poniedziałek, 29 grudnia 2014

świąteczny spacer


Jednak ten świat potrafi być piękny. Niespodziewanie dla mnie w drugi dzień świąt można było wyjść na spacer do lasu. W nocy spadł śnieg i litościwie okrył wszystkie brudy grudnia odrobiną bieli.
Miło było iść z całą rodziną, z podrośniętym lekko szczeniakiem, który pierwszy raz miał okazję poganiać po śniegu, odkryć, jak pękają zlodowaciałe kałuże.


Ta biel trochę przykryła moje inne szarości. Choć chyba większe znaczenie ma jednak herbata z miodem, z imbirem, cytryną, rumem - nie jednocześnie oczywiście.
Chociaż milczę - to słowa są mi potrzebne najbardziej. Chociaż jestem zraniona, postanowiłam odwrócić swoje podejście. Jestem zaniedbana, ale ja będę dbać. A co tam, spróbuję.


Ten spacer w chłodny dzień, taki wyrwany kompletnie z kontekstu świąt, krzywd, złych słów i sytuacji pozornie bez wyjścia, spacer ze słońcem i śniegiem, po lesie i z czworonożnym merdającym szczęściem, spacer osłodzony czekoladowymi cukierkami, dał mi jakby odrobinę więcej nadziei. I zachciało mi się więcej wypraw z cyklu "mimo wszystko".


środa, 17 grudnia 2014

ciemno


Przegapiłam ten moment, gdy robiło się ciemno. Zajęłam się pogonią za wskazówkami, zrywaniem kartek z kuchennego kalendarza, zgrywaniem terminów z tableta do laptopa. Zwyczajnie – minęło.

Teraz chciałabym patrząc w okno zobaczyć ten zmrok, jak zapada, odkąd pełznie i dokąd, jakie kontury rozmywa najpierw, które niedomówienia przykrywa kołdrą milczenia usypiając czujność.

A tu - ciemno. Tyle widzę.

No jeszcze swoją zdezorientowaną twarz, że smutek odbić się może w szybie i rozpacz w oczach za utraconym.

 

Jak to wszystko naprawić skoro mrok nie zależy ode mnie? Czy znowu stracić trzeba czas, by zyskać perspektywę?

piątek, 5 grudnia 2014

pierniki 3D


Jedyne, na co czekam w grudniu to pieczenie pierników z dziećmi. Uwielbiam po prostu! Błysk zachwytu kilkuletnich oczu, gdy wybełtana najpierw w misce, zagnieciona na blacie i na koniec potraktowana wałkiem bura masa pod naciskiem niewielkich dłoni zamienia się w łosie, misie, jeże czy inne gwiazdki.
Tym razem wzniosłyśmy się na wyżyny. Dzisiaj już po raz trzeci piekłam pierniki z najmłodszą córką i jak mi obiecała - nie ostatni w tym roku. Ale w dzisiejszych ciasteczkach jest coś zaskakującego.
Oto one:




Przestrzenne piernikowe puzzle. Coś w sam raz dla małych rąk i wielkiej wyobraźni.

Oczywiście widzę w tym adwentowe zadanie dla siebie. Wszystko można poukładać inaczej, zestawić, przyozdobić później. Ale czasem już samo nadanie przestrzeni wystarcza, aby zobaczyć nową jakość. Spróbować poukładać swoje myśli inaczej i dostrzec w nich dodatkowy wymiar.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

popatrzeć na siebie inaczej

To miał być post o mojej próżności, że cierpi - o tym głównie. Bo naprawdę noszenie okularów korekcyjnych nie należy do moich ulubionych czynności, mimo że - paradoksalnie - to dzięki okularom cokolwiek widzę. Jednak na co dzień noszę soczewki. Żeby powiedzieć brutalnie i ocierając się o przykrą fizjologię, zakładam je zanim usiądę na białej porcelance. Po prostu ta potrzeba jest dla mnie ważniejsza do spełnienia. Zwykle też ostatnią rzeczą, jaką z siebie zdejmuję, są właśnie soczewki. Nauczyłam się nawet poruszać po domu całkiem sprawnie bez okularów, mimo że moja wada to -4,5 i -6,0.
Oczywiście, czasem się zdarzało, że w okularach musiałam wyjść z domu, głównie na chwilę z psem, ale raz byłam zmuszona jechać autobusem. Być może to przez awersję do okularów (każdych - nie noszę nawet słonecznych) wywaliłam się na prostej, zaraz po zejściu ze schodów.
Oczywiście to wszystko to próba zagadania mojej próżności. Nie widzę siebie w okularach. No nie wyglądam, a już w okularach nie wyglądam bardziej. Coś mi to robi złego z dumą, pełzającym poczuciem wartości własnej, no i opadają mi od okularów kąciki ust. Niestety.

Od około 18 lat noszę soczewki i tylko najstarsi znajomi (najstarsi stażem) pamiętają mnie być może w okularach. Prawdę mówiąc, zwykle zdejmowałam je do zdjęć, więc swoją pamięć muszą opierać nie na wspólnych fotografiach, ale rzeczywistej zażyłości. Ale w dorosłym życiu, w pracy, choć niektórzy wiedzą o mojej wadzie wzroku, w okularach mnie nie widziano. Tymczasem od jutra... muszę chodzić tylko w okularach. Infekcja, antybiotyk itd. Wrr.


