środa, 9 listopada 2016

zając


Jejku, znowu! Miało być tak ambitnie i codziennie. W dodatku nie o zwyczajności i skażone mniej lub bardziej lekko melancholijnym stosunkiem do życia. Chciałam być trochę poważniejsza niż na przykład na fejsie i trochę mniej zasadnicza niż w osobistym dzienniku pisanym metodą tradycyjną, czyli ręcznie, długopisem w zeszycie skrzętnie skrywanym.
A wyszło jak zwykle.
Znowu mnie nie było. Minęło mi kilka nienapisanych postów, już ułożonych, gotowych do wklepania. Chciałam się podzielić gradem, beznadziejnością pewnych minionych dni, pokazać jak niebo za mnie płakało, dzięki czemu mogłam z nieprzeniknionym wyrazem oczu polegiwać na kanapie, skoncentrowana na niepatrzeniu, nieczytaniu, niedramatyzowaniu.
Mam zaległą poduszkę do pokazania i jakieś inne jeszcze rzeczy, ale teraz chcę tylko powiedzieć, że pochłonęło mnie właśnie nowe hobby. Amigurumi, czyli ręcznie robione zabawki, szydełkiem.
Oto zając. Zrobiłam kilka błędów, ale mała i tak się cieszy i z rąk szkraba nie wypuszcza. Jestem w trakcie drugiego zająca, bo przecież na błędach trzeba się uczyć. Niestety, znowu się pomyliłam, ale na szczęście mniej.
Pewnie pokażę jak skończę. Znaczy - zająca pokażę, a nie błędy, bo to postaram się ukryć ;)


piątek, 14 października 2016

bez okazji


Proszę - takie ładne. W dodatku bez okazji, w środku tygodnia, wieczorem i po prostu. 
Nie, nie dopatruję się podstępu, nie szukam ukrytych wyrzutów sumienia za jakieś tam popełnione winy. Naprawdę się cieszę. Jak dzieciak. A w zasadzie jak sentymentalna baba z telenoweli, platonicznie zakochana nastolatka, zwyczajnie jak nie ja.
Może po prostu dorosłam do spontanicznej radości? Może mam taki jej deficyt, że chłonę każdy najmniejszy przejaw sympatii, piękna, przyjemności? Może ciało mi podświadomie wie, że rzeczywistość wystarczająco martwi, by stać mnie było na marnotrawienie niespodziewanym życzliwości?

Rzadko dostaję kwiaty. Nawet z okazji rzadko, a bez to już w ogóle prawie nigdy. Chciałoby się od razu pociągnąć wątek radykalniej i stwierdzić, że w zasadzie cokolwiek dostaję rzadko. Ale ... to nie byłaby prawda.
Patrzę na te kwiaty wielokrotnie w ciągu dnia i wciąż przypominam sobie otrzymane drobne i większe radości. Nie byłam tego świadoma, ale mogłabym z nich układać bukiety. 

Naprawdę.

piątek, 7 października 2016

osioł

Zatem pierwsze, co zrobiłam z rana w ramach terapii to spisałam na kartce wszystko to, co powinnam zrobić dzisiaj. Drobiazgowo, metodycznie, bezwzględnie, czarnym bic'em w kratkach kartki z notatnika. Bieżące, zaległe, no i niepobożne chciejstwa chwili, że fajnie by było zrobić, choć pojęcia nie mam po co, ale zwyczajnie mi się wydaje, że tak.

Następnie, już po śniadaniu, po którym nawet nie chciało mi się posprzątać, chociaż to było ujęte w planie w zgrabny punkt, usiadłam na sofie i z premedytacją zaczęłam robić wszystko inne, byle nie z listy.

Na pierwszy ogień poszło ... czytanie.



