piątek, 30 lipca 2010

urlop

Dzisiaj ostatni dzień pracy. To znaczy nie tak w ogóle ostatni z najostatniejszych, ale zwyczajnie końcowy z tej tury dni przed urlopem. W tym roku - szaleństwo na maksa. Zaplanowałam pełne trzy tygodnie na raz, ciurkiem, dzień po dniu - od poniedziałku właśnie.
Wyjeżdżamy. Nad morze. Jak się z praniem wyrobię. Tasia wróciła z torbą czekających na wolne sznurki utytłanych koloniami ciuchów. Chyba do jutra nie dam rady. Chyba pojedziemy w poniedziałek z samego rana.
Przed urlopem to najlepszy stan. Naobiecywałam już sobie, czego to ja nie zrobię, ile się nie naczytam, wszystko pokończę, zaplanuję nowe, a jeszcze - a jakże! - odpocznę, odeśpię, nie tylko gęba będzie mi się śmiała, ale i serce nawet, co ja gadam - skarpetki także! Tyle dni beztroski, czy precyzyjniej - troski innej, np. czy doschną ręczniki, czy gofry lepsze z jagodami, czy z samą bitą śmietaną, czy iść na plażę rano, czy trochę później i w którym barze zjeść talerz pomidorowej.
I niech ten czas mija powoli. Niech się sekundnik dwa razy zastanowi zanim się na zegarku przestawi na kolejne pole.

piątek, 16 lipca 2010

poczekam

Nadtopiły mi się emocje pozytywne, posklejały jakoś. Trwam sobie w lepkiej przestrzeni, robię co muszę, ale jakoś tak bez przekonania, bez ambicji, bez przyjemności.
Nie czytam, nie piszę.
Poczekam.

środa, 7 lipca 2010

lato w mieście

Stały na klatce dzieciaki. Kilka niedużych sztuk. Ze trzy takie powiedzmy jedenastoletnie, ze dwie o dwa lata starsze, może ze dwa jeszcze trochę większe. Towarzyszył im sok dwulitrowy grapefruitowy chyba, a może pomarańczowy? Nie zauważyłam. Kilka plastikowych kubeczków na betonowym parapecie - za wysokim na chude niewysokie nóżki, aby komfortowo stawiać tam litrową wódkę wcale nie najgorszej produkcji. Dlatego jeden z najmniejszych, pewnie po sprawiedliwości, trzymał ją kurczowo w ręce.
Musiałam przejść obok. Alkohol zawsze pachnie tak samo. Z nastoletnich ust równie nie na miejscu jak z innych około 17 we wtorek na klatce, no może trochę bardziej irracjonalnie. Więc przeszłam spokojnie z siatką zakupów, a po schodach minęłam podlotka zapinającego rozporek. Pewnie odlał się w zsypie.
I to koniec historii. A może nie? Taka zagadka z dziedziny absurdu. Co zrobiłam? Co zrobiłbyś/zrobiłabyś Ty? No i dlaczego? Przede wszystkim - dlaczego?

wtorek, 6 lipca 2010

znowu

Znowu jestem w domu na bieżąco. Po raz setny obejrzałam pusty zlew i dno kosza na pranie. Zamiast tego zmywarka gra, a konwaliowy zapach ze sznurków na balkonie ucieka wgłąb pokoju przed słońcem. Kończę drugi dziecięcy sweterek. Fasolowa wesoło bulgoce w kuchni. Zamiast pantofli mam bose stopy, a wyprasowane koszule czekają na przyszły poniedziałek w szafie.
Niestety.
Chociaż tak jest miło, że mogłoby być tak zawsze, przyczyna tego porządku jest nie od zaakceptowania. Tak, wiem, wiem, wychoruje się. Cóż to za dziwne określenie! Jakiekolwiek by nie było wiem, że jest w nim jakaś prawda.
Czekam więc. Zapisuję, by pamiętać o przyczynach, gdy wkrótce statki zacumują w nadmiarze w zlewie, jęknie pusta lodówka, a ciuchy do prania rozsypią się malowniczo wokół kosza w łazience.

czwartek, 1 lipca 2010

skala 0-10

To taka zabawa. O - beznadzieja, a 10 - super ekstra. To dla uczuć i emocji, stanów i innych takich spraw, których policzyć w sztukach się nie da. Dla przedmiotów, ludzi i innych spraw policzalnych - liczba obok oznacza sztukę.
Zatem start. Dziś od rana:

uśmiechnięte osoby - 2
stopień porannego spóźnienia - 5
kawy - 2
kanapki - 1
antybiotyk - 1
zaangażowanie - 4
atmosfera w pracy - 5
stopień wyspania - 3
ambitne plany na wieczór - 8
humor - 4
pogoda - 8
miły telefon - 1
...