środa, 30 czerwca 2010

prysznice

Ciepło. Ale jeszcze moje myśli nie kleiły się rankiem do asfaltu. Prawdę mówiąc, nie kleiły się nawet do siebie, nie zrzeszały w słowa, nie malowały obrazów i nie brzęczały w głowie jak natrętne muchy. Szliśmy sobie razem, ja i gdzieś obok leniwe myśli, niedokładnie obudzone z sennych lasów ucieczek, garści poziomek i jeleni na skraju zagajników.
Miasta mi się raczej nie śnią. Te wszystkie betony, stale i sztuczne konstrukcje, zapach wierconego tynku, szlauchy zmywające nocne wymiociny z chodników, pojękiwania przystających pod sklepami zmęczonych ciężarówek i dynadające w dusznej przestrzeni kamienic reklamówki jogurtów i kanapek są aż nazbyt realne, by mogły się śnić.
Mimo mocnej kawy oczy mi się przymykają, na niedoskonałości, nieprawidłowości, nierzetelności. Na swoje lenistwo, zanik ambicji, poczucie beznadziejności. Jakie to wszystko ma znaczenie?
Chyba dobrze, że planuje się wyjazd, jeden - dwa weekendowe, a potem trzy tygodnie nad morzem. Może podziałają jak prysznice, dając na chwilę iluzję orzeźwienia.

wtorek, 29 czerwca 2010

pałac w różach

Ach, więc o to chodziło. O informację. A może o kolor? Drzewa zawsze tylko zielone - nuda. Do szarości miasta dopasować można ... właśnie - róż! Niech sobie krzyczy. Niech zasłania.
Nie wiedziałam, że jazz ma kolor różowy, że może mieć. Jakoś bardziej mi brąz pasował, taki głęboki, nasycony, jak kolor mojego pianina z dzieciństwa. Wesoły róż pochodzi z plastikowego świata, a ten z dzieciństwa był solidniejszy, wytworniejszy, z materiałów "na zawsze", a nie "na chwilę, a potem się zobaczy".
Po różu pewnie będzie inna barwa i inna tematyka. Nie jestem ciekawa jaka. Tak mi szkoda, że nie ma w tym wyczucia stylu, że jest po prostu reklama czegoś, a miasto nie ma szans obronić się swoim naturalnym wyglądem. Odkryty pałac mnie zachwycił, nawet te drzewa, choć od zawsze wrastające z śródmiejski trawnik, teraz stały się bardziej widoczne, zieleńsze, wyrazistrze. Na chwilę.
To nie jest moje miasto, a jednak tu mieszkam. To nie jest plastikowa dzielnica, a jednak zarzucamy ją kiczem. Szkoda mi czasem, że idąc historycznymi uliczkami, nie czuję Historii. Wtedy nawet zapach frytek i kurczaka z rożna byłby do wybaczenia, nawet stoiska z detalami. Wiadomo - turyści.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

widok

Zawsze coś zasłania. Bardzo mało jest widoków czystych. Ledwo odsłonięty pałac coraz mniej się staje widoczny zza dziwnych rusztowań. Wyjątkowo brzydkie sześciany pokrzyżowanych wewnątrz rur, ustawione przy drzewach, nie domyślam się po co.
Ranek wstał jak zwykle za szybko, ale jakoś gładko wszystko poszło i nawet wcześnie stałam na przystanku w nadziei na szybsze w związku z tym wyjście z pracy. Ale zawsze coś niweczy plany. Więc stałam sobie w stojącym w korku tramawaju, tak w połowie trasy, ni w pięć ni w dziewięć. A precyzyjniej - usiadłam sobie jak zwolniły się miejsca po wychodzących.
I najbardziej martwi mnie widok na zdrowie. W kontekście różnicy temperatur pomiędzy postudenckim butnym bractwem a opinią mojego lekarza, który właśnie w piątek w trybie pilnym przepisał mi niestety antybiotyki. Klimatyzacja - powiedział - jest jak nóż. Jedni nim chleb kroją, inni potrafią zabić.