Jednak postanowiłam popatrzeć na to przykre doświadczenie inaczej. W końcu zaczął się właśnie adwent - radosne oczekiwanie, wypełnione kształtowaniem siebie. I jak w adwentowym kalendarzu, każdego dnia mam zadanie do wykonania zamiast czekoladki do zjedzenia. Można tak na to popatrzeć?
Dzień pierwszy - infekcja bakteryjna powiek i konieczność noszenia okularów. Dar widzenia. Obiektywnie - okulary dość modne, nowe. Niektórzy mają większą wadę, niedopasowane szkła w beznadziejnie zniszczonych i najtańszych oprawkach. Niektórzy z nich każdego dnia dziękują, że widzą. Nic dziwnego, że taką mam czekoladkę na dziś. Nie wiem, czy dobrze odczytuję swoje zadanie, ale zdaje się, że mam popatrzeć inaczej niż do tej pory.


sobota, 29 listopada 2014

skarpetki a sprawa osobowości

Hm, ależ się zapuściłam! Znowu wyszło na to, że sobie coś obiecuję, np. regularność w prowadzeniu bloga, no i tradycyjnie nic mi z tego nie wychodzi. Tym razem o tyle było inaczej, że negacja dopadła tylko mojego bloga. Inne - czytałam regularnie, w miarę oczywiście.

Nie, nie mam usprawiedliwienia. Te skarpetki to też nie wymówka. Zrobiłam je w październiku, a może nawet we wrześniu. Nie było mnie ... po prostu. Za to w moją codzienność wkradł się facebook. Niestety, ma przewagę, głównie komunikacyjną.
Za to poczyniłam niejakie spostrzeżenie na użytek własny - choć staram się niwelować dezintegrację mojej osoby (bycie kimś innym w określonych warunkach i sytuacjach), wciąż pojawiają się nowe przestrzenie, gdzie moja osobowość dopuszcza uzewnętrznianie się ukrytych dotychczas cech. Na facebooku jestem inna, na tyle inna, że niemożliwe jest połączenie w jedno mnie stąd ze mną stamtąd. Póki co bawię się tą myślą. 
I zastanowię się, czy koniecznie zawsze wobec każdego i wszędzie trzeba być tą samą mną.






niedziela, 5 października 2014

kasztanowce osiedlowe

Dzisiaj byłam na spacerze, krótkim, pierwszym po chorobie, Świat niewiele się zmienił w tym czasie. Może trochę liście kolorowsze, ubrania grubsze, ale reszta - szału nie ma, Nudne osiedlowe alejki jak dawniej, teraz może mniej śpieszne z racji soboty.
Postałam na przystanku i z nudów zrobiłam kilka zdjęć kasztanowcom. Jak co roku jesienią.

Ach, dobrze, że słońce, sucho, a liście w większości jeszcze na drzewach!

środa, 1 października 2014

pocieszycielskie ciasteczka owsiane

Dziś od nocy same porażki. Nieprzyjemny sen, pospieszna pobudka, wyżebrany wzrokiem całus na do widzenia.
Potem dwie jedynki: z niemieckiego i geografii. Podłamało mnie, bo niemieckiego nie znam, a geografia zawsze razem z w-f'em zaniżały mi średnią. Nie lubię, nie znam się, a będę musiała jakoś pomóc pewnie.
I jeszcze czeka mnie rodzicielska gadka motywująca, w moim wykonaniu - prawdziwe wrrr.
Pomidorówka. Dawno nie było. Dla zmyłki dzieciastych przeciwników zmieliłam warzywa razem z pomidorami. Niestety. "Coś mi nie smakuje zupka..."

Zatem, 
na pocieszenie 
i pewnie tylko dla mnie, 
bo to bez czekolady i jeszcze w dodatku 
z orzechami, 
rodzynkami, 
żurawiną, 
pierwszy raz w moim wykonaniu
na przekór porażkom
oraz do kawy:









poniedziałek, 29 września 2014

różne stany odwrześnienia

Nie przechodził mi się wrzesień, nie opatrzył, nie dopatulił mnie kurtką, chustą, nie rękawiczkował. A już, niestety, z okna obserwuję, jak się szykuje do przepaździernikowienia... Też pięknie.




Z września tylko wrzosy na balkonie, nowe konta w dziennikach elektronicznych, zlecone rachunki i zamknięty na komputerze folder ze zdjęciami. Żegnam się z nim opróżnionymi butelkami po syropach, rozpuszczonymi saszetkami na letnie pozostałości z emocjonalnych dyspozycji, kroplami na odetkanie zatok myśli.


Powoli wraca mi siła do nowych oddechów.



