piątek, 31 grudnia 2010

na koniec

Dzień jak dzień, chociaż niby koniec zbioru dni w tegorocznym kalendarzu. Czuję wyjątkowość tego piątku tylko dzięki pustym miejscom w tramwaju i metrze, przystankom opuszczonym i rozległym peronom. Przez moment rano zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem tutaj za wcześnie.


Każdy dzień jest końcem czegoś. Ze statystycznego punktu widzenia - zdecydowana większość rzeczy i spraw posiadających początek, ma też swój koniec. Umowny lub rzeczywisty. A czasem oba.

Dzisiaj wypadnie zatem mój osobisty umowny koniec roku, bo przecież rozliczać będę go jeszcze przynajmniej z kwartał. A do bieżącej pracy potrzebne mi będą te zdarte kartki z kalendarza 2010. Pod ręką, a nie w archiwum.

Przypamniało mi się jeszcze, bo jakoś siedzenie w metrze prowokuje do myślenia, jak kiedyś czekałam na Nowy Rok. Czułam autentyczny entuzjazm, gdy już trzeba było pić nieulubionego szampana, a widok jakiegoś zegara nie pozostawiał złudzeń, że już jest jutro.

A teraz - przeciwnie. Od kilku lat nie czekam na Nowe Roki. Nic szczególnego nie ma w granicy dat. Wiem na pewno.

Codziennie chodzę spać po północy. Jak na to tak popatrzeć w kwestiach sufitowych - moje dni to same początki. Witam je każdego dnia o północy i nie żegnam wcześniejszym pójściem spać. Dzień wygasa mi sam gdzieś w linijkach netu lub między rzędami robionego swetra. Przekręcam kartkę książki lub zmieniam kanał telewizyjny i nawet nie czuję, że coś zmieniło się w coś kolejnego. Dni odchodzą bez pożegnania.

Dla odmiany - powinnam dzisiaj iść spać o dziesiątej.

wtorek, 28 grudnia 2010

"szybko, tramwaj nam ucieka"

Wstałam za późno, bo noc była ciężka i od pierwszego otwarcia oczu wiedziałam, że źle się zaczyna. Myśli same układały mi się w przekleństwa. Niewiele do zrobienia przy braku entuzjamu przeradza się w jednej chwili w wysypisko niepotrzebnych detali, które trzeba przejść w drodze na przystanek. Autobus zwiał - jeden i drugi, więc poszczypałam się trochę z mrozem przez dziurę na kciuku w lewej rękawiczce.
Widziałam, jak tramwaj dojeżdża. A wiedząc, że nie zdążę, biegłam tylko dlatego, aby się rozgrzać.

Dlaczego poczekał na mnie? Zostawił otworzone drzwi, nie uciekał, w lusterku kontrolował bez zniecierpliwienia, aż dziurawa rękawiczka poprawi spadającą torbę i obejmie metaliczną rączkę.
Chciałabym wierzyć, że został mi podesłany, bym zdobyła pewność co do tego, że nie każdy mój tramwaj ucieka. Niektóre czekają, aż dobiegnę.

Dziś nie zmieniałam drogi do pracy. Sama się zmieniła. Stukałam obcasami dość rytmicznie, otulona poplątaną nicią troski mojego kalendarza, abym nie musiała wieczora poświęcać na odrabianie porannego spóźnienia.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

postanowienia

Słońce wstało nad Warszawą, ale dopiero wtedy, gdy zmieniłam poranną trasę do pracy. Podobno wstarczy zmienić jeden element układu, choćby najmniejszy, aby ruszyła lawina przeobrażeń. Nie wiedziałam, czy będzie lepiej. Chciałam sprawdzić, czy będzie inaczej.


Na samą tę myśl za zmrożoną szybą poświątecznie pustego tramwaju, nad drzewami mijanego codziennie cmentarza najczystszych idei, nieśmiało zaczęło się niebo odbarwiać z błękitu.

Z pierwszym "dzień dobry", które akurat trafiło się równie jak ja zaspanej pani z pocztowego okienka na Świętokrzyskiej, ośmieliłam słońce na tyle, że prawie wierzę w tę zmianę, jaką sugeruje światło.

Postaram się nie zapętlać. Nie chodzić w koleinach radykalnego pesymizmu. Uśmiechać się do tej szarej twarzy w lustrze. Wyrzucić kolekcję obaw. Wysypiać się.

piątek, 17 grudnia 2010

dostrzec

Musisz zwolnić, rozlenić się, uspokoić, trochę odpuścić i zobojętnieć na perfekcję. Wiem. Mówiono mi to wielokrotnie, w różnych miejscach, za darmo i za pieniądze, z dobrego serca, w ramach rady, groźby, prośby. Mówiły mi osoby znajome ledwo, przyjaciele, rodzina, osoby obce. Teraz mówi mi to mój organizm. Woła nawet, wygrywa ze mną, bo nie mogę od tego uciec. Muszę wytrzymać, przetrzymać. Muszę posłuchać.


Czasem tak samo nie słuchamy ludzi. Aż muszą zacząć robić rzeczy nieakceptowalne, aby ich zobaczyć, aż muszą mówić słowa bolesne, aby zacząć ich słuchać, aż muszą ... odejść, aby za nimi tęsknić.