Wytrwam w tym. Konsekwentna będę, twarda. Nie będzie mnie jakaś lista wstrętna terroryzować przecież. Położyłam sobie na niej zakładkę, a sama przybieram wymyślne pozy na sofie, obłożona poduszkami, czasem finezyjnie kocem przykryta lazurowym, w zależności od potrzeb i ... czytam po prostu. Jestem po prostu. Wartownika poszłam postawić, bo wstyd przyznać - zaległy był.

Osioł ze mnie. Szary.

czwartek, 6 października 2016

niepogodzenie


Dzisiaj park był zapłakany, zasypany. Parasole przykrywały niebo, asfalt ścieżek mścił się na moich nogawkach wilgocią. Mimo to pustki ławek mnie przyciągały, mokry wszędobylski brak.


Ostatkiem sił wlokłam się po liściach, przeciągałam się po słowach rozpamiętywanych, a emocje miałam tak rozmiękczone jak trawniki pod drzewami.


Cóż, załatwiam swoje sprawy. Wciąż się nie udaje, nie tak, jak bym chciała. Trudno. Nie szkodzi. Przede mną wiele decyzji, lecz na większość spraw nie mam wpływu. Muszą się stać. 

Powoli godzę się z moim niepogodzeniem.

środa, 28 września 2016

sezon na dynię się zbliża


Dzienniczek ucznia, a w nim ogłoszenia. A to się wycieczka zbliża, a to zawody klasowe w sporcie rozmaitym. Oprócz tego trzeba zielnik robić (nienawidzę!), liście zbierać, suszyć, wklejać, wrr.

I tylko jedno ogłoszenie mnie zainspirowało - planowane w klasie święto dyni. Za miesiąc. 
Mam dość dyskusji na temat pogańskości i innych przymiotników dotyczących ostatniego dnia października. Święto dyni to przecież coś zgoła innego! Chociaż nie mam pojęcia, jak będzie to święto moja młodsza córka obchodziła w klasie, postanowiłam się jakoś po swojemu przygotować. 
Może już za tydzień, dwa, podam do obiadu pieczoną dynię? Uwielbiam!

A póki co - dynia na parapet.


poniedziałek, 26 września 2016

poranny spacer z psem

 Ponuro jakoś. Pewnie, że mi się wcale nie chciało. Ale rano jakiś niedoczas był, a że ja zostaję w domu, do pracy nie jadę... Obiecałam wyjść z kundlem. Podprowadziliśmy małą do przejścia dla pieszych z sympatycznym panem stopkiem. Dalej pobiegła już do szkoły sama. A my, to jest ja i pies, skręciliśmy w alejkę pod kasztanami na łąkę.

Taka psina wiele ma do załatwienia z rana i to nie tylko swoich spraw. Nie inaczej niż ludzie. Wlokłam się noga za nogą dając jej czas na powąchanie wszystkiego, co widać trzeba, na znalezienie idealnych skrzynek kontaktowych do czworonożnych przyjaciół z popołudniowych spacerów. Przyjdą, powąchają, będą wiedzieć, że jej udało się już tutaj być z rana. A co!


Szłam i rozmieniałam tę godzinkę na drobne. Nieco myśli mi marzły i na wspomnienia mnie wzięło raczej tkliwe przy przedszkolu. A potem znowu jakoś tak na obietnice sobie składane latami bez pokrycia mnie tknęło, że trzeba by w końcu kimś się stać, zawalczyć, wziąć się w garść i ruszyć zdecydowaniej do przodu.



Pozazdrościłam jej trochę. Skończona psia perfekcja. Wybiegana z rana, pozałatwiane sprawy. Ile razy bym jej od kundlów nie wygrażała, to jednak z nas wszystkich ona jest mimo wszystko najbardziej rasowa.

I żadnego dnia nie musi sobie niczego udowadniać, farciara.


czwartek, 22 września 2016

kapcie na jesień

Obiecane kapcie do łażenia po bezdywanach na bosaka, czyli z absolutnym pominięciem skarpetek, wczoraj z wieczora zrobiły się same. 
I tylko dzisiaj machnęłam jeszcze ze dwa kwiatki do przyczepienia po bokach, bo stópki dziewczęce, ośmioletnie, to bez kwiatków, motylków czy ewentualnie serduszek byłyby zupełnie nie do przyjęcia.
A tak - są.