Nadchodzi czwarty kwartał roku. Zobaczymy, jaki będzie miał dla mnie kolor i jak mnie zmieni. Póki co - dziergam skarpety, bo jesień mi się wciska szparami rozszczelnionych okien i balkonu, łasi się do stóp, które minionej zimy zgubiły gdzieś kapcie, zwinęły dywany i przebierają paluchami z uciechy na zmiany.

czwartek, 25 września 2014

brak tchu


Jest taka teoria, że nasze choroby nie są przypadkowe. Zawsze coś znaczą. To jest jak komunikat organizmu. Podobno "na oczy" chorują ci ze skłonnością do introwersji, którzy dla własnego dobra nie wszystko chcą widzieć, co jest na świecie koło nich. Serce szwankuje tym, którzy zbyt dogłębnie i personalnie analizują rzeczywistość, a dysfunkcje układu ruchu zdarzają się tym, którzy i tak nie za daleko chcieli odejść od siebie.
Trudno oceniać, jak wiele w tym prawdy, a ile głupiej gdybologii czy dorabiania teorii. Fakt faktem rzeczywiście ludzie wykazują zwykle jakieś skłonności do chorób. Przykładowo, żeby nie szukać daleko, ja mam wiecznie problemy z zatokami, a żeby nie było za prosto - z tymi szczękowymi, a nie czołowymi. Mnie czapka nie pomoże, chociaż i tak grzecznie ją noszę gdy trzeba, no ale przecież nie będę paradować w kominiarce!
Zatem od soboty cierpiałam sobie wydaje się normalnie i rutynowo, na lekach własnych, można powiedzieć - apteczny pakiet podręczny. Zwykle po 3-4 dniach jestem już do życia, choć niedoleczona, pociągająca i odmłodzona (znaczy smarkata). Ale działam.
A tu wczoraj - odmowa współpracy.
Biegnę, a brak mi tchu. Robię wdech, ale ten kamień na klacie nie daje się ruszyć. No i jeszcze - kto mi tak obił plecy, że nie mogę się obrócić, schylić, siedzieć, chodzić? Nowe doświadczenie niemocy.

Oficjalna diagnoza - zapalenie oskrzeli. I to takie ponoć fest. Zapalenie zatok to było na początku, a teraz - taki bonusik. Novum, bo nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek na takie coś chorowała.

Zatem teraz półleżę z netbookiem na kolanach. Obłożona chusteczkami, bo mi się nie udaje jakoś elegancko chorować. Nie będę wypisywać, co mnie boli, ale chyba najbardziej te poduszki pod plecami. No i myślę, jaki komunikat otrzymałam... "Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech"?

Cóż, mam sporo czasu na przemyślenia. Do pracy mam wrócić dopiero 6 października...

niedziela, 21 września 2014

mój młody przyjaciel

Proszę, oto mój nowy przyjaciel. Terier walijski. Właśnie skończyła 3 miesiące.

Póki co to bardziej ja muszę się wykazywać, pokazywać świat, bronić przed olbrzymami, szczepić, karmić, no i wycierać podłogi, zbierać strzępy pogryzionych przedmiotów... Wiadomo.
To taka ściema, że dzieci chciały psa. Prawda jest taka, że z mojej strony to była czysta manipulacja.

Opiekowałam się w swoim życiu kilkoma psami. Mój ostatni psi przyjaciel odszedł dwa lata temu. Kora była z nami 13 lat. Myślałam, że nie będę miała więcej psów. Kto sam przeżył, ten wie, dlaczego tak mówię.

Zabawa zaczyna się od nowa. 
Kiedyś miałam mniej cierpliwości, szybciej chciałam widzieć osiągnięcia wychowawcze, chciałam być dumna z każdej podajłapki i innych poprawnie wykonanych komend.
Ale teraz jest inaczej. Pewnie dorosłam.

Póki co pielęgnacyjnie wykazują się domownicy. Czekam na swoją kolej. Póki co jestem panią od tarmoszenia, przytulania, zabawy. Robię zdjęcia. Wprowadzam elementy tresury, ale spokojnie, przy okazji. Nic na siłę, spokojnie. Dajemy sobie nawzajem czas. Wiem, że on tak szybko minie...



próba powrotu do świata blogów



Wrzesień. Dla mnie zaczyna się nowy rok, bo nowe rozkłady dziennej jazdy wyznaczają mi teraźniejszość. W kalendarz wpisało się wiele niespodziewanych zajęć. Jakieś nowe daty, przyszłe wydarzenia, stare wspomnienia. Powoli zaczynam ogarniać te rubryki, choć nie odeszło jeszcze w mojej głowie lato. A tu już rządzi jesień.

U mnie zmian jest wiele. Dobre, złe, jakieś trudne do oceny, wiadomo - życie pokaże.
Postanowiłam sobie kilka spraw, kilka dodatkowych zmian, np. co do tego bloga, zapomnianego. To był kiedyś blog na czarne chwile. Spełnił swoją rolę. Potem próbowałam wrzucać tutaj coś neutralnego, czyli kilka moich przemyśleń co do przeczytanych książek, Zdjęć było mało, żeby nie mówić, że prawie wcale. Nie pracowałam nad jego formą graficzną, stawiałam na słowa, dokładniej - na umiar w słowach. Zatem teraz pewnie będzie inaczej.
Chcę się rozpisać. Chcę panować nad zdjęciami. Chcę wieczorami znajdować czas na czytanie blogów, na komentowanie. Gdzieś chcę zamieszczać swoje dni, marne codzienności, zwyczajne bieganki, szkolne użeranki, frustracyjki i babskie fochy. 
Może powinnam do tego założyć innego bloga... E, nie. W końcu - nie wiadomo ile przetrwam w tym postanowieniu. Póki co jeden blog leżał odłogiem, a tak - leżałyby dwa!

