piątek, 11 sierpnia 2017

Bez tytułu

Już noc. Siedzę na balkonie i kradnę sobie czas na sen. W minutach. Ale dni takie upalne, że i myśli sennie rozbijają się w mojej głowie, spać nie dają.
Dniami obwożę wózkiem swoje szczęście po parku, krążę wokół szumu fontann. Nocami rozpamiętuję. Lub tylko jestem. Kim jestem? Kim bywam?

Znów chciałabym wszystko zmienić. To taka świetna okazja. I tak wiele się zmieniło, może by jeszcze? Odważyć się w tej drugiej połowie życia zmienić miejsce, zajęcie, podejście? Przekonać się. Zaryzykować.
Pomyślałam tak w zeszłym tygodniu, spokojnie, zwyczajnie jakoś, niespiesznie. Pomyślałam bez zobowiązań.
I wszystko wróciło. Ten mój głupi lęk. O głupie dotychczasowe wszystko.

Siedzę zatem nocą nieco zgnębiona. Twarda ławeczka, pelargonie podlane w ciemności. Przez otwarte balkony wylewają się sąsiedzkie rozmowy.
Jestem. Bywam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Karmię, karmię, karmię

Zabawne, kiedyś miałam tak mało czasu na wszystko. Miałam wrażenie, że biegam zamiast chodzić i łapię sznurki wielu spraw jednocześnie, niektóre udawało się powiązać, inne tylko pogubić.
Zabawna byłam.
Teraz to naprawdę nie mam czasu. Godziny dnia mijają na karmieniu. Każdemu to, co najlepsze. Dłużące się niekiedy sesje z rozpiętą bluzką, przechyły spod pachy, od których plecy bolą i dziwnie nogi drętwieją, minuty skradzione podczas snu na gotowanie, zamrażanie, podgrzewanie... Jestem tak zaangażowana w gastronomiczny aspekt funkcjonowania mojej rodziny, że nie mam siły na nic ponadto. Ja, taka rozczytana, zaszydełkowana, filmowa i spacerowa, nie mam kiedy zasiedzieć się na balkonie. I dopiero jak zupełnie padły stokrotki zobaczyłam, że to mszyce, podłe.
A spacery mam chaotyczne, krótkie i bezliterkowe. Może czasem się uda do sklepu wejść, oczywiście ... spożywczego.

środa, 5 kwietnia 2017

mama gondolowa


Jestem obecnie codzienną bywalczynią parku. Szwędam się alejkami, skradam ukradkiem. Wymieniam spojrzenia niedospanych oczu z innymi gondolami. Pozdrawiamy się chodem nieśpiesznym, drżeniem dłoni, niepokojem wszytym już na stałe w załzawione tęczówki. Nie gadamy. Nie ma o czym. Historia każdej z nas jest urzekająca i każdy by się wzruszył. Ale nam od tego już niedobrze, od wspominania.
Spacerówki - to co innego. Etap socjalizacji. Można, z tego co pamiętam, bezpiecznie zająć się schematem żywienia, wydalaniem, rozmiarami śmiesznych ciuszków czy patentami na kolejne pięć minut zabawy. 
Ale teraz? Gadać nie ma po co. Każda najchętniej by została w domu, jeszcze na chwilę zasnęła, przysiadła, zapomniała. A tu trzeba do przodu i pchać, pchać, nie przysiadać.
Nie mam czasu czytać ani pisać. Jeśli nie karmię to śpię, dom ogarniam, gotuję. Prowadzę pozory życia mamy starszych dzieci, słucham, lekcje sprawdzam, obserwuję snujące się plany na przyszłość. I czas mi się jednocześnie dłuży i pędzi. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale jest. 
Dokładnie tak, jak jestem sobą i trochę nie jestem. 
Nadmiar myśli przytłacza mnie nocami, spacerami. Zwykle pomaga ich wypisanie. Ale teraz nie jest to czynność wpisana w schemat codziennych zadań gondolowej mamy. Nie ma miejsc na to i chwil.
I tylko czasem w parku czytuję blogi, nie komentuję, bo to by trzeba stanąć, a nie mogę. Zachwycam się codziennością ludzi, że tak może ona innym trwać, gdy mi się bardzo zmieniło. I cieszę się, jak jest dobrze i martwię, gdy ktoś przeżywać musi wielki ból i stratę. 
Jestem trochę wyłączona z głównego nurtu, w bocznej alejce. Choćby nie wiem co, najważniejsza jest obecnie ta moja gondola, co ją pcham.