środa, 26 września 2018

poranne spacery dwa


O tak, uwielbiam wcześnie wstawać! Najlepiej tak rano, że jeszcze niebo śpi, a słońce nawet nie wie, że ma coś konkretnego do zrobienia. Np. 5:00, ciemno jak na dnie szuflady w szafie w piwnicy, a ja ochoczo wyplątuję się zarzuconych na mnie rąk i nóg, odganiam swojskość ciepłej kołdry i lekko zbiegam z sypialni boso wprost na lodowate kafelki kuchni. Chłód z rozszczelnionych okien rozpoczyna masaż ujędrniający wszystkich tych części mojego ciała, które magicznie potrafią wywołać na skórze zabawne kropkowate wypukłości. O tak, uśmiecham się do siebie w lustrze, błyskawicznie zakładam przygotowane wieczorem ciuchy, piję kawę, zjadam śniadanie czytając kilka słów, nanoszę ostatnie poprawki w kalendarzu, wkładam kanapki do torby i prawie jestem gotowa na pierwsze ekscytujące wydarzenie właśnie rozpoczynającego się dnia - poranny rześki spacer z psem.
O tak, początki dnia są ekstra. Uwielbiam wcześnie wstawać. Tyle że ... przychodzi mi to z trudem.

O 5:00 po omacku szukam wyjącego telefonu, zostawionego w nocy do ładowania przy którymś gniazdku. Zwykle zależy mi, aby pozostali się nie obudzili, zwłaszcza najmłodsza, bo wtedy wiadomo - poranny armagedon ma znacznie dotkliwszy zasięg. Dlatego nie tracę czasu na szukanie okularów, a mam -6, więc bywa zabawnie, ślepa po ciemku, zaplątana w pozostałości mężowskiej garderoby, bo jeszcze te kilkadziesiąt lat nie nauczyły mojego domowego chłopca, gdzie mamy kosz na rzeczy do prania.
Jeśli w porę odszukam telefon, udaje mi się włączyć drzemkę. Tak ze trzy razy. W przerwach udaje mi się zasnąć. Wyjec budzi mnie znowu skutecznie nieodmiennie zadziwioną, że to już trzeba wstawać. 
Zauważyłam taką prawidłowość - im więcej drzemek, tym szybciej schodzę do kuchni i tym bardziej mój poranny wewnętrzny monolog nie nadaje się do wypowiedzenia na głos, nawet w pustej kuchni, a fakt, że rano jest ona raczej zimna, wzmacnia tylko dosadność używanych przeze mnie określeń.
Cóż, poranki bez drzemek wydają się mieć więcej czasu do dyspozycji, ale w sumie na końcu okazuje się zwykle, że i tak nie udaje się z domu wyjść wcześniej.
Gdy przechodzę już do tego momentu, że wybieram się na spacer z psem, wydarzenie to rozpatruję w kategorii pierwszej katastrofy rozpoczynającego się dnia. Mam oczywiście zaledwie kilka minut do autobusu, a następny przyjedzie po 20 minutach. Ubrana w ciuchy do pracy usilnie odganiam zachwyconego perspektywą wysikania się na zmarzniętym trawniku psa, mocuję się z kłódką przy bramie, której nie potrafię nadal otworzyć tak, aby resztki tej brązowej mazi, co to ma mi zdaniem męża ułatwić życie, nie pomalowały mi finezyjnie co najmniej jednej dłoni. W pośpiechu zachwycam się wyłażącym zza zakrętu słońcem, zielskiem porastającym obrzeża drogi, na które to właśnie obrzeża każdy pies z okolicy robi kilka razy dziennie dokładnie to, co jest celem mojej porannej przyspieszonej marszruty. Wizja tego, że pewnie za kilka chwil jak nic ucieknie mi jedyny autobus skutecznie rozgrzewa mi myśli, pobudza do działania i wyznacza nowe trendy zachowań, które nieodmiennie obiecuję sobie wdrożyć od następnego ranka.
Wracam pospiesznie do domu, zostawiam psa i odciskam kilka buziaków na zaspanych nosach, czołach i policzkach, zależnie co udaje mi się aktualnie odnaleźć, po czym pędzę na pusty przystanek tak ze 2 minuty po czasie...
Wtedy czeka mnie drugi poranny spacer, dziesięć minut do innego przystanku, skąd odjeżdżają 4 autobusy z normalną poranną częstotliwością korporacyjnych warszawskich ważniaków. Na ramieniu torba, w torbie z 10 kilo najpotrzebniejszych akcesoriów udanego dnia, długa prosta przy zakorkowanej ulicy i towarzysze niedoli zadreptujący jak ja poranny niedoczas. Razem idziemy, razem marzniemy, razem ... rzucamy coś niewyszukanego, gdy mija nas ... spóźniony autobus.


poniedziałek, 24 września 2018

wybrane plusy września


Zamiast narzekać, a właśnie miałam zamiar opisać jak mi się doba skurczyła, sen uległ redukcji, a zwiększył poziom stresu ze względu na podwyższony poziom absurdu biurowego, w którym muszę przebywać długie minimum 8 godzin dziennie, postanowiłam wymienić sobie kilka, bo mam nadzieję, że kilka się znajdzie, plusów mojej obecnej sytuacji.
Dla przypomnienia - wróciłam do pracy po dwóch latach nieobecności. Jak bardzo to trudne ta tylko wie, która zrobiła podobnie. A plusy są takie:
1. znowu dużo czytam - hurra długie dojazdy do pracy! Godzinka rano, godzinka po pracy, ścisk taki, że ręki nie ma gdzie uczepić, ale na szczęście książkę i tak jakoś udaje mi się rozłożyć
2. znowu maluję paznokcie - uwielbiam to, ale wydawało mi się bezsensowne w domu, teraz nie mam takiej wymówki
3. są w moim otoczeniu ludzie, którzy nie oczekują ode mnie stuprocentowej uwagi, mogę ich zostawić na chwilę, zupełnie stracić z oczu, a nic złego im się raczej nie stanie
4. sypię cytatami z teraźniejszych bajek tak, że "najmundrzejszym" tej fabryki zamykam usta, otwieram oczy
5. widzę świat, bo czasem trzeba stronę przewrócić np. brodą, a wtedy za oknem a to pałac, a to pole.

Jestem zbyt zmęczona, aby znajdować dalej. Zamiast tego muszę odnaleźć drogę do łóżka, bo jutro niestety wtorek.