piątek, 21 grudnia 2012

przed świętami

Ech, sama chciałam, więc mam! Kulinarne prace wigilijne. Pierwszy raz!
Dzieciaki dekorowały dzisiaj upieczone kilka dni temu pierniki. Cały stół w reniferach, gwiazdkach, choinkach! Wiele tej dokaracji może nie było, bo tylko dwa rodzaje polewy i trzy posypki, ale były zarobione aż miło.
Po południu zrobiłam farsz do pierogów i wigilijną kapustę, a wieczorem, jak już dziki poszły spać, lepiłam, lepiłam, lepiłam, aż 50 pierogów spoczęło na talerzach. Obsuszają się teraz, abym mogła je w miarę bez szkody zamrozić. Kapusta leżakuje na balkonie.
Miało być troszkę inaczej, bo planowałam urlop na 24 grudnia. Wyszło inaczej, idę do pracy. Czasem tak bywa, że nie jest tak, jak zamierzałam. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, takie coś mnie złościło, wytrącało niemal z równowagi. Ale teraz - teraz nie. Zresztą i tak nie mam na to wpływu, więc po prostu musiałam przeorganizować moje plany. Cóż, tak też jest dobrze.
Z przygotowań do świąt zostały mi już tylko potrawy. No może jeszcze pakowanie prezentów, z tym że na szczęście wszystkie już są pochowane po szafach, czekają.
W tym roku zrobiłam też szydełkiem białe gwiazdeczki na choinkę. To tyle innowacji. Oprócz tej najważniejszej - wigilię spędzamy w domu, we własnym domu, sami z dziećmi. Marzę sobie, że to będzie udany wieczór. Spokojny i radosny. Najpierw uroczysta kolacja, tradycyjna. Mam ochotę potem oglądać nasze wspólne zdjęcia, wspominać trochę. Chciałabym tak niespiesznie i wesoło zagrać w komplecie w grę planszową, może obejrzeć jakiś film, pośmiać się. I dopiero następnego dnia, jak to się mówi - wyjść do ludzi.
Święta miały być długie, mieliśmy jechać na kilka dni do moich rodziców. Niestety, nie uda się w drugi dzień świąt, bo zaraz po nich idę do pracy. Ale za to pojedziemy na weekend i będziemy udawali, że to też święta.

środa, 19 grudnia 2012

ze mną tak zawsze

ON - Napisz list do św. Mikołaja, bo nie wie, co Ci kupić.
JA - Hm, nie byłam grzeczna w tym roku.
ON - No ale tak nic nie dostaniesz? Bez sensu. Jak to będzie wyglądało? Nie wygłupiaj się, po prostu powiedz co chcesz, bo nie wiem, co ci kupić.
JA - Chciałabym, abyś wiedział.
ON - No, ale nie wiem. Ty też na pewno nie wiesz, co ja bym chciał. Jak chcesz to powiem ci co ja chcę dostać. Tylko 59 zł, pojedziesz, kupisz i gotowe.
JA - Mikołaj już od dawna ma dla ciebie prezent.
ON - Ale nie wiesz, czy mi się spodoba.
JA - Nie wiem, ale próbowałam zgadnąć. Mam nadzieję, że to docenisz.
ON - No tak, tak. Ale weź no powiedz, co chcesz. Albo kup sobie, zapakujemy i będziesz zadowolona.
JA - Chciałabym, abyś się zastanowił, co mogłoby mi sprawić radość.
ON - Jasne. Z tobą tak zawsze.

wtorek, 18 grudnia 2012

między linijkami

Po tak długiej przerwie trudno jest na nowo zacząć. Ale z każdym dniem będzie trudniej, więc chyba nieważne, że zwyczajnie napiszę, bez udziwnień i nie z sufitu, że po prostu jestem sobie, czytam, myślę, funkcjonuję. Znaku nie daję lub rzadko bardzo, ale to milczenie nie ma przyczyn. Lub ma nieodkryte.
Przyznam się jednak, że czasem wplątują mi się we włosy myśli o tym, jakie to wygodne napisać, że chwilowo czytam tylko, nie piszę. Czy to cokolwiek usprawiedliwia? Jakby trochę egoizm dodatkowo, wygodnictwo i jakież asekuranctwo!
Blogowicze dzielą się swoimi światami ze mną, a ja - milczę. Nic od siebie nie daję, choćby to było proste, powszednie, nudne nawet. Blogowicze też - jak to się mówi - nie mają czasu, pomysłu czasem, inwencji, siły i wiary we własne mini-doskonałości, a jednak siadają i piszą. Czy ktoś czyta, czy nie czyta. Piszą. Że święta, że szalik, że śnieg lub deszcz albo książka, ale przez tę wąską szczelinę słów udaje się zajrzeć do nich, herbatkę wypić z nimi czytając, oglądając, współczując.
Zatem składam samokrytykę, chociaż samo jej złożenie może niewiele zmienić (hm, za szczera jestem czasem chyba). I już przez to samo przyznanie się jest mi lepiej. Prawie każdy ma bowiem momenty przerwy , wielokrotne czasem. Prawie każdy zrozumie zatem moje nieobecności, choć na usprawiedliwienie nie liczę.

Co robiłam, jak mnie nie było? W jednym poście streścić się nie da, chociaż życie mam całkiem zwyczajne. Nawet czuję się zobligowana zmienić nazwę bloga, bo zeszłam już chyba z sufitu, nie wiem gdzie dokładnie. Muszę to przemyśleć sobie - kolejna sprawa w kolejce przemyśleń.
Lecz generalnie, żeby nie było, że tak kluczę wokoło i nic konkretnego nie piszę, więc proszę: dzisiaj piekłam z małą pierniki. Pierwszy raz. Frajda, że szok! Nie wiedziałam. Jutro powtórka z mniej małą, bo jak wróciła ze szkoły, pozazdrościła tego wałkowania, wycinania, miętolenia skrawek, układania w pudełku z czerwonymi serwetkami. Oprócz tego zupa fasolowa, bo dawno nie było, a potem wizyta u kogoś ważnego. Godzinka dla siebie. A dalej - już tradycyjnie - małej antybiotyk, mniej małej termometr, bo oczy niewyraźne, no i wywróżyła rtęciowa kreseczka, że 15 ml czegoś mocniejszego się należy.

Marudzę, nudzę, za dużo tej zwyczajności. Lecz dzisiaj po prostu chciałam troszkę pogadać. Nie było do kogo, a tutaj czasem ktoś wpada, czyta. Ktoś może jak ja milczy zazwyczaj, odwiedza tylko, czyta między linijkami zwyczajnego tekstu.