czwartek, 28 października 2010

bukiet na potem

Chciałabym tego uniknąć. Jak co roku. Ale jednak zawsze marznę przy świetle zniczy otulonych pióropuszami przepysznych chryzantem, próbując na zapałkach się koncentrować bardziej niż na powracających emocjach historii tkliwych. Jasne, że pamiętam ten uśmiech, oczu zmrużenie, ciepło dotyku, przytulenie, nasze rozmowy, śmiechy i to, jak pocieszenia suszyły mi oczy. Nie zapomnę niektórych rozmów i wybranych klimatów, wszystkiego co pierwsze i co było ostatnie, tkaniny sukienki i motywu na ścianie kuchni, którą pogrzebano na cmentarzysku budowli miejskich.
Nienawidzę tego. Tej wiedzy, co stało się "po" i że jestem uczestnikiem jakiegoś "potem". Po co mi ta wiedza, skoro nie mogę się nią pochwalić przed najbardziej zainteresowanymi? Przez większość mojej teraźniejszości wszyscy oni tkwią sobie w swoich "teraz" i można bezpiecznie udawać, że nie było wcale tej daty, od której liczy się "po".
I znowu wiatr będzie mi oczy łzawił, a chłód nos czerwienił. I nie da się tak po prostu po raz kolejny odpowiedzieć "kto to był, mamo?" A ciepłe dłonie męża szukać będą w moich kieszeniach zaciśniętych na chusteczkach palców, poprawią apaszkę pod szyją, zcałują przyschniętą na policzku czarną kreskę rzęsy. Bez tych dłoni nie dałabym rady myśli wiązać w pogodne kokardy na bukietach wspomnień.

poniedziałek, 25 października 2010

atak paniki

Są takie zbiegi samopoczuć, których skutki tylko litanie i koronki mogą stępić. Dziś właśnie na to wpadłam na krótkim spacerze Warszawą o pierwszej, gdy dusić mnie zaczął atak paniki chyba. Nie mogłam usiedzieć w zamknięciu biura, nie mogłam wychodzić spacerując dookoła. Spocona od zimnych potów udawałam, że ręce mi się nie trzęsą i potrafię profesjonalnie prowadzić rozmowę służbową. W tłumie mijanych dziennych użytkowników śródmieścia dzwoniłam, by zająć czymś usta, paplałam, by zająć umysł, zostawiłam czapkę, by ochłodzić głowę i nie zapięłam kurtki.
Lecz wciąż to samo i to samo, od nowa, od nowa. Usuwający się realizm spraw sprzed oczu. Bliskość omdlenia. Zapierające oddech w piersiach przekonanie o bliżej niesprecyzowanym końcu, którego najnieznoślejszym aspektem jest to, że sprawię kłopot, wprowadzę zamieszanie, niechcący wyłamię się, zawstydzę, a potem... zasmucę.
I nic. I nic. Tylko ja i jak zawsze niezawodnie On. Niebieskooki. Ostatnia deska ratunku. Gdy zawaliło się psychologiczne rusztowanie skutecznych rzekomo metod, wreszcie Go posłuchałam.

Jestem taka nieuważna. Nie dość, że się często gubię, to jeszcze z trudem pozwalam się odnaleźć. Dopiero jak już mi się serce skaleczy, powietrze zagęści złymi emocjami, a na kolanach porobią strupy w sąsiedztwie siniaków.

