czwartek, 19 kwietnia 2018

psia natura


To jest szałaput nie pies. Nie usiedzi ani chwili, nie bardzo się słucha i nie da się ujarzmić jego wścibskiej natury. Nawet po naszym maleńkim ogródku szaleje. Ta mokra kulka na końcu pyska była już chyba wszędzie i żadna ewentualna kara jej nie powstrzyma. Oczywiście, ma to swój urok, ale przede wszystkim taka jest właśnie natura tej rasy. Podobno terier walijski, a może nawet każdy terier, ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, swoich umiejętnościach i posturze, i nie boi się w związku z tym niczego i nikogo. Tak ma być. Mój pies też zatem nie wie, że jest zasadniczo mały i jego jazgotliwe szczekanie nikogo nie odstraszy. 
Wielki pies w małym ciele. Cóż, nie należy do moich ulubionych, niestety muszę się przyznać. Z pewnością nie przepadam za tą rasą. Przekonuję się o tym każdego dnia. Ale ... nic z tym nie da się zrobić, więc jakoś sobie razem żyjemy, jak to w rodzinie.

Kilka dni temu minęło 6 lat od śmierci mojego ukochanego psa, Kory. To takie przykre. Pamiętam jak jej mąż obiecywał, że kiedyś będziemy mieli dom z ogrodem i będzie mogła wygrzewać się w słońcu na jakimś tarasie. Zamiast tego znosiła nas w ciasnym mieszkaniu, wychowywała z nami nasze dzieci. I odeszła trochę za wcześnie.
Pamiętam o niej, dużym wilkowatym kundlu, czasem przeze mnie niedocenianym. A dziś ten mój młody szałaput, tak różny od przyjaciółki z psiego nieba, zwyczajnie i spokojnie ułożył się słońcu w ogródku dokładnie tak, jak to jej obiecywaliśmy. 
I tak mi się głupio zrobiło, że znowu dałam się wciągnąć w pułapkę nielubienia. Zamiast trochę oczy przymknąć na psoty, na charakterek i inne sprawy. I bardziej polubić, pogłaskać, docenić. Póki czas.


Przeczytałam rano ten wpis. Z pewnością nie pozostał on bez wpływu na moje odczucia względem mojego własnego psa. A myśląc o komentarzu, poszłam chwilkę popracować w ogródku i nagle jakoś wszystko złożyło się w całość. I brak słów, i tęsknota i niespodziewane podobieństwo dwóch niepodobnych psich natur.


środa, 18 kwietnia 2018

kwiatki


Wiem, przynudzam. Ileż można o kwiatkach bratkach! Żaden to cud natury, że na wiosnę wszystko kwitnie, a kupione gotowe, posadzone, wygląda kolorowo i cieszy. Ale naprawdę nacieszyć się nie mogę tymi kilkoma metrami ogródka, zaniedbanego jeszcze co prawda. No i te kolorowe kwiatki od frontu - dla mnie magia. I pociecha, nawet w deszczu.




I jeszcze kwiat magnolii, bo znalazłam aparat i mogłam troszkę się zbliżyć. Mam ją o krok. Wystarczy, że z salonu wyjdę na balkon i są - ogromne kwiaty na wyciągnięcie ręki. Jak tu ich nie fotografować? Obok kwiatów już pojawiają się liście...


W ogródku mam jeszcze krzew migdałka. Niestety, rośnie w takim miejscu, że bardziej mi przeszkadza niż cieszy. Ma co prawda śliczne małe kwiaty i w ogóle jest uroczy, ale niestety krzew od dawna chyba nie był przycinany i bardzo zdziczał. Dopiero po kwitnieniu mogę go troszkę ucywilizować, ale nie mam pojęcia, czy jeszcze się uda. Może zdecyduję się na jego całkowitą likwidację, mimo uroku bladych kwiatuszków.


Generalnie nie mogę się już doczekać tych naszych zaplanowanych na pierwszy weekend majowy poważniejszych prac ogrodowych. Postanowiłam bowiem wyciąć cały jeden rząd potężnych, kilkumetrowych tui. Zasłaniają mi słońce, bo stanowią całą południową ścianę ogrodu. Chyba nigdy nie były przycinane, bo gałęzie mają długie, ponad metrowe, a zielone tylko na ostatnich kilku centymetrach. Początkowo chciałam tylko im gałęzie od dołu przyciąć, aby zgrabnie wygarnąć spod nich, ale spodobało mi się sprowadzanie do ogrodu słońca sekatorem, no i decyzja zapadła. Piła już czeka...

wtorek, 17 kwietnia 2018

coś na coś


Rozpadał się deszcz. Na nowe smutki, najnowsze.
Wczoraj kontrola u lekarza potwierdziła, że mała już jest zdrowa i zapalenie oskrzeli minęło. Krótko się cieszyliśmy. Już w nocy znowu wysoka temperatura i tysiące domysłów, czy to się jednak nie skończyło, czy nowe się zaczyna? Może to jednorazowa taka akcja? Ale nie, w południe znowu musiałam podać lekarstwo, więc pewnie jutro znowu lekarz zamiast spaceru.
Nie byliśmy na takim prawdziwym spacerze już ponad tydzień...

W kuchni pachnie jarzynową. Tylko mąż ją uwielbia, rzecz jasna. Przypomina mu dzieciństwo i przedszkole. A on też od wczoraj zakatarzony, podłamany, zmęczony.

Przynajmniej krople deszczu ładnie wyglądają na kwiatach magnolii, choć nie wiem jeszcze, w którym pudle mam aparat, aby zrobić lepsze zdjęcia. Smarti nie daje rady, ja nie daję rady. I też się snuję po domu z filiżankami w rękach, a to kawy, a to herbaty i planuję. Tu przestawię, tam przeniosę. Kwiaty doniczkowe domówię, przesadzę. I w sypialni kolor zmienię, nie - sypialnię przeniosę. Może to coś na coś pomoże...