Teraz moje ciało mówi do mnie. Robi mi rzeczy, nad którymi nie mogę zapanować. Muszę o nich opowiedzieć fachowcom, aby pomogli mi zrozumieć, zaleczyć. Muszę zwiększyć dawkę egoizmu, aby nie musiano za mną tęsknić.

czwartek, 16 grudnia 2010

poszukiwanie świąt

Puk puk, stuk stuk, prawa lewa prawa lewa, ups, próba utrzymania równowagi... Uff. Prawa lewa stuk puk... Daszek kraciastego kaszkietu w kolorach zwyczajności przesłania mi niebo. Więc błoto pod podeszwami i mokre kropki na twarzy nie dają się interpretować w kategoriach sufitowych. Żadne tam święta ani radosna zima, tylko czwartek po prostu, uliczna breja w drodze do pracy, te same frytkowo-kurczakowe wyziewy z plastikowej restauracji na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej i nawet z głośników po staremu, a nie christ-masowo.
Kiedy przyjdą do mnie święta? Kiedy się przypomną anielskie włosy na ustawionej na pianinie małej choince w domu dziadków? I stół oblepiony ciasno krzesłami? I podróże na pieszo wigilijną nocą na drugi koniec mojego miasta? Pomarańcze w paczkach, ćwiczenie kolęd godzinami i wykradanie maku z kuchni, obieranie migdałów.
Muszę bardzo w pamięci grzebać, aby poczuć święta.

wtorek, 14 grudnia 2010

plany na środę

Cieszę się jutro na tej jeden dzień urlopu jak niemal w wakacje na trzy tygodnie. Taka iluzja wyjścia poza schemat. Przecież nie będę mogła ani dłużej pospać, ani lenić się w południowej ciszy domu tylko dla siebie. I żadna tam lektura czy nowy sweter - nic z tego.
Wzięłam urlop na nadrobienie czasu. Jeden dzień nie starczy, ale jednak pomoże. Dzień z serii módl się - pracuj - bądź uśmiechnięta. Czyli pakiet tzw. uspokajający. Coś na złagodzenie duszy, coś na zmęczenie mięśni i kojąca radość, wynikająca z dobrze wykonanych prostych zadań. Jak starczy czasu może pomaluję sobie paznokcie, a co tam.
I choć lubię długo spać - wstanę o 6:00. Chociaż jest zimno, wyjdę na długi spacer z psem. Chociaż nie mam serca do sprzątania, zajmę się domem. I sobą, trochę.

czwartek, 9 grudnia 2010

o króliku

Znowu trzeba będzie dodać jeden do daty zasadniczej. Cały styczeń niektórzy będą się mylić, nawet urzędowo. Cóż, nie dla każdego rok kończy się w grudniu. Ja lubię być przygotowana na zamknięcia i dlatego może co roku cały grudzień naznaczony jest podsumowaniami. I jak zawsze wydaje mi się, że w danym roku niewiele osiągnęłam, ale też nie zawsze trzeba coś osiągać. Czasem warto po prostu gonić tego uciekającego królika niż go rzeczywiście dopaść. Bo jak już go dopadnę, co będzie dalej? A w ogóle - po co on tak ucieka?
Nie chciałabym go gonić. Niech sobie idzie w tempie własnym i niucha po krzakach zapachy sobie miłe. Mogę zostawać z tyłu, obserwować, ślady liczyć ewentualnie i życzliwie marszczyć twarz w geście rozbawienia, gdy czas przystaje nad rzeczami z pozoru błahymi. Mogę monotonnie iść za nim spacerkiem i uprawiać gdybologię wsteczną albo po prostu wpatrywać się w zabawny zadek ozdobiony kulkowym ogonkiem i nie myśleć o sprawach żadnych. Niech prowadzi. Nie muszę go dopaść. Naprawdę.
I ten rok taki był. Z zerem na końcu. Królik pędził jak mustang jakiś na bezdrożach moich spraw, a ja początkowo histerycznie go goniłam. A potem straciłam go z oczu. Myślałam, że zgubiłam drogę, ale ona sama mnie znalazła. Zwabiła w swoje zastygłe koleiny i dalej mogłam już iść wpatrzona w krajobrazy, nie koncentrując się na kierunku marszu. A kalendarz na 2011 zaczął się zapełniać gdzieś w połowie sierpnia.
Przyszły rok szykuje się na bardziej intensywny, tak w sensie pozytywnym. Miłe odskocznie od codzienności, kilka wyzwań. Jest kilka osób, z którymi chcę utrzymywać kontakty. Jest kilka nowych bocznych ścieżek, które chcę wypróbować. Są pewne próby, którym trzeba będzie sprostać, a do tego znowu mam kilka osobistych celów, z którymi chciałabym się zmierzyć.
Ten rok zamykam wynikiem 1:0 dla królika. No ale, mały puchaty stworku osobisty, w 2011 chyba to ja będę cię poganiać!