piątek, 28 marca 2014

kruszonka

Jakie to żenujące! Dwa razy w tym tygodniu kupiłam sobie bułkę maślaną w kształcie serca. Mają takie w asortymencie w „Sezamie” na samie…
Sama na samie w „Sezamie”… wrrr.
Zabrzmiało jak jakiś szczyt egoizmu, a to tylko syk pozostawienia mnie samej sobie, z całym portfelem wyciekających frustracji, z bólem samotności rozmienianych na drobne, z miedziakami zwątpień we własne możliwości, z groszami marzeń gubionymi w codzienności.
Miałam być kreatorem najwymyślniejszych słodkości w naszej wspólnej cukierni. Zamiast tego kupuję sobie gliniastego gniota przy Marszałkowskiej, bo swoim kształtem kruszy moje serce.

wtorek, 4 marca 2014

wtorek po prostu

W porannym słońcu wszystkie brudy wtorku stały się bardziej oczywiste. I to, że niechcenia zwalić się nie da na początek tygodnia, i to, że niewyspanie nie wynika z niczego bardziej szczytnego jak na przykład nocne rozleniwienie telewizyjne. Ot, siłą rozpędu, po raz drugi w tym tygodniu wszyscy żeśmy wstali i wyszli w beton. Tym razem – słoneczny beton.

Na chodnikach rozmiękłe papiery wczorajszych spraw ważnych, w tramwajach tłok, w metrze nieuprzejmość. Co piąta osoba z chusteczką, co czwarta z ogromnym plecakiem lub torbą. Każdy w przejściu. Większość skwaszona od obcych sobie smrodów, piorunowana wzrokiem współpasażerów. Typowy poranek.

W dodatku, jak wspomniałam, wiosna idzie. Najwięcej zamierzeń umiera na skutek dysproporcji . Dzień niweczy wszelkie nocne „od jutra”. Zatem nie tylko nie biegałam po parku, nawet nie wstałam pół godziny wcześniej, nie uśmiechnęłam się do tej kobiety w lustrze, mimo że notorycznie zasłania tę dziewczynę, którą jestem, nie zjadłam śniadania i nie na skrzydłach sfrunęłam jako ten skowronek do pracy. A w tym słońcu było to wszystko jeszcze bardziej dla mnie widoczne – to lenistwo formy, wygoda złego humoru, wymówka niedospania, cała ta gnuśność i miałkość, codzienna bylejakość.

wtorek, 25 lutego 2014

spacer po parku

W taki słoneczny wtorek jak dziś, w dodatku zaledwie kilka minut po dwunastej, park wcale nie jest pusty. Może nie wszystkie ławki są obsadzone, ale po alejkach szwędają się grupki chyba nieprzypadkowych spacerowiczów. Nam to leniwe podążanie w dowolnie wybranym kierunku zostało wpisane na kartę lekarskich zaleceń. Inni chyba stosują podobny fortel całkowicie dobrowolnie, z upodobaniem.
W powszednie dni bywałam w parku jedynie na urlopie macierzyńskim i wychowawczym, dawno temu. Może nawet to nie byłam już ja, na pewno nie ja. Wtedy alejki same przechwytywały ślady kół, by podążyły za nimi moje stopy. Każdej ścieżce nadawałam nazwę i dorabiałam historię każdemu napotkanemu człowiekowi. Stwarzałam swój park pośród tej wspólnej przestrzeni i żałowałam każdego dnia, kiedy nie mogłam tam pospacerować.
Od jakiegoś czasu park nie jest moją przestrzenią, choć czasem, zwykle weekendami, wprowadzam tam za rękę wyrośnięte z wózka istoty. Opowiadam, oprowadzam, nie udaje mi się przytrzymać ich choćby na chwilę na ławkach.
Dzisiaj był tylko spacer, powolny, w słońcu i lekkim wietrze. Taki spacer chusteczkowy. Zupełnie jakbyśmy wszystkie trzy uparły się, aby na zmianę, jedna przez drugą, do wybranych koszy wrzucać higieniczne dowody powrotów do zdrowia. A mijane dziewczęta rozprawiały o sukienkach, ojciec pilnował torby z butami jeżdżącego na rolkach kilkulatka. Dojrzałe kobiety bez torebek, z rękami w kieszeniach i zachwytem na twarzach powtarzały jedna do drugiej: „ach, jak ja dawno tutaj nie byłam!”.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Do siebie – gdzie to jest?

Siedzę w domu z dziećmi. Zdrowiejemy po wyczerpującym poprzednim tygodniu, w odniesieniu do którego należałoby użyć wyrażenia „leżeliśmy w domu”. Termometry nie schodziły poniżej 39, nie było komu zrobić obiadu, którego i tak nikt nie chciał jeść, na blacie pod oknem w kuchni leżały rozpiski medykamentów dla każdego, otoczone wianuszkiem buteleczek i wytłaczanych blistrów.
Wypiliśmy cztery litry soku malinowego w trzy dni, aż nie było kogo wysłać do sklepu. Odbyliśmy w sumie sześć wizyt lekarskich, a i tak jedno z nas nie dało się przebadać. Opłatę za pobyt (wszakże to ferie) uiściliśmy w czterech ratach... w aptece.
Nie skarżę się, po prostu uczciwie podsumowuję zeszły tydzień. Ten przeznaczono nam na rekonwalescencję. Od dawna nie zdarzyło mi się dostać na to czasu. Po chorobie od razu do szkoły, przedszkola, pracy – tak zwykle było. Dawno nie słyszałam nawet tego słowa – rekonwalescencja. Ładnie. Być może ta ostatnia pani doktor wyznaje podejście holistyczne. I chwała.