wtorek, 22 czerwca 2010

tipsy

Jaki wietrzny dzień. Gruzów nie rusza spod Pałacu, nadal wspominają kręte alejki wieszaków i podrabianych perfum w plastikowych hangarach znudzonych handlem solarnianych panienek z fascynującymi paznokciami. Do dziś się zastanawiam, jak by to było mieć tyle czasu na myślenie i tyle wzorów do pomalowania na dziesięciu przyklejonych misternie akrylowych płytkach.
Wystawili stoliki na drewniane podesty pod reklamowymi parasolami, otoczyli doniczkami iglaków. Ogródki. Popołudniami odprowadzają mnie trzeźwe jeszcze oczy amatorów pubowych lunchów. Tak zwany podkład po wieczór. Żeby nie na pusty żołądek.
A słońce zwykle w tej części dnia o tej porze roku i godzinie świeci mi prosto w oczy chronicznie pozbawione przyciemnianych szkieł. Oślepia i przyciąga, odbiera mnie realizmowi warszawskiej ulicy, przejaskrawia i znaczy absurdem rzekomej dorosłości.
Jak to się dzieje, że jestem tutaj? Nic się nie zmienia z dnia na dzień, 365 podobnych dni, a jednak od pierwszego do ostatniego jest przepaść - takie zmiany.
Jakie wietrzne życie. Rytuałów może nie rusza z planu dnia, za to w krętych alejkach spraw do załatwienia i odczuwanych emocji wir codziennych wydarzeń kolejnych wersji mnie. Tylko czasem się zastanawiam, że dobrze nie mieć za dużo czasu na myślenie i planowanie wzorów do zastosowania na kolejnych płytkach dni.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

poniedziałek

Taki sobie poniedziałek, poniedziałkowy. Zaczął się jak każdy tydzień, z pozoru nie wygląda szczególnie ani jakoś nieszczególnie, zwyczajnie po prostu. Pogoda niegodna uwagi, motywacja do pracy średnia, wstawało się bez sensacji i w ogóle tak jest nijako. W skali 0 - 10, tej najbardziej z miarodajnych skal, gdzie można docenić każdy odcień szarości, wychodzi mi wszystko tak na 5. Sondażowa nuda. Przeciętność. Beton.
Kawa wypita, kanapka zjedzona, ustalona lista zadań, w połowie już odfajkowana, chociaż dopiero 10. Wieczór urozmaici mi wizyta u dentystki. Dom nawiedzą panowie od liczników ciepła. Postaram się dokończyć kamizelkę dla Tasi podczas znikania znieczulenia.
Tylko jedna rzecz w tej przeciętności jest niepokojąca. Znowu sen. Dziwny jakiś, niedobry. Nie daje się zapomnieć. I mam wrażenie, że śnił mi się już kiedyś. To znaczy - nie, inaczej. Dziś śniło mi się, że byłam gdzieś, w niepokojącej przestrzeni. Ale nie byłam w niej sama. We śnie jednak wiedziałam, że kiedyś samotnie przemierzałam ten świat. Więc to była jakby moja druga wizyta. Wrr. Nie mogę się od tego uwolnić.

piątek, 18 czerwca 2010

utrata czy zmiana?

Jestem, chociaż moje jestem brzmi dzisiaj inaczej. Po domu i śnie, praca jest kolejnym światem. Nie mogę się zdecydować - drugim czy trzecim? Paradoksalnie zwykle czuję się tutaj bezpiecznie - wszystko znam. Codzienne rytuały pozwalają jakoś bezboleśnie przechodzić nad absurdem do porządku dziennego. Gdybym to straciła z nie swojej ochoty, pewnie by mi tego brakowało. Pewnie jak wszystkiego, co się traci. Na marginesie - utrata z mojej chęci to by była już zmiana, a nie utrata.
Tymczasem wszystko się zmienia lub traci, np. drzwi do łazienki, przedpokój. Chciałabym, aby zmiana "wejścia" symbolizowała zmianę wewnątrz. Jednak jeśli tak jest, za bardzo w tym tkwię, aby zarejestrować różnicę. Staje się inaczej, ale to tylko zewnętrze. To raczej prowokacja.
Zmieniła się także droga do pracy, też pozornie. Jeden widok się odsłonił - pałac. Teraz widać jego podstawę, jak zniknęły plastikowe bunkry. Chciałabym, aby tak zostało, żeby dali trochę przestrzeni w tym centralnie ciasnym mieście. Brak odsłonił widok. To utrata czy zmiana?