Jesień! Bezkarnie można będzie dziergać wieczorami na kanapie rzeczy potrzebne i te potrzebne mniej. W tym roku zaczęłam od kapci, ale mam już od pewnej ośmiolatki z ciepłymi stopami zamówienie na czapkę ;)

środa, 21 września 2016

szarlotka z marzeniami


Nie dało się wczoraj siedzieć z książką na balkonie. Jednak jesień wdziera mi się zza barierki i chłodzi moje zapędy co do odpoczynku na tak zwanym świeżym powietrzu. Póki co jedyne takie dostępne mi powietrze to mój własny balkon w granicach Warszawy.
Ale jak dom pachnie szarlotką z jabłek, gdzie ich winność obłaskawia cynamon... O, to można posiedzieć przy oknie, na kanapie, z książką lub planami na przyszłość z pogranicza marzeń.

Poczekam na zimę, gdy wszystko się zmieni. Ale nie będę czekała biernie. Spisałam sobie grzecznie w notatniku niczym nastolatka od myślników, co będę robić przedpołudniami, gdy cisza, spokój, dzieci w szkole, a obiad podgotowany. I może nie dam sobie rady z tymi planami, ale ... gdy tak pachnie szarlotką, nie sposób nie marzyć.

wtorek, 20 września 2016

same środki


A te kwiatki to ... dziwne, ponoć margerytki. Dla mnie jakieś takie oskubane. Nie mają płatków. Zostały same środki.
Zupełnie jakby odrzuciły swoje największe atuty, kolor, blichtr, elegancję. Została czysta esencja, zieleń, istota. Złudzenia opadły. Nie ma czym pomachać do powiewów życia, do wiatru.

Wybrałam je sobie z wiadra przy kasach, spośród barw. Na pewno by zostały na zwiędnięcie. Ale ja wzięłam - na pierwszy dzień mojego kolejnego długiego pobytu w domu, na przemyślenia, na symbol środka.

Są takie bezbronne w gruncie rzeczy, nieosłonięte, nieprzyozdobione, skoncentrowane. Nie, nie to, że mi ich jakoś żal, nie o to chodzi. Dla mnie są piękne w tej bezkompromisowej prawdzie.

niedziela, 18 września 2016

działka

Las, a przy lesie działka. Na niej najlepiej prawie nic. Nie kwietniki i nie trawa, ot może kilka wyrośniętych samosiejek dla zbłąkanych wiewiórek.
Gdzieś przy końcu drewniany dom, chatka taka niewyględna. Z tarasem, stołem, no może jeszcze jakieś stokrotki w szklance dla ozdoby. Choćby takie:


Może być kilka winorośli, ale niekoniecznie. Wolę jednak słońce niż fioletowe kulki słodyczy. No ale niech tam:


Może być karmnik na drzewie:


i zbłąkany motyl na obrusie:


i koniecznie zapas drewna do kominka na chłodniejsze jesienne wieczory:


I niech się nawet miesza czerwień bólu z zielenią nadziei na płocie, jak tutaj:


Może kiedyś... Takie ładne słowo, jak leniwe szczęście, błogość, obietnica.

w lesie

W zeszły weekend byłam w lesie, tylko nie miałam czasu o tym napisać. Że było początkowo nawet miło, poniekąd rodzinnie, ciepło i sielsko. Widziałam nawet jakiegoś węża, nie rozpoznałam gada, ale byłam dla niego wystarczająco hałaśliwa, bo zlęknął się mnie, biedaczek.
Grzyby były, ale tylko kolorowe, z tych pięknięjszych do zdjęć, a nie do talerza. Może lepiej nawet, bo w tym roku nie powinnam jeść grzybów. To i żal nie będzie.



