poniedziałek, 20 sierpnia 2012

powrót z urlopu


Wróciłam z urlopu. W sumie powroty do domu zawsze są miłe, ale jakoś z urlopu wrócić mi trudniej. Przez pierwszy tydzień urlopu jeszcze myślałam o pracy i codziennym życiu, w drugim tygodniu już wdrożyłam się w inną codzienność. W trzecim tygodniu zapomniałam, że w ogóle była inna, ta poprzednia. No i wtedy - o masz - pora wracać.
Kanapki zrobione czekają w lodówce, koszule wyprasowane, naszykowana książka do tramwaju - swoją drogą ciekawe, czy do pracy nadal dojeżdża ten sam tramwaj. Jutro się przekonam. Żebym tylko nie zapomniała wykupić biletu, bo przecież termin minął... Ech, wszystko wraca.
Czuję się trochę tak, jakbym niedługo miała obchodzić swój prywatny Sylwester. Koniec roku zakończony urlopem. Od września znowu będę układała swoje dni według nowych planów. Będą nowe poniedziałki, wtorki, całkiem odmienne czwartki i cała reszta. I znowu po urlopie mam takie marzenia, by wpisać w nie jakieś swoje nowości, a nie tylko plany lekcji i zajęcia dodatkowe dzieci, rehabilitacje i wizyty lekarskie, wszystkie te rutynowe już zaangażowania, które powinny się tam znaleźć. Aż boję się przyznać, co chciałabym wpisać. Nie to, żeby nie zapeszać - nie o to chodzi. Po prostu żeby potem się nie okazało, że chciałam, a znowu mi się nie udało, nie dałam rady, zrezygnowałam albo nie zaczęłam nawet. Po co wpędzać się w dodatkowe zniechęcenia, w zawody co do własnych wytrwań, wyborów. Nie - to za mocne słowa chyba, ale jakby o to trochę chodzi.
Nie chcę zawieźć się na sobie więc po prostu nie będę wymagać zbyt wiele. Postaram się w tym prywatnym Nowym Roku potraktować siebie łagodniej. I to tylko wpiszę w nowy plan - a reszta jak wyjdzie to fajnie, a jak nie - też fajnie. Przynajmniej może będę miała więcej czasu na leniuchowanie? Ech marzenia, a tymczasem ... jutro do pracy.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

grzebień codzienności

Moje wakacje niestety dobiegają końca, a myśli, które przecież obiecywałam sobie uporządkować, wyglądają tak, jak te wodorosty na słupkach falochronu. Ale co tam, może wcale nie trzeba ich zaraz rozczesywać. Może lepiej zostawić wszystko tak, jak jest. Nic na siłę! Niech grzebieniem będzie po prostu codzienność, ta zwyczajna. W końcu to wiadomo - niezależnie od tego, jak bym sobie życia w myślach nie poukładała - i tak wyjdzie inaczej. Więc nie ma się chyba co zadręczać.
Morze było spokoje przez pierwszy tydzień, leniwe i ciche. Paliki porastały sobie zielonością w formie anielskich włosów. Moczyłam stopy, obserwowałam galaretkowate meduzy. Ale po tygodniu - zmiana. Humorzaste morze obnosi się ze swoją niezgodą na spokój. Wieje zimny wiatr, woda zalewa większą część plaży, zostawia kamienie, odziera falochrony nie tylko z nadmiaru, ale też z czegokolwiek.
Niech zatem moje myśli oczyszczają się same znanymi sobie żywiołami, mimo że z tym naroślem jednak trochę im do twarzy.