Zdrowiejemy zatem. Jak to się mówi - dochodzimy do siebie. Nie byłabym sobą, gdybym zaraz nie wlazła na ten swój sufit i spod oka nie popatrzyła w lustro. Dochodzić do siebie, czyli dokąd?

To właśnie postanowiłam zgłębiać w tym tygodniu, stosując kategorie podejścia całościowego. Zdrowie będzie sobie wracało mam nadzieję prawie samo, wspomagane jeszcze trochę lekami, zaordynowanymi nam spacerami i zapisaną w oczach pani doktor sugerowaną łagodnością do siebie i powolnością wykonań. A ja przemyślę zagadnienia niezmierzalne w skali Celsjusza. Powoli, leniwie, z czułością dla każdej najmniejszej myśli spadającej z mojego dochodzącego do siebie sufitu.

wtorek, 28 stycznia 2014

zimnopoczucie

Siedzę​ w biurze i wcale nie widzę​, jak zima wtula się w poliestry przechodniów. Po tej stronie szyb czas płynie wolniej, ignoruje ujemne temperatury ulicznych betonów. Co najwyżej mogę rzucić okiem na puste od braku skrzynek z pelargoniami balkony. Ale, jak sobie przypominam, nie było ich tam mimo wiosny, mimo lata, więc tym razem pewnie też nie o styczeń chodzi.
Mróz pokąsał mnie z rana, zaszczypał, posolił. Czekając na autobus kontemplowałam istnienie palców w butach, boleśnie zimne istnienie, zlodowacenie. Natychmiast zaczęłam uplatać w myślach grafitowe skarpety z alpaki. Potem dobre pół godziny stopy odmarzały sobie w tramwaju, podczas gdy ja czytałam. Poderwałam je do biegu na głos miłej pani z megafonu: „Następny przystanek – Metro Świętokrzyska”.
Oprócz tego – przespałam ten dzień, moja świadomość pozostawała nieświadoma. Wyłączyłam duchowe zmagania wraz z wejściem do systemu.
Tak mi przychodzi do głowy – gdybym zapisała siebie liczbami w tabelach, gdyby tak się dało, może wtedy potrafiłabym siebie zanalizować?
Od braku czego czuję się pusta?

czwartek, 23 stycznia 2014

My, czyli suma moich ja

Już wiem, co mnie tak przeraża w tym niebieskim na eF, z B w środku.

Wcale nie to, że jak napiszę z wakacji, że jeszcze nie wracam, bo fajnie jest, to po powrocie mogę nie mieć porządku w domu, a zapomniany aparat nie odnajdzie się na wieczność. Tym bardziej, że czego jak czego, ale nie zapominam aparatu jadąc na wakacje.

Nawet nie to mnie niepokoi, że każdy mój kaprys polubienia czegoś, natychmiast nie wiedzieć czemu odnotują komputery, tablety i smartfony znajomych i nieznajomych. Brakuje mi jeszcze: „trochę to lubię”, „jeszcze nie wiem, czy lubię”, „w sumie nie lubię, ale niech tam” i inne tego typu. Mój świat od dawna nie jest czarno-biały. Bardzo nad tym pracowałam.

Z każdym klikiem staję się taka sama jak ktoś, chociaż – z drugiej strony – suma tych klików wyodrębnia mnie z masy, indywidualizuje. Pewnie właśnie dlatego ma to narzędzie taką moc – jednocześnie wpisujesz się w grupę i się z niej wybijasz, wnosisz ponad nudną przeciętność. I tylko niektórzy negują całość pod byle pozorem, aby – być może -  nie ujawniać przeciętności swojej potrzeby odrębności.

Mam FB od dawna. Czasem trochę prowadziłam, czasem przestawałam, różnie bywało. Znowu mam. I właśnie sobie przypomniałam, z czym miałam problem. Mam nadal. Nieprzepracowany wraca do mnie i wstrzymuje mi palce nad hasłem „publikuj”.

Najbardziej przeraża … zbiór znajomych. Zbiory – z kilku etapów mnie. Ci, dla których byłam zagubioną dziewczynką z podstawówki – jednej lub drugiej. Dla innych jestem nastoletnią buntowniczką z koralami z orzechów i w powyciąganym swetrze. Skrajny introwertyk – powiedzą niektórzy. Pewna siebie egocentryczka. Dziewczyna z biblioteki. Studentka od korespondencji. Nieobecna duchem, ciałem, wiecznie w książkach. Dumna. Uśmiechnięta. Miła. Niedostępna. Ta, co coś popsuła. Ta, przez którą to wszystko. Ona. Pani z Tego Miejsca. Ważniara. Popychadło. Autorka wierszy nieczytanych. Prymuska. Nihilistka. Wiecznie zajęta. Nieumiejąca tańczyć. Śpiewająca w kościele. Ta, z którą oglądałem gwiazdy. Ta, z którą piłam wino w Paryżu. Żona kolegi. Mama koleżanki. Nauczycielka. Dziewczyna od kłopotliwych wyznań. Właścicielka psa, fiołków. Wnusia. Córka. Siostra jedyna, siostra wybrana. Ta co słucha tylko rocka. Ta od SDM i Stachury. Zawsze w dżinsach. W kobiecej sukience. Umalowana. Bez makijażu. Dziewczyna koncertująca na fortepianie. Koleżanka z kursu. Ta od bloga o robótkach i haftach. Z Warszawy, spoza, znikąd, stąd, lokalna, niedostępna, wszędobylska. Ciekawska. Aspołeczna. Nie będę wymieniać dalej.