W lesie dobrze się myśli, nie wiem czemu. Najlepiej na zielonych dywanach. Choć czasem trochę straszno, bo ciszy nie ma. Wszystko o sobie gada, pęka, skrzeczy, popiskuje.


Albo siły zbiera. Zupełnie jak ja.


czwartek, 8 września 2016

spacer po parku


Jak na osobę siedzącą (chwilowo) w domu, jestem niezwykle zajęta. Oprócz tego, że jak wiadomo nie da się siedzieć w domu i po prostu nic nie robić, znalazło mnie kilka dodatkowych zaangażowań poza domem. E, no nic szczególnego. Choćby ta wyprawa do parku, jeszcze letniego, zielonego, z ludźmi na kocykach w biustonoszach, z oranżadą na miejscu pod parasolami, z bosymi stópkami machającymi w wózkach.



Jak tu nie lubić brzóz? A ja się właśnie dowiedziałam, że moje ciało ich nie lubi. A także olch i leszczyn. Oraz że na podstawie pokrętnej logiki krzyżowych uwikłań nie mogę też jeść (kategorycznie!) orzechów i m.in. surowych jabłek, moreli, czereśni, śliwek... Oj, czemu ja zawsze tak słabo wypadam w testach?!



Więc sobie szłam po alejkach i nie po alejkach, myślałam o tym, o czym się samo chciało pomyśleć. Dzięki słońcu nawet udało mi się nawet oczy trochę zmrużyć na te ostatnie szczęścia, nieszczęścia.

niedziela, 4 września 2016

balkonowa niedziela


Obłożyłam się słowami, tymi z książek i myślami. Oparta o poduszki patrzę na wrzosy. Za balkonem popaduje sobie deszcz, jakby od niechcenia. Dziwna aura.
Pachnie zupą z zielonej soczewicy i na pozór to taka normalna niedziela. Późny poranek, krótki spacer, kilka telefonów, spokój.
Jeszcze nie nadrobiłam czasu w miarach odpoczynku. Jeszcze mnie powolność nie zamienia w gnuśność. Nie mam wyrzutów z powodu lenistwa, jak to zapewne wygląda.
Przyzwyczajam się do tempa, do niepatrzenia na zegar. Do wyszukiwania detali zwykle pomijanych, do doceniania czynności lekceważonych.
Siedzę na balkonie i cieszę się niedzielnym popołudniem, które mogę powtórzyć choćby jutro, pojutrze. A wiatr niech mi z serca wywiewa te niepokoje, niech sobie niebo płacze nad wrzosami. Nie ja.

piątek, 2 września 2016

odpoczynek



Dom opustoszał. Wszyscy wyszli do swoich światów, a ja zostałam w skrzynkach między wrzosami, w myślach między słowami, z kawą bez rogalika. Zdaje się miałam jakieś plany, nie pamiętam. Słońce jeszcze nie wpełzło na balkon, nie odpoczęły mi zmysły. Nawet obiad zagubił się gdzieś w domysłach. Siedzę i nie wiem, co dalej. Nogi mi odpoczywają na kocu, uszy otuliłam ciszą, przymykam oczy na domowy nieporządek. Odsuwam od siebie wszelką niecodzienną potencjalność. Chyba zdążę jeszcze i to, i tamto...

Iluzja, że mam dużo czasu.
Na wszystko.
Na poniedziałek.

wtorek, 30 sierpnia 2016

realizm






Tak się szwendam po okolicach i nieodparcie zachwycam, jak to świat jest piękny, gdy nie chodzę do pracy. Pewnie jest piękny nawet wtedy, gdy siedzę grzecznie w szczurzym ubranku przy monitorze i rękoma wyszorowanymi wieczorem z zapachów domowych obiadów wciskam te śmieszne klawisze z literkami. Od tego nie powstaje chleb, nie szyje się bluzka, nikomu nie staje się lepiej. Ot, robię coś, bo wymyślono, że trzeba to robić.
Kiedyś mnie to przerażało, teraz częściej - bawi.

