sobota, 28 lutego 2015

kawiarnia



Uwielbiam chodzić do kawiarni, takich prawdziwych, małych, klimatycznych, ze stolikami w ograniczonej liczbie. Fascynują mnie właśnie takie - wpasowane w kamienice, z przechodnimi pokojami, pachnące kawą, kuszące słodkościami. Takie kawiarnie, na które wpada się przypadkiem podczas spaceru.
Kawiarnie do miłych rozmów z kimś bliskim, do przycupnięcia w chwili, którą chciałoby się zatrzymać. Nie znam wielu takich miejsc.


Dziś nieoczekiwanie spotkało mnie takie właśnie popołudnie. Zimny dość wiatr wywiewał słowa skargi na ulice mojego rodzinnego miasta. Żal zwykle jest bez celu, jak nasz spacer. Ale krok po kroku odnalazłyśmy jednak w życiu odrobinę słodyczy, mnóstwo życzliwości, dwie uncje wspomnień, posypkę nadziei i to jedno wolne w końcu popołudnie.


sezam

Sezam znika ostatecznie. Bo do tej pory powoli przestawał być. Przestałam kupować ciacha w cukierni na dole i paczki herbaty na samie. Przełaziłam obok galerii zdjęć. Jakoś nigdy się nie zatrzymałam, w sumie nie wiem dlaczego,


Teraz brzydko znika. 





dziki las


W niedzielę byłam w lesie, na chwilę, na spacer. Nie poszłam daleko. Ot, główną ścieżką, kilkadziesiąt metrów. Stchórzyłam po prostu.
Pół godziny do zmroku, pusto i zimno, straszno jakoś. Pod drzewami skopane - to pewnie dziki. Chyba wolałabym jednak człowieka spotkać w lesie niż dzika. 




Pasujemy do siebie - ten las i ja. Też jestem taka skopana. Myślę sobie, że to nie szkodzi.
Moje dziki biegają gdzieś samopas między drzewami. Cóż, też się ich trochę obawiam, dokładnie jak tych rzeczywistych. Sądzę, że wielu ludzi tak ma.


Wkrótce wiosna.

piątek, 20 lutego 2015

park duszy

Kilka dni temu byłam na krótkim spacerze w parku. Aura jak w mojej duszy - wtedy, nie teraz. 
Badyle przebrane za drzewa, niebo zasnute smętnymi myślami, grafit rozlanego asfaltu w miejscach, gdzie w lepsze dni rośnie trawa. Niby nie padało, niby nie wiało, po prostu bylejakość i beznadzieja. Spotkałam zaledwie kilku desperatów między skostniałymi z zimna ławkami. 

I tylko ten anioł...


Nie było ludzi, psów i kaczek. No ale to zrozumiałe, gdy nie ma wody w stawie.


Moje ulubione miejsce w parku - zaklęty krąg fantastycznych topoli. Uwielbiam na nie patrzeć. Dumne, wyniosłe nad park, doskonałe w swym sięganiu błękitu, o ile oczywiście jest błękit. Bo tym razem nawet topole sięgając niby w górę, dotykały raczej głębi rozpaczy, a nie światła z nieba.


Najbardziej jaskrawy kolor, ewidentnie symbol jakiś gorętszych emocji, znalazłam - jaki paradoks - w cierniowych krzaczorach na skraju. Piękne, czerwone, niedostępne lub chociaż ukryte w taki sposób, że ich zdobycie zdecydowanie musiałoby się łączyć z bólem.


Postanowiłam zachować sobie ten obraz parku na koniec zimy. To naprawdę niezły punkt wyjścia i świetny punkt odniesienia.
Zgadzam się, póki co - szaro, smętnie i ...


Ale przecież i to minie.
Park już pracuje nad wiosną.
Ja też.

środa, 18 lutego 2015

postne poduszki


Już jest. Czterdzieści kawałeczków czasu do wykorzystania. Trochę czystych kawałków nadziei, kilka żółtych pustyń bez widoków, ale i pustynie takie, gdzie uda się wykopać studnie. Są też mroczne głębiny płaczu. A wszystko połączone bielą intencji, wykończone suwakiem, który mógłby się nigdy nie zaciąć.

