wtorek, 26 czerwca 2018

trawa

Ech, życie jest takie piękne, gdy można sobie trawę posiać. Po raz pierwszy w życiu i jak każdy mnie ostrzega - nie ostatni, bo będę wkrótce dziury łatać. Pewnie dla niektórych życie jest fajne nawet bez siania czegokolwiek, no ale ja jakoś przeważnie potrzebuję pretekstu, aby się ucieszyć. A dziś nie tylko trawa. Jeszcze spacer z najstarszą i najmłodszą córką, telefoniczna pogawędka z obozu ze średnią córką. W ciągu dnia miałam czas przemyśleć pewną sprawę, dzięki temu miałam szansę zadać właściwe pytania. A teraz mam na talerzu otrzymane przypieczone na patelni jak lubię pierogi z serem najlepszej maminej roboty. 

Lewa strona ogródka za domem:

Prawa strona ogródka za domem:

Centralne nic, ale wszystko z posianą trawą. Za jakiś czas pokażę jak urosło (mam nadzieję).

Dwa pozostałe rogi ogródka kiedy indziej :)

poniedziałek, 25 czerwca 2018

słońca w wazonie


Kiedyś lubiłam się chwalić, że nie lubię kwiatów ciętych, że wolę te w doniczkach, bo żyją. A te ucięte to tylko agonia w wodzie, kilka dni oczy cieszą, a potem kubeł. Ale teraz już dorosłam i mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że lubię, może egoistycznie, ale lubię kwiaty w wazonach porozkładane po całym domu.
W sobotę dostałam właśnie kilka kwiatów z zaprzyjaźnionego ogrodu, zatem miałam pełne ręce uwalane ziemią, bo sadziłam, a te cięte włożyłam do wazonu. Ze względu na intensywny zapach bukiet stoi sobie na moim ulubionym balkonie i zastępuje słońce. Od dwóch dni pada sobie, z przerwami pada i w sumie to dobrze, bo akurat deszcz jest potrzebny. Nie tylko mój ogródek go potrzebuje, także ja. A jak już padać przestanie to na tę rozmoczoną ziemię zamierzamy trawę posiać i będzie koniec większych prac ogrodowych. Dobra, jeszcze pomalowanie huśtawki...






A w kuchni pachnące róże.


magnolia pod koniec czerwca


Mimo weekendowego zamieszania snułam się wczoraj wczesnym rankiem po domu z kubkiem kawy, bo znowu zaczęłam ją pić. W sobotę byliśmy na wyjeździe. Niedziela się zaczynała wcale nie leniwie, a ja miałam sporo do roboty. Więc to było snucie się ani miłe na przebudzenie, ani nie leniwe niedzielnie. Takie łażenie na smutno. Bo jeszcze miałam w pamięci niekoniecznie sympatycznie zamkniętą sobotę.
Rodzaj smutku, który od czasu do czasu fundują mi emocje. Coś za dużo powiem, za ostro spojrzę, krzyknę. A krzyk naprawdę jest oznaką słabości, więc po wzburzeniu wraca do mnie cała ta moja nieporadność. Potem noc, wszyscy śpią, a mnie jak kołdrą otula bezradność, bo ciężko coś robić z minionymi emocjami. Spałam szybko, śniłam nieuważnie, zmarzłam od tych żali i wyrzutów. Z kubkiem kawy przygotowywałam się na balkonie do najlepszego z możliwych rozwiązań, korzystając z niedzieli.

I wtedy właśnie jakoś tak przygarnęłam do siebie jedną z gałęzi magnolii...


Jak ja mogłam wcześniej tego nie zauważyć?! Przecież ona znowu przygotowuje się do kwitnienia! Między liśćmi jest całkiem sporo malutkich jeszcze pączków, tylko kilka jest już naprawdę sporych jak ten na zdjęciu. Byłam przekonana, że magnolie kwitną tylko wczesną wiosną. A tu proszę - niespodzianka! Doczytałam już jak wielką byłam ignorantką. Magnolie są naprawdę różne, niektóre kwitną bardzo wczesną wiosną zanim mają liście, inne dopiero latem, jak ich liście są już rozwinięte, ale są też takie, które potrafią jedno i drugie.

I jak tu się nie cieszyć? Tyle nadziei jest w tych pączkach. Niedługo się rozwiną i mam nadzieję, że znowu zapcham sobie foldery tysiącem zdjęć tym razem czerwcowej magnolii.

piątek, 15 czerwca 2018

zmęczenie


Czasami mi się zbiera trochę żalu, niby znikąd. I tak mi zalega czas jakiś w środku. Jak liście łubinu to robią, że złapaną rankiem rosę w kroplach zamieniają w niebyt? Czy to samo paruje? Czy desperackim wysiłkiem natury obdarzonej wolą życia a nie celowego ruchu, cudem jakimś liść strząsa z siebie zalegającą wilgoć? A potem magia władająca tą zieloną częścią świata zamienia krople południowych strząsań w coś wartościowego. 
Niech ktoś/coś zamieni mój żal w coś takiego.