piątek, 22 października 2010

drzewa naszego Razem

Odrobina porannego zawirowania i już mieszają się emocjonalne barwy. Oto głęboki brąz dojrzałego liścia dębu jak nasza relacja. Poważna, stabilna, wierna i silna, choć w kształcie nieregularna. Nie kruszy się faktura, może tylko barwę jeszcze zmieniać, intensywnieć. W tej całej plątaninie liści dodaje smaczku, pieprzyku.
Zielone liście naszych niespełnionych planów. Największe nadzieje, najszybsze zwątpienia. Nasycone naiwnością, świeżością młodości jeszcze, pełne tzw. soków życia. To te wyjazdy, w których nie uczestniczyliśmy. Te bale, na których nie tańczyliśmy i niekupiony dom, w którym już prawie wieszałam firanki. Wszystkie działania, od których odstąpiliśmy. I czasem pamiętamy dlaczego, a częściej nie, bo dorośliśmy ze sobą do innych decyzji.
Piękne żółcie klonowych enklaw jak dzisiejsze działania z tych ważnych. Intensywne w barwie, stabilniejsze niż zielenie i bardziej kruche niż brązy. Doskonałe w swej teraźniejszości działania obliczone na szczęście. Nasze życiowe projekty, zdobywane z trudem wieże widokowe na przyszłość, nasze radości, chwile błogości, zamierzenia realizowane.
A wszystko połączone drobnicą wiotkich wierzbowych listków powszednich dni, złotych, rudych, kasztanowych... Pierwsze giną na trawniku, zapominają się, powszednieją. Pozornie nic z nich nie zostaje. Rozmoczona papka pokruszonych godzin i wypłowiałych emocji.
Ale to nimi karmi się ziemia, na której rosną drzewa naszego Razem.

środa, 20 października 2010

poranna fizjologia małopiątkowa

Jestem. Proszę ode mnie więcej nie wymagać póki co. Siedzę. Nie daję rady nawet porządnie oprzeć pleców. Jakoś tak załamują się, zginają, zyskują styk z oparciem w okolicy nerek. Oczy mi się zamykają, a precyzyjniej - ślimaczą. Patrzę, a nie widzę, bo mi się obraz rozjeżdża, rozmazuje. Może to mgła wkradła się pod soczewki i skreśla ostrości. Palce działają niemrawo, tak tyle o ile. I kawa z ekspresu pozbawiona jest entuzjazmu. Poprzestańmy na tym, że przyjechałam i postaram się miarowo i bez pośpiechu przeżyć ten "mały piątek".
Potem, już po kawie, po internetowym wydaniu zindywidualizowanych wiadomości, zmuszę się do przemyślenia kilku spraw. Na przykład - czemu czuję awersję do zawarcia umowy ubezpieczenia tzw. NNW. No i co zrobię na obiad dzisiaj. Oraz kupię kilka ciuchów on-line, bo dłużej nie da się bez nich lub po prostu z nimi będzie lepiej. I nazwę sobie zadowoleniem ten wczorajszy sukces, że jednak nie czerń wygrała, a rozwirowane kolory parkowych trawników.

wtorek, 19 października 2010

Dzisiaj

Pewnie ciśnienie jest tak niskie albo mi coś do kawy dodali, bo dzisiaj - ach, Dzisiaj! Czy to nie jest ekscytujące, że właśnie jest Dzisiaj? I to tak w połowie Dzisiaj, centrum Dzisiaj. Jeszcze dzień nie stracony, jeszcze się wiele może wydarzyć. W ogóle wiele może być, bo nie dość, że Dzisiaj to jeszcze wtorek! Taki potencjał.
I sobie drobno niebo nawilża betonowe chodniki, włosy mi kręci, ramiona wzrusza. Uśmiechnęłam się nawet dzisiaj do kilku osób. Fascynujące. Tyle zajęć mnie czeka dzisiaj, a jednak odważnie zaplanowałam sobie miłe popołudnie. I jakieś danie dyniowe. I chwilkę na "siostrzaną" rozmowę. I sweter, który jednak wczoraj zaczęłam z tej sprutej włóczki. I może nawet jakieś małe zakupy kobiece, pachnące, tulące, kolorowe.
A wszystko na przekór. Tak, właśnie. Bo nie mogłam w nocy spać przez te sny, co ich dawno nie było, a które znowu wkradają mi się same. Nie prowokowałam ich, serio. I przez to zabieganie, poranne wstawanie, z trudem odrabiane lekcje do późnych godzin dnia, które i tak nie mogą wymazać jakoś poczucia, że zawsze mogłam więcej.
Jednak Dzisiaj od teraz ma być lepsze. Postanowione. Deszczem przykropione. Wskazówką minięte. Moherkiem nakryte. A co tam!

