sobota, 4 stycznia 2014

"Linia życia" Jodi Picoult

Kolejna książka Jodi Picoult, którą przeczytałam z niemałym zainteresowaniem, doszukując się oczywiście drugiego dna, ukrytych tajemnic, starając się przewidzieć zwroty akcji. A tymczasem – nic takiego nie udaje się znaleźć, żadnych niesamowitości. To tylko na rysunkach Paige z cieni niekiedy wyczytać można nieznane historie dotyczące portretowanej przez nią osoby, jej myśli, czasem okruchy przeszłości czy niezrealizowanych planów. Ale sama historia Paige i Nicholasa, a potem także ich wspólna droga, jest w zasadzie przewidywalna.

Niepewna siebie dziewczyna, opuszczona przez matkę we wczesnym dzieciństwie, popełnia w młodości kilka błędów. Tak bywa przecież – niektórzy mają mniej szczęścia niż inni.
Zatem mała Paige pozwala innym ludziom kierować swoim życiem, a to rzadko kiedy przynosi szczęście na dłuższą metę. Nic dziwnego, że jak już się zaplącze, jej jedynym sposobem na radzenie sobie w chwilach naprawdę podłych jest ucieczka. Szkoda tylko, że prawie za każdym razem nic jej ona nie daje. W każdym razie Paige nie potrafi dojść ze sobą do ładu, a uciekając z jednego miejsca od razu pakuje się w kłopoty w drugim. Aż w końcu się jej udaje.

Z powodu pozornie dość słabo umotywowanego w powieści, do zrozumienia prawdy o sobie jest Paige potrzebne odnalezienie matki i przepytanie jej na okoliczność opuszczenia Paige w dzieciństwie.
Chociaż sporo w powieści ucieczek i analogi między postępowaniem obu kobiet, nie jest to książka o trudnym macierzyństwie i problemach z miłością do dziecka w sytuacji, gdy było się w dzieciństwie porzuconym lub gdy to macierzyństwo wymagało porzucenia własnych planów związanym z tak zwanym rozwojem osobistym. Zatem o czym jest ta powieść?

W wymiarze prawie każdego bohatera jest to złożona opowieść o przejęcia pędzla od tego kogoś lub czegoś, co rysuje linię naszego życia. Bo niezależnie od wszystkiego nasza egzystencja to linia, czasem poplątana, poprzerywana, niekiedy niewyraźna, przypadkowa i naszkicowana gdzieś na obrzeżach świata. Czasem ktoś/coś rysuje za nas tę linię i wystarczy tylko po niej iść, buntując się może czasem, ale nigdy tej linii nie tracąc z oczu.

Ale pełnia życia, samoświadomości ze wszelkimi tego konsekwencjami to samemu rysować tę linię, nie oglądając się zbytnio wstecz i nie zwalając winy za jej kształt i kierunek na nic, co poza nami.
Do tego właśnie udaje się Paige dojść i udowodnić sobie nabytą właśnie dojrzałość przewartościowując swoje sądy dotyczące własnego macierzyństwa. Wcześniej zamartwiała się brakiem swojej gotowości do bycia matką, wyrzucała sobie brak predyspozycji, a macierzyństwo traktowała jak karę, nauczkę od losu, kolejną krzywdę. Wciąż analizowała przeszłość, zwalając winę za linię swojego życia na matkę. Podążała zatem po tej wyrysowanej przez okoliczności linii swojego życia i znowu czuła, że jedynym wyjściem jest uciec. Nie potrafiła patrzeć w przód, skoncentrowana na kroczeniu po wyznaczonej linii. Dopiero konfrontacja z radykalną postawą odnalezionej matki pozwoliła jej inaczej popatrzeć na własne macierzyństwo, nie odrzucając go, ale przyjmując i umieszczając w przyszłości, świadomie podejmując walkę o jego podtrzymanie i rozwój.

Nie ma nic dziwnego w tym, że jej powrót i starania, nowe priorytety, spotkały się z aprobatą rodziców Nicholasa, a nie jego samego. Ojciec Nicholasa w przeszłości również podjął decyzję o radykalnej zmianie swojego życia, a jego matka musiała zawalczyć o siebie z determinacji równą tej, która udziałem Paige. I tylko Nicolas w tym układzie musi jeszcze dojrzeć, aby swoje życie przeżyć świadomie, a nie bezrefleksyjnie.

Warto przeczytać i przemyśleć.


A kto/co rysuje linię Twojego życia?


1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawa powieść jak i temat. Nad refleksją zadanego pytania, trzeba by się głębiej zastanowić, bo czy faktycznie linię życia rysuje tylko jedna rzecz?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!