sobota, 24 sierpnia 2019

o niczym


Sobota, lekkie popołudnie, jeszcze jest nadzieja na udane popołudnie, pracowity ranek już minął. Odpoczywam po trudnym tygodniu, niezwykle intensywnym. Jestem sama, nie licząc śpiącej córki, siedzę przy komputerze, co mi się ostatnio w domu nie zdarza. Wszystko mi się zbiera na parapetach do kwitnienia, ogródek, taras i balkony szaleją. Jest czym oczy cieszyć i za co dziękować. Zwłaszcza w kontekście mojego trzydniowego urlopu, który spędziłam w poczekalniach, recepcjach, wisząc na telefonie do zapisu na styczeń, rzadziej na listopad. Tyle zabiegów, aby wszystko było pod kontrolą.
Poczekalnia to dziwne miejsce, a taka w szpitalu przed badaniem szczególnie. Pięć osób zapisanych na jedną godzinę, czekamy na wywołanie, lekarz decyduje o kolejności pacjentów. Znużenie pielęgniarek, chłodny profesjonalizm specjalistów, spłoszone spojrzenia pacjentów. 
Nie wiem po co zawsze przychodzę wcześniej. Mam przy sobie książkę do czytania, smartfona ze wszystkimi znajomymi i nieznajomymi do gadania, słuchawki do słuchania. I nigdy nie jestem w stanie robić nic. Czekam. Gdzieś po "zdrowaś" myśl mi załamuje samotna kobieta z wynikiem w dłoni, która nie ma się kogo zapytać, co to jest bci. Tracę wątek przy "królestwie Twoim", gdy lękliwie zagadnięta szeptem pocieszam sąsiadkę. Tak, ja kolejny raz. Nie, to nic nie boli. Tylko nieprzyjemne. Potem same skróty na wyniku i dopiero lekarz powie przy wizycie. Teraz nie ma się czym przejmować, jeszcze nie. Trzeba czekać.
A tymczasem drugi tydzień biegania w toku, każde wyjście cieszy. Na fitnessie przybyło babeczek i robi się zabawniej, chociaż jeszcze każda oficjalnie nadąża za prowadzącą. Czuję jak od samego zakładania odzieży sportowej ubywa mi zmartwień. I tak mnie kręci, że oprócz tych do biegania, mam też buty do fitnessu, a także zegarek z timerem, pas na telefon, a przymiotnik sportowy pasuje do stanika, nie tylko do dresu.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Plan treningowy



Tym razem sporo czasu mi zajęło, aby podjąć decyzję o powrocie do aktywności sportowej. Chodzi o taką bardziej systematyczną, a nie okazjonalne przejażdżki rowerowe czy spacery. 
Co prawda na co dzień nie unikam aktywności, wybieram schody, a nie windy, nawet po tych ruchomych schodzę, wolę na pieszo przejść ten jeden przystanek, niż pchać się do zatłoczonego autobusu, podbiegam do uciekających, nie odpuszczam, ale przecież to ciągle za mało, aby wrócić do formy.
Po żadnej ciąży nie zapuściłam się tak bardzo jak teraz. Pewnie to też mój wiek sprawia, że wszystko jakoś wolniej i trudniej mi przychodzi. I tak dopiero ponad 2,5 roku po porodzie i roku od powrotu do pracy podjęłam sportowe wyzwanie.
Raz w tygodniu chodzę na fitness, ćwiczenia na brzuch, uda i pośladki. Myślałam, że to będą w sumie takie ćwiczenia jak w pilatesie, który trenowałam kilka lat dość intensywnie. Uwielbiam pilates.
Tym razem jednak jest trochę inaczej. Trening zaczynamy energiczną rozgrzewką. 20 minut klasycznego fitnessu, chyba to się nazywa trening obwodowy, a potem ćwiczenia na macie na wspominane części ciała i na koniec rozciąganie. Tego ostatniego jest bardzo mało, a szkoda, bo uwielbiam. Pomyślałam sobie jednak, że to dobrze, bo rozciąganie nie jest mi tak bardzo potrzebne, w każdym razie nie stanowi dla mnie wyzwania. Natomiast te energiczne ćwiczenia już tak. Formę mam bardzo słabą.
Raz w tygodniu to zdecydowanie za mało, jednak w ofercie nie ma w dogodnej dla mnie porze zajęć, które by mi odpowiadały. Od września postaram sobie dobrać coś z nowego grafiku klubu, ale muszę to zgrać z zajęciami dzieci.

No i oprócz tego wróciłam do biegania, chociaż kiedyś nie biegałam zbyt intensywnie. Tym razem pracuję nad kondycją, a nie kilometrami. Trzy, cztery krótkie treningi w tygodniu według ustalonego planu marszu przeplatanego biegiem. Pierwsze cztery to raptem 14 minut. A było tak trudno!
A we wtorek było super. Noc, pusta ścieżka, wysoko piękny księżyc prawie w pełni i co minuta dyskretne pikanie zegarka, bym zamieniła bieg na marsz lub odwrotnie. Zadziwiające, nie byłam wyczerpana jak po pierwszym wyjściu, a nawet czułam niedosyt. Jeszcze dwa treningi i zmiana schematu. Będzie coraz trudniej.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Kwiaty mojego ogródka


Ten post będzie kolorowy jak początek sierpnia w moim ogródku. Chcę zatrzymać takie obrazy na późną jesień, gdy barwy zblakną i oddadzą prym brązom.

Uwielbiam je, te moje kwiaty z ogródka, wszystkie z nasion. Każde kiełkowanie wzbudzało mój zachwyt, każdy pączek, a kwitnienia to niemal ekstaza.
Jestem trochę chaotyczna w wyborze, nie tworzę kompozycji, szaleję z kolorami, ale to wszystko przez pierwszość tych wysiewów i nasadzeń. Jeszcze się przekonuję, co lubię, co pasuje, co jest odpowiednie do warunków, które mogę zapewnić.
Już wiem, których roślin w przyszłym roku u mnie nie będzie i szukam nowych do spróbowania. Uczę się, kwiatów i siebie.