rozmowę ze znajomym przez internetowy komunikator,
Och, naprawdę udany dzień. Pewnie zginie w pamięci, bo nic szczególnego się nie wydarzyło. Zwyczajny niby piątek i rutynowa codzienność. A tyle w tym było szczęścia :)


czwartek, 7 czerwca 2018

niedostępna


Byłam ostatnio kompletnie nieobecna w codzienności i nie do życia. Czytałam. Tak mam, no jak się dorwę do książki, a tym bardziej, jak ona ma jeszcze jakieś kontynuacje, to rzeczywistość ogarniam na autopilocie, lecz głową obecna jestem w innym świecie. I naprawdę nie ma znaczenia, czy książka zalicza się do Literatury, czy do literatury ledwo się łapie. Czytam bowiem wszystko, oczywiście w różnym czasie.

Mówili mi na studiach, a one właśnie humanistyczne były, że skutecznie mnie wyleczą z radości lektury, z tego zanurzenia się w świat wymyślony bez opamiętania. Że poznam wszystkie triki, większość z nich, jakie stosują autorzy i czytając po prostu się nie dam oszukać. Będę czytała myśląc, jak to jest zrobione, jak napisane, a zapomnę o czym. Więc jeśli ktoś naprawdę lubi czytać - ostrzegał nas opiekun roku - to nie są studia dla tej osoby. 

Jak to dobrze, że mam humanistyczną schizofrenię! Potrafię czytać i tak, by analizować i tak, by fabuła mnie porwała. Potrafię przy babskich czytadłach bestsellerowych odczuwać autentyczną radość lektury i przymykać bezboleśnie oko na warsztatowe niedociągnięcia. Chętnie to robię.
Być może tak powinno być, że ktoś pisze, a ktoś inny ocenia. W sumie to dwa różne warsztaty, różne narzędzia, ale mierzi mnie akcentowanie potrzeby istnienia tylko Naprawdę Wartościowych Powieści i wyśmiewanie tych - powiedzmy sobie - mniej literackich. No i nabijanie się z kobiet pożerających czytadła.
Doceniam, staram się w każdym razie, szanować różnorodność literackich upodobań oraz wykonań. Tylko ten, kto nigdy nie spróbował, może uważać, że napisanie dobrego tekstu to nic trudnego. Zresztą, napisanie nawet mniej ambitnego tekstu jest trudne. 

Trwając zatem w błogim zachwycie, że podlewany regularnie ogródek wzrasta sobie bez mojego udziału, a zakurzone okna milczą taktownie, o ile tylko udaje mi się znaleźć w zamrażalce przygotowane uprzednio kotlety na obiad, a dziecię usnęło w końcu po wielkich bojach, po prostu czytam, czytam, na potęgę powieści sobie na balkonie za dnia czytam! A nocami sen oszukuję i też sobie czytam...