Uwielbiam chodzić do kawiarni, takich prawdziwych, małych, klimatycznych, ze stolikami w ograniczonej liczbie. Fascynują mnie właśnie takie - wpasowane w kamienice, z przechodnimi pokojami, pachnące kawą, kuszące słodkościami. Takie kawiarnie, na które wpada się przypadkiem podczas spaceru.
Kawiarnie do miłych rozmów z kimś bliskim, do przycupnięcia w chwili, którą chciałoby się zatrzymać. Nie znam wielu takich miejsc.
Dziś nieoczekiwanie spotkało mnie takie właśnie popołudnie. Zimny dość wiatr wywiewał słowa skargi na ulice mojego rodzinnego miasta. Żal zwykle jest bez celu, jak nasz spacer. Ale krok po kroku odnalazłyśmy jednak w życiu odrobinę słodyczy, mnóstwo życzliwości, dwie uncje wspomnień, posypkę nadziei i to jedno wolne w końcu popołudnie.


Jak się obrobię, wybiorę się też do takiej kawiarni...
OdpowiedzUsuńNa dobrą herbatkę!
już nawet wiem, do której.
pozdrowienia
Jest wpół do drugiej w nocy a mnie zachciało się... ciasta! :)
OdpowiedzUsuńNie żebym zignorował sferę emocjonalną Twojego wpisu, skądże, jak najbardziej przyznaję Ci rację, ale obudził się (sic!) we mnie chyba jakiś Ciasteczkowy Potwór.
Lubię tak :)
OdpowiedzUsuńPoetycko w kawiarni tej.. lubię aż na wskroś.
OdpowiedzUsuńNajlepsze są te kawiarni urządzone w sposób odbiegający dalece od rzeczywistości :)
OdpowiedzUsuń