Hm, jest nas kilka.
Nie chcę mnie integrować.
W każdym z moich znajomych jest część prawdy o mnie z okresu, w jakim się poznaliśmy, w jakim byliśmy. Wolę tę wiedzę zachować, nie uaktualniać jej o to, co teraz.
Nie chcę pamięci znajomych mi osób sprowadzać do jednego mianownika obecnego czasu i miejsca, w którym przebywam.
Nie chcę wszystkim mówić kim byłam, nie każdemu powiem, kim jestem.
Żadna ja nie wie, kim będę.

Tak, ale jednak znowu ... hm... jestem na Fb.


środa, 8 stycznia 2014

noc, już nie wieczór

Wiatru nie lubię, ale na całą resztę, z drobnymi wyjątkami, przecież mam wpływ. Na przysłonięte okno, na choinkę całą w zielonych lampkach i kolorowych łańcuchach z papieru, na to, jak cudownie wsiąknęła mi w ręce rozsmarowana miękkość kremu, na wyłączony telewizor, na szum pralki, parę nad herbatą, na koncentrację oczu w obrębie drucianych ramek. Siedzę, a dochodzę do siebie po zebraniu szkolnym. Nie poruszam się, a mój umysł galopuje sobie po polanach myśli, aż muszę uważać, by mnie nie zdekoncentrował szum traw poruszanych niechcianym wiatrem. Gdzieś na zegarze mija sobie czas, nie muszę za nim gnać - minuty gonią go za mnie. Świeże książki z biblioteki czekają sobie na moje dłonie. Przygotowana piżama szykuje się bez szemrania na założenie, skóra niecierpliwi się na nocny balsam, a prawie cisza sennego pokoju szepcze mi do ucha: jeśli chcesz to przywołaj czas na wypoczynek ciała, na dotulenie poduszki, na nóg zaplątanie, na rozszczelnienie okna, by ten światowy wiatr zgasił zieleń choinki w oczekiwaniu na jeszcze lepszy, cieplejszy czas.
Straciłam wieczór, ale noc - ona wciąż przede mną. Może nie będą się we śnie domy walić. Może nie ruiny zobaczę, szary beton, a na przykład spacerujący po nocnej przestrzeni czas, taki gotowy do wykorzystania, do budowania, rozświetlania.
O, już czas. Pranie się skończyło...

"Czarownice z Salem Falls" Jodi Picoult

Śledziłam wątek powieściowy, połykałam słowa, zdania, kartki, no i proszę – dałam się wciągnąć i oszukać. Mi także się zdawało tak przez ponad połowę książki, że chodzi o to, czy Jack wygra w sądzie, czy przegra. Bo że Allie go kocha, to było niemal fizycznie czuć, że jego obrońca usłyszy w końcu upragnione „tak” od kobiety swojego życia, tego też można się domyśleć. Że narrator w drobiazgowości swojej wypełnia nam oczekiwanie na werdykt dykteryjkami a to o życiu rodziców głównego bohatera, a to o matce Gillian, wspomina sobie stare dzieje samego Jacka, to wiadomo – jak to narrator – ma prawo. A że inni kłamią, wiadomo, każdy ma swoje polowanie, swoje cele, rany i przynęty. I sam wyznacza swoje ofiary.

Ale wraz ze spadającymi kosmykami włosów Gillian, obcinanymi przez nią samą desperacko i byle jak, a zwłaszcza po usłyszeniu tych jej kilku słów, które wyszeptała sama do siebie i to tak, nie prawie narrator się nie zorientował, a – jestem prawie pewna – korekta niemal nie usunęła jako niepasujące do całości, czekałam już tylko, co prawda cokolwiek niecierpliwie, aż objawi mi się prawdziwy sens powieści.

Bo nie chodzi o Jacka, jego pech, czy tam urok osobisty tak chętnie wykorzystywany przez głupiutkie serca bijące w kilkunastoletnich ciałach, nie chodzi o godność osobistą, jej brak, błędy młodości, zdolność do przetrwania najgorszego i wstania, gdy co rusz nas ktoś/coś powala. Nie chodzi o błędy sądownicze, żadne tam wymiary sprawiedliwości, jej ślepotę czy ludzkie uprzedzenia, karę i zasadę trzech powrotów. Ani tym bardziej, że miłość wszystko przetrzyma. Zwłaszcza o to nie chodzi na pewno.