No tak, jestem zmęczona. To wtedy podobno jestem najbardziej nie do zniesienia. Wszystko komplikuję, nie tylko w sobie. Zatem usiadłam odpocząć. Patrzę na ogródek z góry. Oglądam zdjęcia tych najmniejszych zielenin. Słabo idzie, ale idzie. Późno wysiane, nie ma co się dziwić.






Ignoruję w sobie tę przemożną chęć sprzątania, staram się nie widzieć podłóg do mycia i półek do przetarcia. Nie teraz, nie dzisiaj. I tak zanim usiadłam, tylko na chwilę weszłam do pralni puścić jeden cykl, a po półgodzinie wyszłam z naręczem poskładanych ubrań. Wyszorowany świeżo zlew błysnął mi podzięce. Zaraz po kawie pewnie pójdę już wieszać.
Niech mnie czasem ktoś/coś poskłada, odświeży i da odetchnąć.

sobota, 9 czerwca 2018

zwyczajny niby piątek


Dzisiejszy dzień był szczególny. Zaczął się niespiesznie. Mała spała długo, bo aż do 8:30 i niespodziewanie zrobiło mi się rankiem wolne pół godzinki, gdy już wszyscy wyszli. Nie, nie zrobiłam kawy i nie poszłam w słońce na balkon. Ćwiczyłam pilates.
Kiedyś regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na zajęcia z bardzo kompetentną instruktorką. Niespodziewanie dla samej siebie bardzo polubiłam wtedy tę formę ćwiczeń i bardzo żałuję, że obecnie nie mam możliwości uczęszczać na takie zajęcia.
Nie mam w domu maty, ale udało się poćwiczyć. Słońce i ćwiczenia dały mi taką energię na cały dzień, że byłam dzisiaj jak mały domowy robocik. Umyłam wszystkie okna od frontu i wyszorowałam wszystkie łazienki. Nie będę wspominać o takich "detalach" jak obiad czy pranie. A to wszystko tylko w przerwach od opieki nad najmłodszą :)
Wieczorem poszłam z dziewczynami na spacer. Były rozmowy, obserwacje, lody. Znalazłam jeszcze potem czas na moje pasje i na kompot z truskawkami, rozmowę ze znajomym przez internetowy komunikator,
Och, naprawdę udany dzień. Pewnie zginie w pamięci, bo nic szczególnego się nie wydarzyło. Zwyczajny niby piątek i rutynowa codzienność. A tyle w tym było szczęścia :)


czwartek, 7 czerwca 2018

niedostępna


Byłam ostatnio kompletnie nieobecna w codzienności i nie do życia. Czytałam. Tak mam, no jak się dorwę do książki, a tym bardziej, jak ona ma jeszcze jakieś kontynuacje, to rzeczywistość ogarniam na autopilocie, lecz głową obecna jestem w innym świecie. I naprawdę nie ma znaczenia, czy książka zalicza się do Literatury, czy do literatury ledwo się łapie. Czytam bowiem wszystko, oczywiście w różnym czasie.

Mówili mi na studiach, a one właśnie humanistyczne były, że skutecznie mnie wyleczą z radości lektury, z tego zanurzenia się w świat wymyślony bez opamiętania. Że poznam wszystkie triki, większość z nich, jakie stosują autorzy i czytając po prostu się nie dam oszukać. Będę czytała myśląc, jak to jest zrobione, jak napisane, a zapomnę o czym. Więc jeśli ktoś naprawdę lubi czytać - ostrzegał nas opiekun roku - to nie są studia dla tej osoby. 

Jak to dobrze, że mam humanistyczną schizofrenię! Potrafię czytać i tak, by analizować i tak, by fabuła mnie porwała. Potrafię przy babskich czytadłach bestsellerowych odczuwać autentyczną radość lektury i przymykać bezboleśnie oko na warsztatowe niedociągnięcia. Chętnie to robię.
Być może tak powinno być, że ktoś pisze, a ktoś inny ocenia. W sumie to dwa różne warsztaty, różne narzędzia, ale mierzi mnie akcentowanie potrzeby istnienia tylko Naprawdę Wartościowych Powieści i wyśmiewanie tych - powiedzmy sobie - mniej literackich. No i nabijanie się z kobiet pożerających czytadła.
Doceniam, staram się w każdym razie, szanować różnorodność literackich upodobań oraz wykonań. Tylko ten, kto nigdy nie spróbował, może uważać, że napisanie dobrego tekstu to nic trudnego. Zresztą, napisanie nawet mniej ambitnego tekstu jest trudne. 

Trwając zatem w błogim zachwycie, że podlewany regularnie ogródek wzrasta sobie bez mojego udziału, a zakurzone okna milczą taktownie, o ile tylko udaje mi się znaleźć w zamrażalce przygotowane uprzednio kotlety na obiad, a dziecię usnęło w końcu po wielkich bojach, po prostu czytam, czytam, na potęgę powieści sobie na balkonie za dnia czytam! A nocami sen oszukuję i też sobie czytam...