piątek, 26 listopada 2010

żandarm

Bezlitosny żandarm obudził ją o 7:00, ale już o 7:10 nie była w stanie pojąć, dlaczego napięcie w głosie oprawcy sięga zenitu i bredzi coś o rzekomych obietnicach dotyczących bezproblemowego wstawania i o niespóźnianiu się.
Ubrała się, owszem, jak najwolniej się dało, zakładając i ściągając kolejne sztuki bielizny w takt nawoływań z kuchni o konieczności pośpiechu. Nowe spodnie oceniła jako beznadziejne, więc jak już żandarm uznał, że dobrze nocą dopasował gumkę w pasie, zdjęła je szybko i w samych majtkach usiadła do śniadania.
Koszmar. Nie wiedzieć czemu ten gest rozwścieczył żandarma, który bezwzględnym gestem wskazującym drzwi odesłał ją do pokoju. Więc usiadła sobie na krześle i wpatrywała się w ścianę, nie zakładając spodni, bo – wiadomo – beznadziejne nowe beżowe sztruksy z koszmarną ciepłą flanelową podszewką uwłaczają jej godności i bez walki ich nie założy.
To okrucieństwo, że żandarm upiera się przy ciepłych spodniach o tej porze roku, wyznaczając je jako alternatywę dla rajstop pod cienkimi spodniami. Dręczycielstwo. Więc z prawdziwą satysfakcją obserwowała jak po kilku bezcennych minutach poranka rozwścieczony żandarm miotał się po pokoju i w końcu kategorycznie zażądał włożenia spodni. Włożyła, ale najwolniej jak się dało. I na złość absolutnie nie wkasała podkoszulki.
Gdy żandarm pakował do toreb wszystkich domowników pakiety zrobionych właśnie kanapek, zasiadła łaskawie do śniadanka: kromki świeżej chałki, posmarowane cienko kremem orzechowym i grubo nutellą. Niby tak, jak lubi. Byłby punkt dla żandarma, ale to ściema, raczej kompromis, wszakże szantaż „nutella rano albo idę bez śniadania” udał się jej znakomicie i teraz bez szemrania żandarm kładzie rano na talerzyk to, co ona chce. No ale w końcu, skoro tak żandarmowi zależy, aby ona zjadła śniadanie… Obok talerza - kakao. To skandal, że żandarm znowu zrobił kakao nie w ulubionym kubku!
Zęby myła z największą atencją, na jaką ją było stać. Najwolniej jak można. Każdy ząb z osobna. Śledząc jednocześnie swoje miny po kolei w każdym z luster. Wychodząc pospiesznie żandarm zapowiedział, że ma być gotowa, jak tylko wróci z krótkiego spaceru z psem. Ma czekać uczesana, umyta, w butach i kurtce, z czapką w ręce i plecakiem przy drzwiach. Więc nie doczesała włosów na końcach, nie posmarowała ust kremem (żandarm nie lubi jej suchych, popękanych ust i upiera się, aby smarować je wazelinowymi pomadkami przed wyjściem na mróz). Buty stały w szafce, kurtka wisiała w najlepsze, a czapka zaginęła gdzieś na krześle w pokoju, na którym żandarm zabronił składania rzuconych niedbale ciuchów wszelkich. Plecak nie był dopięty i leżał sobie pod biurkiem.
To okrutne, że żandarm krzyczy. Nie wolno krzyczeć na dzieci. Nawet za dziesięć ósma w domu. No i co z tego, że późno. No i co z tego, że żandarm znowu nie zdąży do pracy na czas. Znowu będzie musiał zostać dłużej, odrabiać czy coś tam. Nieważne przecież.
Żandarm – kat i oprawca uparł się nie tylko przy ocieplanych spodniach. Musiała założyć też czapkę i omotać szyję szalikiem. Koszmar. Jak już żandarm zniósł po schodach plecak i przed klatką wysunął rączkę, aby mogła zawieźć go na kółkach do szkoły, starała się nie omijać żadnej kałuży, z dziecięcym wdziękiem miażdżąc szklaną taflę wszędzie tam, gdzie lód nie udawał potłuczonych szkiełek. A żandarm pędził zdenerwowany do przodu, milczący i już zdaje się trochę zrezygnowany. I dobrze mu tak.

Dlatego tuż przed szkołą i w ramach pożegnania nie należy się żandarmowi nic, nawet „miłego dnia, mamo”.

czwartek, 25 listopada 2010

oczka prawe, oczka lewe

Dzień za dniem - ale banał. A jednak. Ranek po ranku i w kilka chwil po wieczorze zapada następny. Czas mogłabym mierzyć w nakrętkach zużytego płynu do zmiękczania tkanin albo kostkami proszku do zmywarki. Wyrabiam dobre i złe chwile z włóczki mojego czasu jak prawe i lewe oczka kolejnego swetra. Znowu nie jestem pewna efektu końcowego.
Nic nie jest oczywiste i czarno-białe. Wiadomo - prawe po jednej stronie jest lewym po drugiej. A włóczka - magicznie kolorowa.

W ten sposób postanowiłam przeczekać listopad. Prawie się udaje.

piątek, 19 listopada 2010

o zszywkach i spinaczach

Ciało mi zwalnia, ogłusza bólem głowę i maluje cienie pod oczami smutnymi barwami. Mówią, że to zmęczenie, brak snu, nieregularne jedzenie i pośpiech, pogoda, ciśnienie, przed, po albo w trakcie... Widzę to inaczej.

Jestem zbiorem kart różnych. Co jakiś czas poprzedni zapis staje się mniej aktualny i codzienność zakłada mi nową. Pęcznieję od nadmiaru wizerunków z różnych okresów swojego życia. Połączone zszywkami doświadczeń nieregularne sprawozdania z dat sprzed ważniejszych przemian mojego tutaj dają się łatwo przeglądać w chwilach potrzeby.
Oto stoję w kolejce do peerelowskiego skupu butelek, aby zarobić kilka złotówek na rozwodnione lody z budki na rogu. Mogę zweryfikować haftowany na obrusie łowicki zapomniany wzór w ognisku pracy pozaszkolnej. Oglądam swoją samotność na przyklasztornej ławce, gdy kończył mi się biało-czarny świat fortepianowych klawiszy. Mój instrument ma odwrócone kolory - tych ciemnych powierzchni jest więcej.
Na kolejnej karcie mogę podążać w udających glany butach przez uśpione miasteczko, by zdać komisyjny egzamin z języka rosyjskiego. Outsider z konieczności, bez potrzeby wkupienia się w grupę, zasłuchany w brzmienia niepopularne, zamotany w działania niemodne, zaczytany w kompleksach swoich i świata, którego nie udało się zbawić także mojemu nastoletniemu pokoleniu.
I potem kart coraz więcej, przeróżnych: szarych i kolorowych, pomazanych i niestarannych albo przeciwnie - wykaligrafowanych kosztownymi atramentami pozytywnych emocji.
Ordynarne zszywki spajają całość w potężny niezrozumiały plik. I tylko od czasu do czasu gdzieś kilka kart jednoczy kolorowy spinacz, bardzo już poluzowany, przynależny zaledwie wybranym dniom.
To doświadczenia, jak metalowe zszywki, łączą mnie ze sobą i każą wspólnie rozpatrywać często sprzeczne karty. Przyjaciele są jak wsuwane spinacze. Łagodnie łączą karty, nie kaleczą. Nie zostają na dłużej.
Zdaje się, że to powiedział Tołstoj (albo Dostojewski - nie mam serca tego szukać teraz), że przyjaciele są po to, aby przypominać nam, kim jesteśmy, jak sami już zapomniemy. I nie pozwolić nam milczeć, gdy dojdziemy do wniosku, że gadać nie ma już po co.
Moje karty łączą zszywki. Jeśli były spinacze - nieliczne - poluzowały się i odpadły wraz z pojawieniem się kolejnej karty. Nigdy mi to nie przeszkadzało.