poniedziałek, 18 października 2010

sweter w barwach jesiennego optymizmu

Skończyłam wczoraj sweter dla siebie. W końcu jakiś. Ostatnio tak się składało, że Mewa dostała niebieski sweter z kaczkami oraz seledynową tunikę z małymi wrabianymi kwiatuszkami. Tasia dostała różową (obowiązkowo) kamizelkę-tunikę, z paskiem do przewiązania oraz ponaszywanymi bukiecikami szydełkowych kwiatów. Szarpnęłam się też na takie dziwadełko dla niej - sweter z rękawami do łokci, bo w sumie i tak zawsze podwija. Potem był sweter dla męża - ten szary. Pisałam. A dla mnie tylko kamizelka beżowa, kamizelka - bo chociaż ich nie lubię - tym razem włóczka wydawała się super, a w sklepie więcej nie mieli. Może dokupię, dorobię, zobaczy się. Podoba mi się, jednak jest w tym stylu, którego wolę nie prezentować w pracy.
Na koniec wyrabiania zapasów włóczkowych zaplanowałam sobie sweter dla mnie, ciepły i milutki, w kolorze jakimś, a nie czarny, minimalistyczny, elegancki itd. Oczami wyobraźni otulałam się delikatną pajęczyną mieszaniny brązów, beżów, zieleni. W takich barwach można mieć tylko dobry humor, w takiej dzianinie grzeją się myśli, a doświadczenie każdej pętelki bogaci. Już widziałam, jak się uśmiecham i dusza mi łagodnieje.
Wczoraj go skończyłam, zszyłam. I wiem, że dzisiaj ... będę go pruła. Włóczka piękna - szkoda cisnąć w kąt. Zrobię podejście numer dwa. Ale najpierw ... chyba ten czarny zacznę. Wyjdzie na pewno, niestety.

środa, 13 października 2010

to ja popsułam ten tramwaj

Szybko, szybko! Upchnąć ze dwie godziny w kilka minut, zmechanizować powitanie w rytuały. Szybko. Oczy na raz i nogi na dwa na zimny parkiet, w buty, w ranek, w świat. Szybko. Gryz i łyk, a czasem nie, tabletka, syropek i nawet mój pies ma oczy zaspane, jak mu sikać każę w rytm sekundnika. No chodźżesz. Szybko! Stuk puk cztery cyfry domofonu, "uczesz zęby, umyj włosy", apaszka, ekspres, kilka dzieńdobrych po schodach i - szybko! - czy ty wiesz, jak bardzo jesteśmy spóźnieni? A że szybciej jak szybko się nie da, zaplątana w drobiazgi i spocona z nadmiaru przyspieszeń, wpadam zdyszana w pułapki wyrzutów. Że mogłam inaczej rozegrać ten wyścig. Że nerwy i krzyki nie czas redukują potrzebny do śniadań i sznurowadeł, ale te wszystkie "kochanie, jak spałaś?", "jakie masz oczki roześmiane i loczek zabawny nad uszkiem".
Na pewno dlatego popsuł się tramwaj - ostatni z możliwych do bycia na czas. Przez poranne nieprzytulenie i pobieżne ucałowanie. Przez niezapytanie o sen. Że zamiast źrenic - tarcza zegara, a za "witaj" było "wstawaj". Z nadmiaru "szybko" i przez brak spojrzeń przeciągłych, dosmarowanych miodem kanapek i dogrznych kubków kakao. Wszyscy się spóźnili do miłego dnia. Przeze mnie. To ja popsułam ten tramwaj.

czwartek, 7 października 2010

bunt ciała

Nie, nie jestem smutna. Wcale. To tylko mi się ciało cicho buntuje, twarz ukryła uśmiech, a oczy … lepiej nie mówić. Za tą mglistą powłoką jak z mlecznej szyby, gdzie czają się emocjonalne jeziora, błękit wyprał się z wewnętrznego spokoju. Ach, bez znaczenia. Ja zawsze daję sobie radę. Teraz też na pewno nie będzie inaczej.
Tylko… tylko mi smutek zaczął wyciekać. Melancholia w siatce zmarszczek obciąża kąciki ust, ramiona opadły i krok spowolniał. Matowieję. Ciało mnie zdradza.
Wczepiony w realizm burego swetra mój Błękitnooki nie z tego świata szepcze mi za uchem jak wytrawny rzemieślnik, że trzeba dobrze drewno zmatowić, aby kolor położyć. A im dokładniej ścierny papier życia zetrze osad mylnych wyobrażeń, tym dłużej trzymać się będą barwy nowych prawd.

