piątek, 26 października 2018

biedronka, która mi zwiała

Na 38 piętro bardzo rzadko dolatują gołębie, ale widziałam na szybie biedronkę. Trudno było, niezręcznie tak podczas szkolenia wyjąć aparat i robić jej zdjęcia. Więc tylko na nią patrzyłam. 
W swoim biedronkowym stylu łaziła sobie po szybie, chyba nieświadoma wysokości. Może na niej nie robi wielkość takiego wrażenia jak na mnie. Nie spieszyła się. Nawet sobie przystanęła, chociaż co to za stabilność na gładkiej powierzchni prostopadłej do poziomego betonu poniżej? W każdym razie w niej strachu nie było. Rozłożyła te swoje żenująco mikroskopijne w tym ogromie skrzydełka i z gracją rzuciła się w miejską przepaść. 
Gapiłam się trzy dni. 

Ja tak nie fruwam. 








ogródek we mnie

Dobrze jest czasem się zatrzymać w pół kroku, choćby przy oknie, z firanką niedosłoniętą, nad pozostawionym  na parapecie kurzem. Kilka minut, jeśli można nie biec dalej, jeśli dane jest wniknąć pod powierzchnię rzeczywistości. Darowany tydzień w domu za dnia, marudne kilka dni z termometrem, inhalacjami, drzemkami przerywanymi szlochem i nocą z wiecznie zapaloną lampką na parapecie. Nie, nie, wcale się nie skarżę. To życie, jestem już nauczona, żłobek, jesień, infekcje - norma. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Zwyczajnie - dziękuję. Że mam dla kogo być zmęczona i dla kogo wstawać w nocy. Że raczej uda się bez antybiotyku. Że raczej nie wyrzucą mnie z pracy za te kilka dni zwolnienia. Że mimo wszystko znalazłam kilka chwil dla siebie na przemyślenia.

Jest we mnie jeszcze kilka kolorów, niespodziewanych niekiedy. Nie jestem wiecznie zielona, ale już przeklęta życiowa mądrość podbarwiła mi radość fioletem, różowym niekiedy. Czy tak łatwiej znosić cierpienie to nie wiem, ale przynajmniej nie wygląda ponuro.
Hebe - jestem zakochana w tym niepozornym krzaczku. Posadziłam chucherko na wiosnę, w złym miejscu. W przyszłym roku zamierzam przesadzić gdzieś na widoku. Cudeńko.


Ostatnie kwiaty, wspomnienie lata, wieczorów podlewania. Szałwia i cynie, nieoczekiwanie nawet lwia paszcza. Moje odkrycia. W papierowych torebeczkach czekają już nasiona gotowe na kolejny sezon. Będzie ich więcej, w różnych miejscach. Może nie razem, no ale w tym roku nie wiedziałam.
Dumne cynie, ufne, okazałe, świadome siebie. Złamane znajdują sposób na odrodzenie. Kompletnie się nie poddają, nie więdną nawet. Prędzej uschną w wazonie niż zobaczysz ich zwieszoną koronę z mnóstwem nasionek. Całkowicie doskonałe.



Za mało w tym miejscu było słońca dla papryk. Zielone, wciąż zielone, a może one zielone są - nie mam pewności. Dostałam losowe sześć czy siedem sadzonek i mogły być żółte, czerwone lub zielone. Dla mnie fenomenalne, że w ogóle są, urosły, chciało się im mimo wszystkich możliwych moich błędów. I może nawet ich nie zjem - nieważne.


Moja magnolia zażółciła się. Takiej jej jeszcze nie widziałam. Była początkowo biało-różowa. Potem zielona, a teraz jesiennie rozjaśnia okna w salonie. Pożegnalna suknia.



piątek, 12 października 2018

dostęp

Och, jesień, dobrze, że mnie dopadasz. W kilkusekundowych odcinkach przebudzeń w ciągu biurowych niedorzeczności i błahostek zwykłych wtorków, czy tam śród, piątków, z trudem uświadamiam sobie sens zarumienionych liści, zabłąkanych na polach mgieł pod lasem i tego jak mnie zmierzch odprowadza do domu z autobusu.
Po wyjściu z kontrolowanej kompozycji betonu, szkła i drewnopochodnego laminatu, dokąd podwieszone pod sufitem systemy industrialnych urządzeń tłoczą gaz ponoć w właściwej proporcji do utrzymania naszych wstydliwych fizjologii, pierwszy oddech na warszawskiej ulicy w samym centrum tego lokalnego wszechświata nieodmiennie smakuje nostalgią. Zabroniono nam otwierać okna, a naszą krnąbrność ukarano zabierając klamki.

Codziennie nie zdążam obejrzeć fioletowych liści krzewu z ogródka, ale przynajmniej przez cały most nie czytam. Z szacunku do cudu natury podnoszę głowę znad książki od jednego brzegu do drugiego i nie nazywając kolorów, bo nie ma właściwych określeń, po prostu patrzę: rzeka, drzewa, niebo...