A teraz skóra mi szarzeje od nadmiaru kurzu z lat przeszłych. Muszę sama to wszystko przejrzeć i dotknąć każdej zszywki, miejsca po spinaczu. Zamienione w niewidzialne nitki wspomnienia wplotę w pruty po raz kolejny sweter. Męczę się nad wzorem, nad kolorami, nie mogę dobrać szczegółów. Nie mogę złożyć siebie w jedną całość. I nie ma mi kto przypomnieć.

czwartek, 18 listopada 2010

rozmienić się?

Prowadzić jednego bloga o wszystkim? Takie mydło i powidło? Worek słów i zdjęć swetrów, babskie blablanie i potoki emocjonalne? Czy lepiej może rozmienić się na drobne? Tutaj zostać z sufitem, zamęczać Was słowami, a w innym miejscu katować fotografiami wieczornych pamiątek po drutowaniu?
Tak się zastanawiam...

środa, 17 listopada 2010

archiwizacja

Myśli to nie dokumenty. Nie da się ich zarchiwizować. Odchodzą same, gdy dekretacje ich pilności przyprószy sekundami czas. Odkładają się w mniej dostępnych częściach mojej biblioteki spraw własnych, często bez odznaczenia w katalogu, czemu zapakowały się w szarą teczkę, obwiązały tasiemką, oznaczyły kategorią.
W podręcznej szufladzie różnych spraw, wertowane gorączkowo i miętoszone na rogach karty dni najważniejszych, nadpisują swoje emocjonalne znaczenia na kolejnych warstwach mojego czasu. To, co było, jest kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje. Zrozumienia w przyszłości.
W mojej bibliotece sekundy ze wszystkich dostępnych mi czasów oplatają warkoczami zapisane arkusze. To dlatego za każdym razem, gdy odczytuję bleknący atrament dawnych wzruszeń, głos mi się łamie jak ten zwyczajny ołówek, którym nieustająco zaznaczam na wieczność kategorię ukrytych akt.

wtorek, 2 listopada 2010

na kredyt

Darowana godzina została jak zwykle przeze mnie zmarnowana. Może nie do końca zresztą, w każdym razie nie przespałam jej, jak powinnam, kiedy to w sześćdziesięciu minutach wiosennego snu trzeba będzie spłacić kalendarzowi zaciągnięty jesienią kredyt. Siedziałam do zapóźna i plątałam nitki w dziecinną czapkę. Więc było mi słodko i kolorowo, i łatwo było przekonać siebie, że to jest taki kredyt 0%.
A nie jest, niestety.
Dzisiaj rano miałam nadzieję, że wszystkie te wyjące budziki nie odnotowały zmiany czasu. Że mąż nie zmienił na ich wyświetlaczach bezdusznej kombinacji porannych cyfr. Że mam jeszcze godzinę na pościelowe przewalanki, bo sen... hm, coś się złego między nami porobiło, skoro przychodzi z ociąganiem i nie zostaje na długo.
I co tu robić?
Mnie się dobrze siedzi wieczorami. Najlepiej nie samej, ale tak obok, w tym samym pokoju. Żeby dzieci spały, pranie schło, kotlety chłodziły się w zamrażarce na dni bardziej śpieszne i wszystko rozumiało się samo przez się. Uwielbiam długie wieczory i ciemne barwy za oknem, i to uczucie, gdy trzymam nowy kłębek barw w dłoni i jeszcze wszystko mogę z niego zrobić. Wszystko.
Tej jesieni postanowiłam poupychać nadmiar emocji między pętelkami. Nic nie powiedzą, a przechowają dla mnie w wełnianych splotach wspomnienia moich wahań.
Więc biorę sobie te wieczory długie jesienne na kredyt do wiosny. Będę zaplatała nitki czasu w warkocze i sennie otulała nimi najbliższych. A sen ... zatęskni i sam do mnie przyjdzie.

