piątek, 7 października 2016

osioł

Zatem pierwsze, co zrobiłam z rana w ramach terapii to spisałam na kartce wszystko to, co powinnam zrobić dzisiaj. Drobiazgowo, metodycznie, bezwzględnie, czarnym bic'em w kratkach kartki z notatnika. Bieżące, zaległe, no i niepobożne chciejstwa chwili, że fajnie by było zrobić, choć pojęcia nie mam po co, ale zwyczajnie mi się wydaje, że tak.

Następnie, już po śniadaniu, po którym nawet nie chciało mi się posprzątać, chociaż to było ujęte w planie w zgrabny punkt, usiadłam na sofie i z premedytacją zaczęłam robić wszystko inne, byle nie z listy.

Na pierwszy ogień poszło ... czytanie.



Wytrwam w tym. Konsekwentna będę, twarda. Nie będzie mnie jakaś lista wstrętna terroryzować przecież. Położyłam sobie na niej zakładkę, a sama przybieram wymyślne pozy na sofie, obłożona poduszkami, czasem finezyjnie kocem przykryta lazurowym, w zależności od potrzeb i ... czytam po prostu. Jestem po prostu. Wartownika poszłam postawić, bo wstyd przyznać - zaległy był.

Osioł ze mnie. Szary.

2 komentarze:

  1. To jest wspaniały pomysł, zrobić listę do zrobienia i zacząć od tego, czego nie ma na liście, czyli od przyjemności :) Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  2. to prawda! bardzo polecam takie działanie, a nawet niecierpliwym mogę podpowiedzieć, że sporządzanie listy z powodzeniem można sobie darować, żeby nie tracić czasu ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!