poniedziałek, 25 października 2010

atak paniki

Są takie zbiegi samopoczuć, których skutki tylko litanie i koronki mogą stępić. Dziś właśnie na to wpadłam na krótkim spacerze Warszawą o pierwszej, gdy dusić mnie zaczął atak paniki chyba. Nie mogłam usiedzieć w zamknięciu biura, nie mogłam wychodzić spacerując dookoła. Spocona od zimnych potów udawałam, że ręce mi się nie trzęsą i potrafię profesjonalnie prowadzić rozmowę służbową. W tłumie mijanych dziennych użytkowników śródmieścia dzwoniłam, by zająć czymś usta, paplałam, by zająć umysł, zostawiłam czapkę, by ochłodzić głowę i nie zapięłam kurtki.
Lecz wciąż to samo i to samo, od nowa, od nowa. Usuwający się realizm spraw sprzed oczu. Bliskość omdlenia. Zapierające oddech w piersiach przekonanie o bliżej niesprecyzowanym końcu, którego najnieznoślejszym aspektem jest to, że sprawię kłopot, wprowadzę zamieszanie, niechcący wyłamię się, zawstydzę, a potem... zasmucę.
I nic. I nic. Tylko ja i jak zawsze niezawodnie On. Niebieskooki. Ostatnia deska ratunku. Gdy zawaliło się psychologiczne rusztowanie skutecznych rzekomo metod, wreszcie Go posłuchałam.

Jestem taka nieuważna. Nie dość, że się często gubię, to jeszcze z trudem pozwalam się odnaleźć. Dopiero jak już mi się serce skaleczy, powietrze zagęści złymi emocjami, a na kolanach porobią strupy w sąsiedztwie siniaków.

5 komentarzy:

  1. Niebieskooki wielce przydatny jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och Aniu :(, znam to z autopsji. Leczyć, leczyc i jeszcze raz leczyć. Dla własnego dobra...

    OdpowiedzUsuń
  3. Znalazłam Cię na swoim blogu w obserwujących.
    Zajrzałam, poczytałam.
    Pozwolisz mi zacytować coś Twojego u siebie - oczywiście z podaniem źródła? Trafiło mnie prosto w serce. Napisz, czy pozwolisz, proszę.
    A to, o czym piszesz w notce powyżej znam jak własną kieszeń.
    Leczyć koniecznie.
    18 lat choroby. Dziś jestem zdrowa w 99%, a nie miałam już szans. Pozdrawiam serdecznie, będę czekać na odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!