środa, 16 czerwca 2010

ignore

Zdecydowałam, że dzisiaj też będzie miły dzień. Przynajmniej poranek na kształt wtorku, a popołudnie sobie zmienię, bo jakoś nie wypadło wczoraj najlepiej. Urzeczona tą wizją spałam sobie w najlepsze, aż do pierwszych odgłosów stóp. Najpierw przydreptała Mewa ze zmartwioną miną, tuląc aż dwie pieluszki tetrowe służące do przytulania. Za nią Tasia ze zwojem chusteczek jednorazowych, niepokojąco skłębionych w okolicy nosa.
Więc dzień zaczął się nie po mojemu od wspólnych przytulanek na dużej sofie, ale od zajęć praktycznych z dziedziny tamowania zdarzających się niekiedy krwotoków z nosa. W tym roku pierwszy raz. I oby ostatni.
Jednak podobno o tym, jak się czujemy, decydujemy sami. Coś w tym jest mam nadzieję, bo wbrew niemiłym epizodom postanowiłam dzisiaj mieć dobry dzień. Taka miła środa. Chociaż wszystko idzie mi wolniej, obiadu nawet nie wstawiłam, a z innych "hobbystycznych" zajęć udało się tylko zrobić pranie i poodkurzać, zasiadłam sobie w cyberprzestrzeni z kubkiem herbaty. Wstrętna jakaś. Pewnie z metalowej puszki wylosowałam smak nie na dzisiaj. I kubek jakiś zielony w Mikołaje. Ach.
Idzie nie tak, jak miało być, ale przełączam się dzisiaj na jeden z moich ulubionych trybów "ignore". Polecam. Jest trochę tak, jak zerwanie połączeń. Świat się dzieje, zwykle tak sobie, a ja i tak mam się dobrze i po prostu. Bez rewelacji, ale też spokojnie. Zatem wypiję te wstrętne ziela i na pociechę uśmietankowię sobie popołudnie lodami.

wtorek, 15 czerwca 2010

wtorek w domu

Mewa zasnęła spokojnie po zupce ryżance, tej z listy ulubionych. Zakupy jadą już do domu, więc za godzinkę poszaleję sobie w kuchni tak wtorkowo, niespodziewanie. Jest szansa całkiem niecodzienna, że obiad będzie wcześniej niż na kolację, a w progu powita męża uśmiechnięta żona, a nie merdający na spacer pies.
Dobre strony mojego pobytu w domu objawiły się dla każdego. Nakarmiona pachnącymi naleśnikami z nutellą Tasia postanowiła sama odprowadzić się do szkoły. Starsza dorośleje, młodsza zdrowieje, ja trwam sobie niespiesznie i wartościowo w domu. Byłoby super, gdybym mogła nie realizować się zawodowo tylko mamuśkowo. W tej chwili tak sobie uważam, ale wiem, że i takie myśli zmieniłyby mi się po jakimś czasie. Póki co - nie ważne.
Zabawa w perfekcyjną panią domu zaczyna mnie wciągać. Wraz z pięknieniem przedpokoju zaczynam dostrzegać nieuporządkowane półki w szafie. Może zaraz po należnej małej kawce zapakuję za małe już kolorowe ubranka do worków? Może wydobędę z pudeł resztki włóczek i splączę je w nowe kolekcje jesiennych dziecięcych okrywajek? A może wyląduję na sofie zaplątana w zwoje słownego bluszczu, przymierzę się do historii pozornie obcych, nieznanych?
Rozmarza mnie trochę ten zapach koszonej pod balkonami trawy, wpisuje się w jakąś błogość, domowość. Naprawdę jeszcze chwila i może w piekarniku zarumieni się śmietanowy placek. A może nawet nie tylko ze zdrowiem dojdę do ładu i z negatywnymi myślami? Może i emocje się wyprostują jak prasowane zgniecenia w służbowych koszulach?

poniedziałek, 14 czerwca 2010

temperatura

Znowu temperatura. W okolicy 39 wieczorem, a rano nic. Znowu telefony do przychodni, znowu urywam się z pracy, znowu lekarz, znowu... Mewa będzie płakać, nie da się tak milcząco po prostu zbadać. Tylko język pokaże chętnie.
Niech na tym języku nic nie będzie. I gardło niech będzie czyste, normalne szmery w oskrzelach - nic niezwykłego. Niech wszystko będzie w końcu w porządku, standardowo i rutynowo nudne, bez sensacji. Niech będą same kropki, bez znaków zapytań i żadnych, ale to żadnych wykrzykników.
Siedzę jak na szpilkach i czekam, aż wskazówki zegarów dojadą przed lekarski gabinet. Marzę o tym, aby mnie nazwano nadgorliwą mamuśką, bo przecież dziecko zdrowe...