Nie mogę obronić swojej tezy, aby nie powiedzieć za dużo tym, którzy jeszcze nie czytali. Proszę, jak Jackowi, uwierzyć mi na słowo, że tak właśnie czytam tę pozycję. I nie brać zbyt dosłownie tego, co napiszę dalej.

Ta powieść nie ma happy endu i od sceny z włosami wiedziałam, że narrator chce mnie zagadać, powalić argumentacją sądowniczą, wciągnąć w wir nie tych wyjaśnień, które powinnam poznać. Główny temat powieści, sam trzon, to zaledwie dwie sceny i jedno zdanie. O mały włos można je przeoczyć. Tak jak Jacka o mały włos można było skazać. Jego niewinność trudno było udowodnić i każde zdanie, przekonanie, fakt dawało się podważyć. Wszystko wskazywało na jego winę. Jego nieudolną obronę przed wiedźmami uznano na atak na niewinne dziewczęta. Jako czytelnicy wspierani przez narratora bogatą argumentacją, chociaż jednocześnie dość ubogą wiedzą, czuliśmy tak zwane święte oburzenie.

I chętnie wskazalibyśmy Gillian jako odpowiedzialną za nowe rany Jacka, jako winną całego zamieszania, jako wstrętną chroniczną kłamczuchę, rozkapryszoną córeczkę bogatego tatusia, prawda? 
O mały włos nie myślałam tak samo. Gdyby nie to jedno zdanie pewnie też bym ją skazała. W końcu wszystkie dowody jej winy narrator podał mi na tacy. I o mały włos nie pomyliłam ataku z próbą obrony, a w zasadzie nie tyle ataku co cięcia w co się nawinie na ślepo. Nawinął się Jack. Na ślepo – czyli dokładnie tak, jak po ziemi chodzi sobie sprawiedliwość.


sobota, 4 stycznia 2014

"Linia życia" Jodi Picoult

Kolejna książka Jodi Picoult, którą przeczytałam z niemałym zainteresowaniem, doszukując się oczywiście drugiego dna, ukrytych tajemnic, starając się przewidzieć zwroty akcji. A tymczasem – nic takiego nie udaje się znaleźć, żadnych niesamowitości. To tylko na rysunkach Paige z cieni niekiedy wyczytać można nieznane historie dotyczące portretowanej przez nią osoby, jej myśli, czasem okruchy przeszłości czy niezrealizowanych planów. Ale sama historia Paige i Nicholasa, a potem także ich wspólna droga, jest w zasadzie przewidywalna.

Niepewna siebie dziewczyna, opuszczona przez matkę we wczesnym dzieciństwie, popełnia w młodości kilka błędów. Tak bywa przecież – niektórzy mają mniej szczęścia niż inni.
Zatem mała Paige pozwala innym ludziom kierować swoim życiem, a to rzadko kiedy przynosi szczęście na dłuższą metę. Nic dziwnego, że jak już się zaplącze, jej jedynym sposobem na radzenie sobie w chwilach naprawdę podłych jest ucieczka. Szkoda tylko, że prawie za każdym razem nic jej ona nie daje. W każdym razie Paige nie potrafi dojść ze sobą do ładu, a uciekając z jednego miejsca od razu pakuje się w kłopoty w drugim. Aż w końcu się jej udaje.

Z powodu pozornie dość słabo umotywowanego w powieści, do zrozumienia prawdy o sobie jest Paige potrzebne odnalezienie matki i przepytanie jej na okoliczność opuszczenia Paige w dzieciństwie.
Chociaż sporo w powieści ucieczek i analogi między postępowaniem obu kobiet, nie jest to książka o trudnym macierzyństwie i problemach z miłością do dziecka w sytuacji, gdy było się w dzieciństwie porzuconym lub gdy to macierzyństwo wymagało porzucenia własnych planów związanym z tak zwanym rozwojem osobistym. Zatem o czym jest ta powieść?

W wymiarze prawie każdego bohatera jest to złożona opowieść o przejęcia pędzla od tego kogoś lub czegoś, co rysuje linię naszego życia. Bo niezależnie od wszystkiego nasza egzystencja to linia, czasem poplątana, poprzerywana, niekiedy niewyraźna, przypadkowa i naszkicowana gdzieś na obrzeżach świata. Czasem ktoś/coś rysuje za nas tę linię i wystarczy tylko po niej iść, buntując się może czasem, ale nigdy tej linii nie tracąc z oczu.

Ale pełnia życia, samoświadomości ze wszelkimi tego konsekwencjami to samemu rysować tę linię, nie oglądając się zbytnio wstecz i nie zwalając winy za jej kształt i kierunek na nic, co poza nami.
Do tego właśnie udaje się Paige dojść i udowodnić sobie nabytą właśnie dojrzałość przewartościowując swoje sądy dotyczące własnego macierzyństwa. Wcześniej zamartwiała się brakiem swojej gotowości do bycia matką, wyrzucała sobie brak predyspozycji, a macierzyństwo traktowała jak karę, nauczkę od losu, kolejną krzywdę. Wciąż analizowała przeszłość, zwalając winę za linię swojego życia na matkę. Podążała zatem po tej wyrysowanej przez okoliczności linii swojego życia i znowu czuła, że jedynym wyjściem jest uciec. Nie potrafiła patrzeć w przód, skoncentrowana na kroczeniu po wyznaczonej linii. Dopiero konfrontacja z radykalną postawą odnalezionej matki pozwoliła jej inaczej popatrzeć na własne macierzyństwo, nie odrzucając go, ale przyjmując i umieszczając w przyszłości, świadomie podejmując walkę o jego podtrzymanie i rozwój.