Kasztanom niepotrzebne moje żakiety, a pantofle okazują się nieporadne w walce z łupinkami. Więc z dumą obnoszę swoje dresowe rybaczki w paski dwa i nieporządnie doprane tenisówki po miejscach moich odrębności od absurdów. Razem z dzieckiem zbieram pierwsze w tym roku kasztany, jeszcze małe, niedorostki takie. 
Naszą radością i krótkimi rękawami prowokujemy jesień do większych strąceń brązowych kulek, szelestów liści, ba - czapek nawet, bo przecież trzeba będzie w końcu jakoś realniej zaangażować się w rzeczywistość.



poniedziałek, 29 sierpnia 2016

trzy skrzynki września latem


Tak, jeszcze lato się nie skończyło. Choć dni krótsze, noce jeszcze ciepłe i kurtki wiszą w szafie. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że wkrótce będę znowu dziergać czapki i skarpetki na drutach.
Póki co można siedzieć na balkonie popołudniami i korzystać ze słońca z nieba między wieżowcami.

Mimo to jestem przygotowana na wrzesień. Bo jestem taka jasień w duszy, w tym roku bardziej melancholijna, ale na sposób słodszy niż ponurość. Ach, sama się za sobą taką stęskniłam. 

Wracam. Z jesienią, z wrześniem, z kolorami - wracam.


poniedziałek, 29 lutego 2016

dzień, który rzadko bywa

Nie wiem po co mi był ten dzień, bo przecież po coś na pewno. Może do przemyśleń, choć nie było na to czasu? Będę teraz miała wiele wieczorów i wiele wpatrywań w niejedno okno, by wracać do poranka. Nie lubię diagnoz zaczynających się od "proszę pani", po których to słowach następuje wymowna pauza.
Zabiegane przedpołudnie, wytrącone z rutyny, pozbawione codziennych pór stałych i póz odmienności. Zmęczone popołudnie, smutny wieczór.
Nie mam jakoś siły czytać. Trochę mnie wola boli, ta wolna. Podyskutowałabym z indywidualistką, pokłóciła się może. Zamiast tego, jak co dzień, po prostu zajęłam się domem.

wtorek, 23 lutego 2016

wyjść z dziury


Jestem trochę zaczytana, trochę bardzo. Ale jak nie czytać, gdy się ma taką pomysłową zakładkę? Dostałam i bardzo sobie chwalę! Szybka myszka. Przeskakuje sprawnie z kartki na kartkę, z książki na książkę. Dogonić trudno.
Czas coś trudny, wymagający najgłębszych pokładów cierpliwości do ludzi, pokory względem życia, tolerancji niezdrowia i próby zachowania pogody ducha. Nie dla pozorów, dla siebie. To ważne, żeby jednak nie upadać.

"A gdy upadniesz - nie bój się. Będę przy tobie.
Podłoga"

poniedziałek, 15 lutego 2016

latający spacer dla obłąkanych

Szwędałam się dzisiaj po lesie. Czasem było pochmurno, a niekiedy słonecznie. W mojej dzielnicy to akurat jedyny las, więc dzisiaj oczywiście było w nim tłoczno, przynajmniej na tych głównych ścieżkach. Może szkoda, że nie zrobiłam zdjęć, ale nie po to człowiek do lasu łazi.





Schodziliśmy na boczne dróżki, mniej uczęszczane, bagniste czasem. Można było nawet psa ze smyczy spuścić w miarę bezpiecznie dla psa, o ile wiecie, co mam na myśli, choć wolałabym tego nie rozwijać.