piątek, 11 czerwca 2010

klima

Podobno dzisiaj jest gorąco i ludzie ledwo żyją, topią się, tchu im brak i generalnie jest źle. Ja marznę. Zamknięta w sterroryzowanej przestrzeni i ciele stałocieplnym, nie czuję lata, a złe emocje drapią mnie już w gardle, suszą oczy, a susza - wiadomo - gniew rozpala szybko jak ogień na cienkich drewienkach myśli.
Tak jak Kubusiowi, marzną mi paluszki, chociaż u mnie deszcz nie pada, a prośby i argumenty nie wnikają w umysły moich prześladowców. Nie ma alternatywy dla szczelnie zamkniętych okien i 17 stopni. Zgodziłabym się chętnie na 22, zwłaszcza jak słońce przechodzi na stronę naszych okien, no ale cóż. W końcu doceniam osiągnięcia najnowszych technologii. W samochodzie też mam takie cudeńka i nie wyobrażam sobie dłuższych tras podczas upałów, gdy ciepłe lepkie powietrze otula nas i otumania.
A jednak czuję się wmanewrowana w spisek. Oszukać ciało, oszukać umysł. To co wiesz, że ciepło jest, to nieprawda, drogi mózgu. Zobacz, włoski na rękach wyciągają swoje chwiejne łodyżki w poszukiwaniu słońca, chłód je wznosi w rozpaczliwym geście pełnej mobilizacji. Tobie się wydaje przez 8 godzin każdego dnia, że to lato. A to nie lato. Przynajmniej do około 16. Bo potem, no cóż, widzisz jaki żart doskonały? Jak się dałeś oszukać jednak! Komunikacyjna duchota miejskich zakładów autobusowych zapoci ci każdy milimetr zmarzniętego ciała. Ogromne drzwi zatrzymane w biegu wyplują cię na parnym osiedlu wprost w objęcia domowych obowiązków.
I radź sobie na raz jednego dnia w tych skrajnych klimatach.

czwartek, 10 czerwca 2010

sen kolorowy

Dzisiaj wszyscy poszliśmy w końcu do swoich zajęć. Dorośli do pracy, Mewa do przedszkola, Tasia do szkoły. Siedzę ostrożnie jak mysz pod miotłą, a telefon potwierdził, że póki co jest ok. Nie zapeszajmy.
Oczywiście rano było nerwowo, szybko i nie tak, jak bym chciała. Sny też nie były takie. W tym roku nad podziw często śnią mi się osoby z pracy i co ciekawsze - nie zawsze ci, z którymi bezpośrednio współpracuję. Zawsze w sumie nie w kontekście zawodowym, ale powiedzmy takim życiowo - nijakim. Oprócz tego sen był kolorowy, bardzo, i jeszcze powiedzmy fakturowany. Wybierałam farbę do ścian w kuchni, a próbki kolorów w formie ogromnych bali tkanin, jak dawniej w małomiasteczkowych pasmanteriach, zalegały na regałach dziwnej kawiarni. Od sufitu zwisały rozciągnięte mechate koce, błyszczące satyny, wzorzyste falanele, jakieś tkane z włóczek połacie kolorów zakończone frędzlami. Cóż za dziwny sklep - kawiarnia. Bo jak miałam wybrać kolor farby na ścianę zanurzona w tym przepychu dekoracji jednak innego typu?
Z tego pomieszania próbowałam wybrać jakiś rozmydlony neutralny żółty, ale leżały tylko skrawki i sprzedawca wręczając mi filiżankę autentycznie pachnącej herbaty stwierdził, że to nie wystarczy do mojej kuchni. Usiadłam więc w drugiej części sklepu przy ogromnym stole, otoczona pastelami ścian i wzorami mebli oraz przyjemnym kawiarnianym gwarem.
W śnie pojawił się wątek ludzi z pracy, ale nie będę o tym pisać. Jest bez znaczenia.
O wiele bardziej chciałabym się dowiedzieć, co znaczą w moim śnie pojawiające się ostatnio niezależnie od wszystkiego starsze kobiety. Wczoraj była jedna z laską. Dzisiaj jakieś dwie inne, raczej pogodne, mimo to patrzące na mnie zdecydowanie wyczekująco.
Sen może być kluczem do jakiś wyjaśnień. To nienormalne, że śnią mi się ludzie z pracy. Może powinnam ją zmienić? Pytam tak siebie od wielu lat.
A póki co piję kawę z ekspresu i wdrażam się w rytm. Stopy wyjęłam z klapek i bose postawiłam na podnóżku. Ach, jest za gorąco na konwenanse. I tak dobrze, że reszta stroju jest bez zarzutu, bo jeśli chodzi o mnie - o wiele wygodniej byłoby mi w cienkiej bawełnianej piżamie, rozciągniętej i swojskiej, jeszcze zanurzonej w kolorowy sen.

wtorek, 8 czerwca 2010

blog nie istniał

Nadal jestem chora, wszyscy jesteśmy. To jakiś atak na mój dom - jestem pewna. Zmasowane siły wirusów wszelkiego typu, każdej maści, po jednym z każdego szczepu itd. Ale walczę oczywiście, walczę.
Blog nie istniał. To nie był przypadek tylko po prostu moje działanie. Zniechęcenie, poczucie bezsensu w temacie. Skasowałam wszystkie, jak obrażony dzieciak.
Ale zmieniłam zdanie, choć pisać nadal nie będę chyba.