czwartek, 28 października 2010

bukiet na potem

Chciałabym tego uniknąć. Jak co roku. Ale jednak zawsze marznę przy świetle zniczy otulonych pióropuszami przepysznych chryzantem, próbując na zapałkach się koncentrować bardziej niż na powracających emocjach historii tkliwych. Jasne, że pamiętam ten uśmiech, oczu zmrużenie, ciepło dotyku, przytulenie, nasze rozmowy, śmiechy i to, jak pocieszenia suszyły mi oczy. Nie zapomnę niektórych rozmów i wybranych klimatów, wszystkiego co pierwsze i co było ostatnie, tkaniny sukienki i motywu na ścianie kuchni, którą pogrzebano na cmentarzysku budowli miejskich.
Nienawidzę tego. Tej wiedzy, co stało się "po" i że jestem uczestnikiem jakiegoś "potem". Po co mi ta wiedza, skoro nie mogę się nią pochwalić przed najbardziej zainteresowanymi? Przez większość mojej teraźniejszości wszyscy oni tkwią sobie w swoich "teraz" i można bezpiecznie udawać, że nie było wcale tej daty, od której liczy się "po".
I znowu wiatr będzie mi oczy łzawił, a chłód nos czerwienił. I nie da się tak po prostu po raz kolejny odpowiedzieć "kto to był, mamo?" A ciepłe dłonie męża szukać będą w moich kieszeniach zaciśniętych na chusteczkach palców, poprawią apaszkę pod szyją, zcałują przyschniętą na policzku czarną kreskę rzęsy. Bez tych dłoni nie dałabym rady myśli wiązać w pogodne kokardy na bukietach wspomnień.

poniedziałek, 25 października 2010

atak paniki

Są takie zbiegi samopoczuć, których skutki tylko litanie i koronki mogą stępić. Dziś właśnie na to wpadłam na krótkim spacerze Warszawą o pierwszej, gdy dusić mnie zaczął atak paniki chyba. Nie mogłam usiedzieć w zamknięciu biura, nie mogłam wychodzić spacerując dookoła. Spocona od zimnych potów udawałam, że ręce mi się nie trzęsą i potrafię profesjonalnie prowadzić rozmowę służbową. W tłumie mijanych dziennych użytkowników śródmieścia dzwoniłam, by zająć czymś usta, paplałam, by zająć umysł, zostawiłam czapkę, by ochłodzić głowę i nie zapięłam kurtki.
Lecz wciąż to samo i to samo, od nowa, od nowa. Usuwający się realizm spraw sprzed oczu. Bliskość omdlenia. Zapierające oddech w piersiach przekonanie o bliżej niesprecyzowanym końcu, którego najnieznoślejszym aspektem jest to, że sprawię kłopot, wprowadzę zamieszanie, niechcący wyłamię się, zawstydzę, a potem... zasmucę.
I nic. I nic. Tylko ja i jak zawsze niezawodnie On. Niebieskooki. Ostatnia deska ratunku. Gdy zawaliło się psychologiczne rusztowanie skutecznych rzekomo metod, wreszcie Go posłuchałam.

Jestem taka nieuważna. Nie dość, że się często gubię, to jeszcze z trudem pozwalam się odnaleźć. Dopiero jak już mi się serce skaleczy, powietrze zagęści złymi emocjami, a na kolanach porobią strupy w sąsiedztwie siniaków.

piątek, 22 października 2010

drzewa naszego Razem

Odrobina porannego zawirowania i już mieszają się emocjonalne barwy. Oto głęboki brąz dojrzałego liścia dębu jak nasza relacja. Poważna, stabilna, wierna i silna, choć w kształcie nieregularna. Nie kruszy się faktura, może tylko barwę jeszcze zmieniać, intensywnieć. W tej całej plątaninie liści dodaje smaczku, pieprzyku.
Zielone liście naszych niespełnionych planów. Największe nadzieje, najszybsze zwątpienia. Nasycone naiwnością, świeżością młodości jeszcze, pełne tzw. soków życia. To te wyjazdy, w których nie uczestniczyliśmy. Te bale, na których nie tańczyliśmy i niekupiony dom, w którym już prawie wieszałam firanki. Wszystkie działania, od których odstąpiliśmy. I czasem pamiętamy dlaczego, a częściej nie, bo dorośliśmy ze sobą do innych decyzji.
Piękne żółcie klonowych enklaw jak dzisiejsze działania z tych ważnych. Intensywne w barwie, stabilniejsze niż zielenie i bardziej kruche niż brązy. Doskonałe w swej teraźniejszości działania obliczone na szczęście. Nasze życiowe projekty, zdobywane z trudem wieże widokowe na przyszłość, nasze radości, chwile błogości, zamierzenia realizowane.
A wszystko połączone drobnicą wiotkich wierzbowych listków powszednich dni, złotych, rudych, kasztanowych... Pierwsze giną na trawniku, zapominają się, powszednieją. Pozornie nic z nich nie zostaje. Rozmoczona papka pokruszonych godzin i wypłowiałych emocji.
Ale to nimi karmi się ziemia, na której rosną drzewa naszego Razem.

środa, 20 października 2010

poranna fizjologia małopiątkowa

Jestem. Proszę ode mnie więcej nie wymagać póki co. Siedzę. Nie daję rady nawet porządnie oprzeć pleców. Jakoś tak załamują się, zginają, zyskują styk z oparciem w okolicy nerek. Oczy mi się zamykają, a precyzyjniej - ślimaczą. Patrzę, a nie widzę, bo mi się obraz rozjeżdża, rozmazuje. Może to mgła wkradła się pod soczewki i skreśla ostrości. Palce działają niemrawo, tak tyle o ile. I kawa z ekspresu pozbawiona jest entuzjazmu. Poprzestańmy na tym, że przyjechałam i postaram się miarowo i bez pośpiechu przeżyć ten "mały piątek".
Potem, już po kawie, po internetowym wydaniu zindywidualizowanych wiadomości, zmuszę się do przemyślenia kilku spraw. Na przykład - czemu czuję awersję do zawarcia umowy ubezpieczenia tzw. NNW. No i co zrobię na obiad dzisiaj. Oraz kupię kilka ciuchów on-line, bo dłużej nie da się bez nich lub po prostu z nimi będzie lepiej. I nazwę sobie zadowoleniem ten wczorajszy sukces, że jednak nie czerń wygrała, a rozwirowane kolory parkowych trawników.