W każdym razie mój pies, gdy jest zadowolony - lata. Oto dowody z dzisiaj:




No, chyba że akurat trafi się wyjątkowo smakowity patyk do obgryzienia, to wtedy ląduje.




sobota, 13 lutego 2016

kawałek nieba z balonami


Były już rano, ale wtedy nie miałam czasu wydobyć telefonu z torby. Pewności nie było, że go nie zapomniałam co prawda, ale pomyślałam, że trudno. Za daleko po niego wracać, no i może lepiej, że nie wzięłam, zdjęcia nie zrobię z kolejnym krzywym pałacem to się nie będziecie naśmiewali z moich nieumiejętności.
Tyle że się zaraz na wejściu do "fabryki" okazało, że jednak wzięłam, więc pozostawała wam coś około ośmiu godzin nadzieja, mimo że nie byliście jej świadomi, że na przykład inną drogą wrócę do domu. To by się przykładowo mogło zdarzyć, gdybym sobie postanowiła wrócić inaczej, ale ... tego to już naprawdę zapomniałam. Sorry.

Zdjęcie jest, a na nim krzywy pałac oczywiście, udający w najlepsze, że stoi prosto dzięki perspektywistycznie oddolnym liniom budynku, który był dzisiaj w centrum stolicy kulinarnym bohaterem. Mnie się od razu jakoś skojarzyło, że od dnia otwarcia robią ludzi w balona, ale zdaje się, że to nie o to jednak chodziło. 
Tak się złożyło, że akurat nieprzypadkowo i przez zapomnienie przechodziłam obok. Zawstydzona smyrnęłam paluchem po wyświetlaczu, zawstydzona, bo to ponoć nie honor zdjęcia robić jak turysta, a to oto zdjęcie zawędrowało do domowego kompa zdecydowanie szybciej niż ja do swojej dzielnicy. Bo metro póki co nie podróżuje w chmurze, nieba nawet na obrazku nie widziało, a krzywe to są w nim co najwyżej spojrzenia, nie pałace.

Zapomniałam, o czym to ja miałam z tymi balonami na tle nieba... Aha, wiem - nie ma zielonego. 
Pewnie wiosna jakoś później przyjdzie.

środa, 10 lutego 2016

popielata szarość z rana


Zapłakane Krakowskie, smętny coś wyjątkowo Kopernik przysiadł przed PAN-em i kontempluje szarość. Tylko żółto-czerwone autobusy przeczą porannej melancholii ulicy.


Posypałam się, spopieliłam. Zawsze ten fakt skłania mnie do rozważań. Nawet tusz w piórze zmieniłam z niebieskiego na czarny, choć blada coś ta czerń, szara taka.

Tym razem nie oczekuję wiele od siebie. W przeszłości - owszem, zdarzało się, a potem nieodmiennie byłam rozczarowana. Widać nie jestem w stanie dotrzymywać obietnic dawanych sobie.

Przycupnę sobie cichutko w tym poście, obok tutaj i teraz, poczekam, popatrzę, przemyślę. A nuż spełnią się wszystkie prawdziwe obietnice bez mojej niecierpliwości?


wtorek, 9 lutego 2016

zaczytane bałwany

Takie popołudnia są w sam raz dla mnie. 
Cichy dom, bo wszyscy wyszli i tylko mnie przygarnęła kanapa w oczekiwaniu. Na stoliku ciepły kubek, ściszony dźwięk w telefonie przypadkiem przecież i stopy przykryte niebieskim kocem. Dokładnie tak, jak lubię.
Nie zapaliłam wszystkich świateł, zignorowałam potrzeby urządzeń elektrycznych w kuchni i łazience, a plecy coraz natarczywiej opadały na szydełkowe poduszki. Otuliło mnie kolorem, miękkością, błogością.
Było tak cicho, że przewracane kartki budziły niepokój i przez zasłonę ciszy prześwitywała  moja wyobraźnia pobudzona przez napisane słowa.
Świat przystanął na chwilę i nawet tańczące na zakładce bałwanki obserwowały godziny moich względnych bezruchów. Czytałam, notowałam, wzruszałam się i irytowałam. Nie miało znaczenia nic poza powieścią, nieważne zresztą jaką.
Moje ostatki.