Znowu zaczynam, a jak się zaczyna to zwykle jest zapał. Potem jakoś gorzej się robi. Zrobiłam sobie zatem pomoc na ten post, co to, jak mi się zdaje, nie będzie do łatwych należał. Muszę się trochę poboksować, no muszę.


Dlaczego poduszka? Do przytulenia, pod skołataną głowę, na długie posiedzenia nad książką i pod plecy, może czasem i do płaczu, nie wiadomo. Do jej wykonania metodą babcinych kwadratów zainspirowała mnie Dorotea i Jej cudowny blog o pożytecznościach i przyjemnościach.

Będę się dziergać ze sobą po kawałku, dokładnie tak, jak się pojedynczo wyrabia kwadraty wzoru. Trzeba tego trochę. Na jedną moją poduszkę potrzebuję 32 kwadraty, a potem najgorsze - zszywanie, aby wszystko razem, każde pojedyncze staranie, myśl czy działanie, ułożyło się w trwały, widoczny, pożyteczny, no i przyjemny rzecz jasna, efekt.



Powłoczka nr 1 (przedpostna) - pastelowa cytryna, pistacje, odrobina błękitu i granatu oraz biel.

A teraz czas na dwie kolejne:
nr 2 - dominujący kolor - fiolet
nr 3 - dominujący kolor - róż

O, i tak.

poniedziałek, 16 lutego 2015

czas


Mało mamy czasu. 
Wściekamy się na każde niewyrobienie w nim, mamy żal, że za szybko mija, choć czasem chcemy go przewinąć o kilka nudnych godzin w poczekalni, pracy, w podróży po autostradzie zabudowanej panelami.

Mało mamy czasu na codzienność, a co dopiero na niecodzienność, na własne myśli, na ludzi, świat. Widzimy coś, poznajemy kogoś, bierzemy udział w czymś pięknym, ale po chwili czas wkłada nam w ręce bilet do przyszłej już chwili. Musimy iść dalej, ale przecież myślimy, że na głębsze poznanie mamy jeszcze czas, przecież znowu się spotkamy, będzie na to czas.

Mało mamy czasu, a zdarza się, że już wcale.
Bo można nie w czas zachorować, szybko i skutecznie. Nawet pożegnanie odkładać. 
I nie zdążyć.



środa, 4 lutego 2015

kroki


Nie było mnie, dalej chyba nie ma. Zajęłam się życiem, brakiem czasu, pracą, poduszkami, dużo by gadać. W swej mentalnej samotni zaszyłam swój strach, a sama poszukałam na ulicach swoich kroków pospiesznych, przyszłych mandatów, co mi je niebawem świat wystawi za bieganie powyżej dopuszczalnego rozsądkiem limitu ludzkich zaangażowań.

Przebywam w mrocznych światach literatury. Słucham smutnej muzyki. Wplatam swoje zwątpienia w swetry. Rankiem żebrzę psalmami o chwilę uwagi, wieczorem gubię się w Słowie. 

Walczę.

Nocami późnymi padam w pościel w połowie "dobranoc" tak, że w emocjonalnej próżni pokoju zawisa życzenie dobra nie wiadomo komu, nie wiadomo gdzie i kiedy. Z niedokończenia myśli wyrywa mnie obsesyjny rechot budzika i wszystko dezaktualizuje się w porannym świetle sufitowych żarówek.

Zasadniczo - jeszcze przegrywam, ale pędzę dalej, bez serc, bez ducha, na łeb, na szyję, mam nadzieję, że jednak nie na zatracenie, brnę w kolejny tydzień, jakby nieco bezmyślnie, na autopilocie. Ignoruję żal, automatyczne ołówki, półgodzinne cisze, pobożne chcenia i inne takie tam.

I dobrze.
Tylko ten komentarz ... ech, pandeMonia, jak to mile połechtało w jakieś ukryte rejony egoizmu. Że ktoś po mnie wpadł, a tu brak. I taki kopniak, że dopomina się powrotu, słów, mojej fizjologii bycia on-line.
Aż zapragnęłam popełnić tę chwilówkę w sieci, mimo że wydaje się depresyjna, no i zasadniczo - za wcześnie.