wtorek, 19 października 2010

Dzisiaj

Pewnie ciśnienie jest tak niskie albo mi coś do kawy dodali, bo dzisiaj - ach, Dzisiaj! Czy to nie jest ekscytujące, że właśnie jest Dzisiaj? I to tak w połowie Dzisiaj, centrum Dzisiaj. Jeszcze dzień nie stracony, jeszcze się wiele może wydarzyć. W ogóle wiele może być, bo nie dość, że Dzisiaj to jeszcze wtorek! Taki potencjał.
I sobie drobno niebo nawilża betonowe chodniki, włosy mi kręci, ramiona wzrusza. Uśmiechnęłam się nawet dzisiaj do kilku osób. Fascynujące. Tyle zajęć mnie czeka dzisiaj, a jednak odważnie zaplanowałam sobie miłe popołudnie. I jakieś danie dyniowe. I chwilkę na "siostrzaną" rozmowę. I sweter, który jednak wczoraj zaczęłam z tej sprutej włóczki. I może nawet jakieś małe zakupy kobiece, pachnące, tulące, kolorowe.
A wszystko na przekór. Tak, właśnie. Bo nie mogłam w nocy spać przez te sny, co ich dawno nie było, a które znowu wkradają mi się same. Nie prowokowałam ich, serio. I przez to zabieganie, poranne wstawanie, z trudem odrabiane lekcje do późnych godzin dnia, które i tak nie mogą wymazać jakoś poczucia, że zawsze mogłam więcej.
Jednak Dzisiaj od teraz ma być lepsze. Postanowione. Deszczem przykropione. Wskazówką minięte. Moherkiem nakryte. A co tam!

poniedziałek, 18 października 2010

sweter w barwach jesiennego optymizmu

Skończyłam wczoraj sweter dla siebie. W końcu jakiś. Ostatnio tak się składało, że Mewa dostała niebieski sweter z kaczkami oraz seledynową tunikę z małymi wrabianymi kwiatuszkami. Tasia dostała różową (obowiązkowo) kamizelkę-tunikę, z paskiem do przewiązania oraz ponaszywanymi bukiecikami szydełkowych kwiatów. Szarpnęłam się też na takie dziwadełko dla niej - sweter z rękawami do łokci, bo w sumie i tak zawsze podwija. Potem był sweter dla męża - ten szary. Pisałam. A dla mnie tylko kamizelka beżowa, kamizelka - bo chociaż ich nie lubię - tym razem włóczka wydawała się super, a w sklepie więcej nie mieli. Może dokupię, dorobię, zobaczy się. Podoba mi się, jednak jest w tym stylu, którego wolę nie prezentować w pracy.
Na koniec wyrabiania zapasów włóczkowych zaplanowałam sobie sweter dla mnie, ciepły i milutki, w kolorze jakimś, a nie czarny, minimalistyczny, elegancki itd. Oczami wyobraźni otulałam się delikatną pajęczyną mieszaniny brązów, beżów, zieleni. W takich barwach można mieć tylko dobry humor, w takiej dzianinie grzeją się myśli, a doświadczenie każdej pętelki bogaci. Już widziałam, jak się uśmiecham i dusza mi łagodnieje.
Wczoraj go skończyłam, zszyłam. I wiem, że dzisiaj ... będę go pruła. Włóczka piękna - szkoda cisnąć w kąt. Zrobię podejście numer dwa. Ale najpierw ... chyba ten czarny zacznę. Wyjdzie na pewno, niestety.

środa, 13 października 2010

to ja popsułam ten tramwaj

Szybko, szybko! Upchnąć ze dwie godziny w kilka minut, zmechanizować powitanie w rytuały. Szybko. Oczy na raz i nogi na dwa na zimny parkiet, w buty, w ranek, w świat. Szybko. Gryz i łyk, a czasem nie, tabletka, syropek i nawet mój pies ma oczy zaspane, jak mu sikać każę w rytm sekundnika. No chodźżesz. Szybko! Stuk puk cztery cyfry domofonu, "uczesz zęby, umyj włosy", apaszka, ekspres, kilka dzieńdobrych po schodach i - szybko! - czy ty wiesz, jak bardzo jesteśmy spóźnieni? A że szybciej jak szybko się nie da, zaplątana w drobiazgi i spocona z nadmiaru przyspieszeń, wpadam zdyszana w pułapki wyrzutów. Że mogłam inaczej rozegrać ten wyścig. Że nerwy i krzyki nie czas redukują potrzebny do śniadań i sznurowadeł, ale te wszystkie "kochanie, jak spałaś?", "jakie masz oczki roześmiane i loczek zabawny nad uszkiem".
Na pewno dlatego popsuł się tramwaj - ostatni z możliwych do bycia na czas. Przez poranne nieprzytulenie i pobieżne ucałowanie. Przez niezapytanie o sen. Że zamiast źrenic - tarcza zegara, a za "witaj" było "wstawaj". Z nadmiaru "szybko" i przez brak spojrzeń przeciągłych, dosmarowanych miodem kanapek i dogrznych kubków kakao. Wszyscy się spóźnili do miłego dnia. Przeze mnie. To ja popsułam ten tramwaj.

czwartek, 7 października 2010

bunt ciała

Nie, nie jestem smutna. Wcale. To tylko mi się ciało cicho buntuje, twarz ukryła uśmiech, a oczy … lepiej nie mówić. Za tą mglistą powłoką jak z mlecznej szyby, gdzie czają się emocjonalne jeziora, błękit wyprał się z wewnętrznego spokoju. Ach, bez znaczenia. Ja zawsze daję sobie radę. Teraz też na pewno nie będzie inaczej.
Tylko… tylko mi smutek zaczął wyciekać. Melancholia w siatce zmarszczek obciąża kąciki ust, ramiona opadły i krok spowolniał. Matowieję. Ciało mnie zdradza.
Wczepiony w realizm burego swetra mój Błękitnooki nie z tego świata szepcze mi za uchem jak wytrawny rzemieślnik, że trzeba dobrze drewno zmatowić, aby kolor położyć. A im dokładniej ścierny papier życia zetrze osad mylnych wyobrażeń, tym dłużej trzymać się będą barwy nowych prawd.