środa, 6 października 2010

kwaśne aspekty niezastępowalności

Znowu robię takie "ważne" rzeczy, że stygnie mi kawa i herbata gruszkowo-jabłkowa. Niedobra, więc wzięłam do pracy, bo tutaj - wiadomo - pójdzie wszystko. Dobrze, że stygnie tylko, a nie schnie na przykład. To by mnie dopiero zaskoczyło! Zupełnie jak słońce wymierzone w swej radosnej ironii prosto w szyby okolicznych biurowców.
Och, jakam ważna! Tak niesamowicie niezastępowalna, że konkretnie mój tyłek siedzieć musi za tym biurkiem niezależnie od ilości mijanych kresek przez rtęciowy strumyk w termometrze pod pachą małej Mewy. I to moje pozbawione kolorowych wykończeń paluchy muszą bębnić w te tabelki tysiącami, milionami, bilionami złotych. Chociaż ... w sumie ...
Jestem trochę niesprawiedliwa w tej ocenie. Ostatecznie przecież to miłe, że do tej pory żadne z moich L4 na dzieci nie uruchomiło procedury redukcji etatu. Każdy mógłby wykonać moją pracę, a jednak zostawia się ją mnie. Czeka na mój login i ze dwa indywidualne hasła, przycupnięta zwykle w pomazanych dekretacjach, w firmowej skrzynce pocztowej, w gazetniku. Bez pracy byłoby mi jeszcze trudniej. Dlatego staram się nie przesadzać. Spotęgowane siły wirusów i zapaleń ostatnio często zmuszały mnie do sakramentalnego "tak" na pytanie "zwolnienie potrzebne?"
Tym razem powiedziałam "nie". Więc siedzę, taka dobra pracownica, z zimną kwaśną herbatą, robię coś, co mógłoby może poczekać te kilka dni. I myślę, że to takie trudne wyważyć kwestie niezastępowalności. Mewa rozumie oczywiście, że mama musiała iść do pracy, że jest dziadziuś, że jest babcia, że ona sama wkrótce poczuje się lepiej i że mama się martwi o Mewę jak zawsze, gdy Mewa jest chora, ale tym razem niestety mama musi iść do pracy. A w zastępstwie mamy Mewę przytuli dziadziuś i potem babcia. I niby dobrze. I Mewa zadowolona, i dziadziuś, i babcia, pracodawca także. A ja ... herbata mi co kwaśnieje.

piątek, 1 października 2010

O wyższości bułek maślanych nad wskazaniami centymetra

Obiecałam sobie nie jeść pączków i drożdżówek. Na wszelki wypadek. Bo wiadomo, nie biegam, nie skaczę, nie wyginam śmiało ciała i generalnie kulturę fizyczną to moja córka ma w szkole. Ponadlimitowo i w nadmiarze, ale ku jej radości wielkiej. Na marginesie – gdybym nie była przy porodzie, pewnie trudno by mi było uwierzyć, że to dziewczę wysportowane jest kością z kości mojej i krwią ze krwi – czy jakoś tak.
Więc obiecałam sobie nie pamiętać w pracy zwłaszcza, że istnieje to cudowne połączenie tłuszczu i słodyczy, często z lukrem jakimś i samotnym sześcianem spitej cukrowym syropem skórki pomarańczy. Tak w podsumowaniu wychodzi hasło: kocham – nie kupuję.
Ale… w taki dzień jak dziś, gdy najcaluśki tydzień noga moja nie postała w Sezamie ani delikatesach, ani żadnym innym spożywczym ze stoiskiem cukierniczym, gdy od poniedziałku kombinuję, co upiec z tej paczki drożdży, a tylko czas nie pozwala wprowadzić zamiarów w czyn, gdy czekają popołudniowe stresy w okolicy drewnianej kratki finezyjnie przytkanej folią, tak w podzięce za wytrwanie w pracy i za każdy dzień mieszczenia się mimo wszystko w stare rozmiary, no i przede wszystkim dlatego, że o ile sobie przypominam w tę nieszczęsną godzinę formułowania obietnicy z ust moich nie wydobyło się określenie „bułka maślana”, pozwalam sobie niniejszym zignorować wizję rozciąganego centymetra i zatopić usposobione do rozkoszy zęby w delikatny beż malutkiej chałki. Uhm.

No dobra, przyznam się. Teorię dorobiłam później. Bułki maślane na rano kupiłam wczoraj…