poniedziałek, 18 lipca 2011

dziękuję

Ktoś mnie dzisiaj wzmocnił. Nie potrafię napisać tego inaczej, mniej wzniośle. Naprawdę, było jakoś inaczej. Znowu byłam o krok i czułam, że to już za chwilę będę musiała się poddać, aż tu nagle siła taka. Jakby ktoś mnie wziął za rękę, a do głowy sączył bezpośrednio w chore struktury myśli balsam spokoju. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj.
Uspokoiłam się bez wychodzenia z zebrania. Nikt się nie zorientował. Nawet brałam udział w dyskusji, dorzuciłam swoje marne trzy grosze do niewiele znaczących służbowych dysput. Nie prosiłam o przerwę ani o otwarcie okien. Oddechem mi był ten spokój, ta obecność. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj.
Byłam jak ja sprzed dwóch lat. Skupiona na zadaniu i nie tak cyniczna jak ostatnio. W moich żartach nie było tego zadziornego na przekór, tego szpilastego komentarza osoby naznaczonej tzw. życiową wiedzą. Zapomniałam, że nie mam przekonania do celowości naszych starań w tym zadaniu. Myślałam - o dziwo - że ważne jest, abym nie zgadzała się na nic pośredniego. Żadne chwilowe rozwiązania, protezy, półprawdy. Spokojnie, ale tak, żeby było dobrze. Nie tak, jak ja uważam. Po prostu - dobrze.
Czułam ciepło na ramieniu jak od ręki kogoś życzliwego. Dało mi to siłę zadawać pytania, powstrzymać jad pesymizmu, którym pewnie oblałabym uczestników zebrania w pośpiechu opuszczając salę, aby ukryć własne przerażenie.
Tymczasem zostałam do końca. Na korytarzu całkowicie zapomniałam o konieczności kontrolowania oddechu. Świat był na swoim miejscu, a ja wciąż czułam się tak, jak pod opieką kogoś ważnego, mądrego, dobrego - w tym podstawowym sensie.
Z tego wszystkiego aż zdecydowałam się w łazience popatrzeć na siebie w lustrze. Ta sama szara twarz, zaniedbane włosy, zmęczona cera i podkrążone oczy, lecz w nich … dawny błękit. Patrzyłam zdziwiona aż lustro uśmiechnęło się do mnie nieśmiało. Niewiarygodne. Nie wiedziałam, że jeszcze to potrafi.

Pomyślałam, że to napiszę na blogu właśnie tak po prostu. W podziękowaniu za to wsparcie. Za tą obecność i spokój.

czwartek, 14 lipca 2011

pada

Niebo wkropliło mi się rankiem pomiędzy odkrytymi w sandałach palcami. Parasol nie zawsze jest skuteczny i właśnie znowu nie był.
Czasem nie uda mi się przed czymś ochronić.
Nie powinnam myśleć o tym za często, bo wtedy sufit wali mi się na łeb bez ostrzegawczych kropel.

wtorek, 12 lipca 2011

Czas w centymetrach

Jeszcze kilka centymetrów i słońce wpełznie na krzywą posadzkę mojego balkonu. Kilka centymetrów dalej i leniwy owczarek ułoży na nim swoje liniejące właśnie futro, przylgnie bokiem do nierówności nawierzchni, przymknie oczy w sennej błogości wygrzewania psiego ciała w promieniach słońca.
Po kilku dalszych centymetrach słoneczny zabór balkonu okaże się zapewne na tyle skuteczny, że koniecznym stanie się jednak zmiana “zewnątrz” na “wewnątrz” i wśród wzdechnięć na niedolę przepędzanego z kąta w kąt domowego zwierzaka, pies zmieni miejsce pobytu na tradycyjny dywan u podnóża sofy.
Dopóki promienie złocą mi parapet i nieśmiało oplatają firanki, zachwyca mnie bliskość podniebnego ciepła. Z każdym cetymetrem jednak dusznieje powietrze nad sofą, palą rozgrzane stopy na poduszce i każdy niedomyty ślad minionych deszczów zniekształca mi światłość otoczką kurzu.
Nie do wytrzymania, gdy słońce przepala szyby, przenika mizerne sznurki firanek i twarz mi czerwieni, oczy zamyka. Trudno nie bronić się na kolejnych trzech metrach.
To naturalne, że dla słońca czas mogę mierzyć w centymetrach. I oczywiste, że roleta w oknie to zaburza. 

Tak mało słońca ostatnio, a ja właśnie zauważyłam, że dawna nie podnosiłam rolet.