środa, 6 października 2010

kwaśne aspekty niezastępowalności

Znowu robię takie "ważne" rzeczy, że stygnie mi kawa i herbata gruszkowo-jabłkowa. Niedobra, więc wzięłam do pracy, bo tutaj - wiadomo - pójdzie wszystko. Dobrze, że stygnie tylko, a nie schnie na przykład. To by mnie dopiero zaskoczyło! Zupełnie jak słońce wymierzone w swej radosnej ironii prosto w szyby okolicznych biurowców.
Och, jakam ważna! Tak niesamowicie niezastępowalna, że konkretnie mój tyłek siedzieć musi za tym biurkiem niezależnie od ilości mijanych kresek przez rtęciowy strumyk w termometrze pod pachą małej Mewy. I to moje pozbawione kolorowych wykończeń paluchy muszą bębnić w te tabelki tysiącami, milionami, bilionami złotych. Chociaż ... w sumie ...
Jestem trochę niesprawiedliwa w tej ocenie. Ostatecznie przecież to miłe, że do tej pory żadne z moich L4 na dzieci nie uruchomiło procedury redukcji etatu. Każdy mógłby wykonać moją pracę, a jednak zostawia się ją mnie. Czeka na mój login i ze dwa indywidualne hasła, przycupnięta zwykle w pomazanych dekretacjach, w firmowej skrzynce pocztowej, w gazetniku. Bez pracy byłoby mi jeszcze trudniej. Dlatego staram się nie przesadzać. Spotęgowane siły wirusów i zapaleń ostatnio często zmuszały mnie do sakramentalnego "tak" na pytanie "zwolnienie potrzebne?"
Tym razem powiedziałam "nie". Więc siedzę, taka dobra pracownica, z zimną kwaśną herbatą, robię coś, co mógłoby może poczekać te kilka dni. I myślę, że to takie trudne wyważyć kwestie niezastępowalności. Mewa rozumie oczywiście, że mama musiała iść do pracy, że jest dziadziuś, że jest babcia, że ona sama wkrótce poczuje się lepiej i że mama się martwi o Mewę jak zawsze, gdy Mewa jest chora, ale tym razem niestety mama musi iść do pracy. A w zastępstwie mamy Mewę przytuli dziadziuś i potem babcia. I niby dobrze. I Mewa zadowolona, i dziadziuś, i babcia, pracodawca także. A ja ... herbata mi co kwaśnieje.

piątek, 1 października 2010

O wyższości bułek maślanych nad wskazaniami centymetra

Obiecałam sobie nie jeść pączków i drożdżówek. Na wszelki wypadek. Bo wiadomo, nie biegam, nie skaczę, nie wyginam śmiało ciała i generalnie kulturę fizyczną to moja córka ma w szkole. Ponadlimitowo i w nadmiarze, ale ku jej radości wielkiej. Na marginesie – gdybym nie była przy porodzie, pewnie trudno by mi było uwierzyć, że to dziewczę wysportowane jest kością z kości mojej i krwią ze krwi – czy jakoś tak.
Więc obiecałam sobie nie pamiętać w pracy zwłaszcza, że istnieje to cudowne połączenie tłuszczu i słodyczy, często z lukrem jakimś i samotnym sześcianem spitej cukrowym syropem skórki pomarańczy. Tak w podsumowaniu wychodzi hasło: kocham – nie kupuję.
Ale… w taki dzień jak dziś, gdy najcaluśki tydzień noga moja nie postała w Sezamie ani delikatesach, ani żadnym innym spożywczym ze stoiskiem cukierniczym, gdy od poniedziałku kombinuję, co upiec z tej paczki drożdży, a tylko czas nie pozwala wprowadzić zamiarów w czyn, gdy czekają popołudniowe stresy w okolicy drewnianej kratki finezyjnie przytkanej folią, tak w podzięce za wytrwanie w pracy i za każdy dzień mieszczenia się mimo wszystko w stare rozmiary, no i przede wszystkim dlatego, że o ile sobie przypominam w tę nieszczęsną godzinę formułowania obietnicy z ust moich nie wydobyło się określenie „bułka maślana”, pozwalam sobie niniejszym zignorować wizję rozciąganego centymetra i zatopić usposobione do rozkoszy zęby w delikatny beż malutkiej chałki. Uhm.