Nie ma nic dziwnego w tym, że jej powrót i starania, nowe priorytety, spotkały się z aprobatą rodziców Nicholasa, a nie jego samego. Ojciec Nicholasa w przeszłości również podjął decyzję o radykalnej zmianie swojego życia, a jego matka musiała zawalczyć o siebie z determinacji równą tej, która udziałem Paige. I tylko Nicolas w tym układzie musi jeszcze dojrzeć, aby swoje życie przeżyć świadomie, a nie bezrefleksyjnie.

Warto przeczytać i przemyśleć.


A kto/co rysuje linię Twojego życia?


piątek, 3 stycznia 2014

"W naszym domu" Jodi Picoult

Im więcej powieści Jodi Picoult czytam, tym bardziej przekonuję się, że jej powieści nie kończą się z chwilą przerzucenia ostatniej kartki. Zostają we mnie, prowokują i wcale nie jest po nich łatwo przejść do następnej pozycji.

Akcja w powieści „W naszym domu” toczy się leniwie i niby też, jak to zwykle bywa w utworach tej autorki, prawie wszystko wiadomo już od początku. Kilkanaście stron i już wiemy kto jest kim i gdzie może być problem. Dzielna zdesperowana samotna matka, dwóch synów, w tym starszy ze specyficznymi zaburzeniami w zakresie kontaktów społecznych, z tzw. Zespołem Aspergera, o którym to schorzeniu wiele się można z książki dowiedzieć. Widzimy ich codzienność, trudności i radości, zwycięstwa i porażki. W sumie nic nie jest czarno-białe, nie ma stereotypów, łatek itd.
Potem następuje zdarzenie, od którego pytania narastają. Mierzą się z nimi nie tylko bohaterowie, ale i czytelnik. W sumie szybko się domyśliłam, w jakich okolicznościach zginęła prywatna instruktorka umiejętności społecznych Jacoba. I nie trzeba się było bardzo domyślać, dlaczego Jacob zachował się tak, a nie inaczej.

Tym, o czym nie przestaję myśleć już po przeczytaniu powieści to zasady, jakich uczymy naszych dzieci, jakie im wpajamy i z realizacji których staramy się je rozliczać. I zasady, jakie kierują mną. Nie wszystkie udało mi się zweryfikować w tak zwanym dorosłym życiu. A jednak wciąż pozostają we mnie i naprawdę nie wiem, jak bym się zachowała w sytuacji podbramkowej. A dzieci – nie ważne czy te rozwijające się stereotypowo w normie, czy te z jakimiś dysfunkcjami, potrafią rozumieć dosłownie lub nie rozumieć wcale, lecz zapamiętywać w całości. „Szanuj swojego brata – masz tylko jednego”, „Sprzątaj po sobie” albo „Nie mów nikomu, co się dzieje w rodzinie”, „Nie kłam”.

Jakie zasady rządzą w naszym domu? Do czego może doprowadzić nas przestrzeganie ich wszystkich na raz, zwłaszcza jeśli zrozumiemy je dosłownie?


Wieczór, noc właściwie

Nie jestem sama w domu, ale dom śpi. Siedzę sobie kulturalnie przy stole, bynajmniej nie cicho. Spod sufitu - tym razem realnego - sączy się spokojna muzyka ze słuchanego ostatnio namiętnie radia, wycieka z ogromnych kawalerskich jeszcze głośników męża, oplata regały książek, osiada na klepkach po cyklinowaniu i leniwie dopełza do moich lekko podrygujących oskarpetkowanych stóp.
Dobrze mi.
Byłam w pracy, nadrobiłam poświąteczne zaległości, spokojnie, po kolei i prawie z uśmiechem. Zignorowałam całkowicie bałagan w domu, chociaż walczyłam ze sobą ostro w tym temacie. Zmiany!
Egoistycznie zjadłam co lubię, odbyłam wizytę rutynową ze starszą latoroślą (przegląd tak zwanej japki z wyposażeniem do kłapania), a potem udałyśmy się na zakupy. Serio!
Tak, pamiętam, nie lubię chodzić po sklepach. Ale może coś mi się pozmieniało? Dzisiaj nie było tak źle. A efekt jest taki, że wyczyściłam sobie całą przegródkę w tym nowym portfelu, co to go wydobyłam spod choinki.
I siedzę sobie w nowej bluzce przy tym stole, zwykła bawełna bordowa (każdej mordzie dobrze w bordzie), w grzeczne białe paski, z dekoldem za dużym dla mnie, z zadługimi rękawami - wszystko dokładnie tak, jak lubię. Z wyjątkiem tego borda i dekoldu, ale co tam. I tak dobrze mi.
Powoli zabieram się za zaległości, głównie te związane z literkami wymykającymi się spod ołówka lub wystrzelające wprost na monitor spod śmiesznych płytkich kwadracików na mojej klawiaturze.
Dzisiaj jestem tak prozaicznie zwyczajna, że nie mam serca włazić na sufit ani spoglądać spod oka.