sobota, 11 lipca 2020

w porannym deszczu

Rzeczywiście, deszcz nie przeszkadza w bieganiu. Nie to, że jakoś specjalnie chciałam sprawdzić, wcale nie. Wstałam o 5:30 jak co drugi dzień. Padało, nawet dość intensywnie. Postanowiłam poczekać i nastawiłam zaczyn drożdżowy na bułeczki z marmoladą. Pomyślałam, że chociaż tyle będzie z tej porannej godziny.
Wykonałam gimnastykę rehabilitacyjną, która jest tak nudna, że zwykle trudno mi się do niej zabrać. Potem zagniotłam ciasto i okazało się, że nie pada, a ja mam godzinkę do następnego etapu drożdżówek.
Wyszłam zatem.
Przed domem zakwitła pierwsza jeżówka, a trening zaczął się przyjemnie. Rześkie powietrze po deszczu, mokra nawierzchnia, ludzie w kurtkach dziwnie patrzyli na mój krótki rękawek, ale wcale nie było mi zimno. Moja słaba kondycja nawet w marszu rozgrzewa mi ciało i zaróżawia twarz, więc już po chwili biegu było mi gorąco jak zawsze.
No i zaczęło padać, na szczęście nieznacznie. Pomyślałam, że choćby nawet to bardzo nie zmoknę. Obecnie moje treningi biegowe trwają zwykle około 20 minut, a byłam tak mniej wiecej w jednej trzeciej.
Uwielbiam to uczucie po bieganiu. Piję kawę na balkonie po prysznicu. Czuję niemal wdzięczność swojego ciała, wypoczynek mięśni, regularny oddech, spokojne biecie serca. Krople delikatnie budzą magnolię, ogródek nasyca się wilgocią i każdy kolor świata wznosi się na wyżyny swojej intensywności.
Wczoraj dojrzał pierwszy pomidor. Jeszcze bym mu dała trochę czasu na krzaczku, ale małe rączki bardzo były niecierpliwe...

wtorek, 7 lipca 2020

taras pomidorowy

Nowy tydzień, nowa trasa. I troszkę dłuższy dystans. Ustaliła się też moja pora na bieganie. Wstaję 5:30, lekko marudzę w łazience i przed szóstą kończę już rozgrzewkę.
Dziś słońce nie spotkało mnie na drodze. Pochmurny poranek, ale nie padało. Powietrze nie przyklejało mi podkoszulka do ciała i było cudownie czym oddychać.
Gdy biegnę, zdaje się, że nie myślę o niczym. Ani o niezałatwionym jeszcze wyjeździe, ani o ślimakach w ogrodzie, o pracy i innych kłopotach. Raczej mój umysł biegnie ze mną, skacze luźno po napotkanych pięknościach świata, zachwyca się kwiatami przy domach, zapachami, wymyśla mijanym ludziom życiorysy.
Popołudniami lubię natomiast przesiadywać na pomidorowym tarasie. Wszystko jeszcze zielone, ale wkrótce wkradnie się tutaj trochę czerwieni i złota.

piątek, 3 lipca 2020

myśli z rana


Cudownie zmęczona, czerwona z wysiłku, przysiadłam na wschodnim balkonie z kawą. Czuję jak mi mięśnie wypoczywają, zadowolone, że znowu o nich pamiętam.
Słońce wygląda zza sąsiedzkich dachów, oświetla ślady nocnego deszczu.
Biegam tylko kilka minut rano. Dziś było super. Popsuł mi się zegarek, pewnie bateria do zmiany, nie mogłam przez to precyzyjnie odmierzać interwałów marszu i biegu. Ale może dzięki temu bieg niósł mnie dziś ścieżką wolności. Spodobało mi się.

Nie będę naprawiać zegarka, nic na siłę. Przez tych kilka zmian, które wprowadziłam ostatnio w codzienności, nic radykalnie przecież się nie zmieni. Czas na wewnętrzne układanki muszę kraść snu. Ale i tak czuję się szczęśliwsza, chcę się tak czuć, mimo obecności smutku, który dotrzymuje mi kroku w biegu, sny oplata niepokojem i wprowadza zamęt w myśli.