No dobra, przyznam się. Teorię dorobiłam później. Bułki maślane na rano kupiłam wczoraj…

środa, 29 września 2010

zająć się czarowaniem

Lubię deszcz. Łagodny środek uspokajający. Oddycham w rytm kropel, a wilgoć przenika wgłąb myśli i spowalnia reakcje. Na deszcz nie chce się wybiec wzburzonym, bez płaszcza, parasola i kluczy. Gdy pada deszcz - drzwi zamykają się łagodniej, a kroki ostrożniej ślizgają się po liściach. I nawet pies najchętniej nie wychodziłby rano, tylko później może trochę.
Najlepiej w taki deszcz ukryć się w swetrze kolorowym i wewnętrzny chłód barwić sokiem z malin. Albo zająć się czarowaniem: ziół - w aromaty pieczonych dań, nitek - w ściągacze wełnianych dziecięcych skarpet, słów - w szczere wyznania. Że tak nam dobrze razem budzić się każdego dnia, że pada deszcz, że nie pada...

wtorek, 28 września 2010

Muszę iść do fryzjera

Taki fryzjer to jest lekarz od spraw wszelkich. Fryzjer się zapyta, co robimy z włosami, ale ja i tak pomyślę o życiu. Trochę mi się zapuściło, kruszy się na końcach i nijak nie daje się spiąć jakoś tak po mojemu. Więc jakby tak ścieniować te staroci spraw, odświeżyć może. Niech się podkręcają wzajemnie i chociaż wyglądają na nowsze, a nie na zaszłości.
Trzeba chyba świata trochę odsłonić, bo skrył mi się za grzywką, nie poddaje się oglądowi. Ciągle tylko te chodniki z zasikanej kostki, ulotki, kałuże... A jakby tak oczy podnieść to może chociaż rant parasola da się zobaczyć?

poniedziałek, 20 września 2010

szary sweter

Gdyby świat był czarno-biały... cóż za wspaniałą jasność byśmy mieli! Wszystko w systemie zerojedynkowym – wspaniała jednoznaczność. A jednak czasem szarość, ta mniej szara zwłaszcza, przynosi ulgę. Nie jest może perfekcyjnie, ale podobno idealna biel też nie istnieje, zupełnie jak czerń nieskażona. Zbawienna, wieloznaczna, poddająca się interpretacji szarość – to nasza domena. Moja też, chociaż jej unikam.
Ze słowami jest podobnie. „Niech wasza mowa będzie: tak tak, nie nie”. Rewelacja. Też bym tak chciała. Ale to chyba język nie tego świata. Coś jest często bardziej na tak lub mniej, każde tak, zawiera jakieś nie.
Na prywatny użytek, jak już bardzo pili mnie, aby się określić, stosuję skalę 0-10. To 0 i to 10, dziwna sprawa, stosuję najrzadziej. Mniej szara szarość zaczyna się od połowy, ale nie często osiąga wyższe rejony.
Więc teraz robię na drutach szary sweter dla męża. Jasnoszary, przeplatany cienkimi grafitowymi pasami. Będę patrzyła na niego w dniach codziennej zimowej rutyny i dziwiła się z każdym praniem, że tylko biel się brudzi i czerń płowieje. Szarości ten świat nie rusza, nawet po wirowaniu.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

pożegnanie

Co prawda się nie witałam, ale chociaż się pożegnam.
Wszystkim bloggowiczom życzę wytrwałości i powodzenia.
Do przeczytania!

piątek, 30 lipca 2010

urlop

Dzisiaj ostatni dzień pracy. To znaczy nie tak w ogóle ostatni z najostatniejszych, ale zwyczajnie końcowy z tej tury dni przed urlopem. W tym roku - szaleństwo na maksa. Zaplanowałam pełne trzy tygodnie na raz, ciurkiem, dzień po dniu - od poniedziałku właśnie.
Wyjeżdżamy. Nad morze. Jak się z praniem wyrobię. Tasia wróciła z torbą czekających na wolne sznurki utytłanych koloniami ciuchów. Chyba do jutra nie dam rady. Chyba pojedziemy w poniedziałek z samego rana.
Przed urlopem to najlepszy stan. Naobiecywałam już sobie, czego to ja nie zrobię, ile się nie naczytam, wszystko pokończę, zaplanuję nowe, a jeszcze - a jakże! - odpocznę, odeśpię, nie tylko gęba będzie mi się śmiała, ale i serce nawet, co ja gadam - skarpetki także! Tyle dni beztroski, czy precyzyjniej - troski innej, np. czy doschną ręczniki, czy gofry lepsze z jagodami, czy z samą bitą śmietaną, czy iść na plażę rano, czy trochę później i w którym barze zjeść talerz pomidorowej.
I niech ten czas mija powoli. Niech się sekundnik dwa razy zastanowi zanim się na zegarku przestawi na kolejne pole.

piątek, 16 lipca 2010

poczekam

Nadtopiły mi się emocje pozytywne, posklejały jakoś. Trwam sobie w lepkiej przestrzeni, robię co muszę, ale jakoś tak bez przekonania, bez ambicji, bez przyjemności.
Nie czytam, nie piszę.
Poczekam.

środa, 7 lipca 2010

lato w mieście

Stały na klatce dzieciaki. Kilka niedużych sztuk. Ze trzy takie powiedzmy jedenastoletnie, ze dwie o dwa lata starsze, może ze dwa jeszcze trochę większe. Towarzyszył im sok dwulitrowy grapefruitowy chyba, a może pomarańczowy? Nie zauważyłam. Kilka plastikowych kubeczków na betonowym parapecie - za wysokim na chude niewysokie nóżki, aby komfortowo stawiać tam litrową wódkę wcale nie najgorszej produkcji. Dlatego jeden z najmniejszych, pewnie po sprawiedliwości, trzymał ją kurczowo w ręce.
Musiałam przejść obok. Alkohol zawsze pachnie tak samo. Z nastoletnich ust równie nie na miejscu jak z innych około 17 we wtorek na klatce, no może trochę bardziej irracjonalnie. Więc przeszłam spokojnie z siatką zakupów, a po schodach minęłam podlotka zapinającego rozporek. Pewnie odlał się w zsypie.
I to koniec historii. A może nie? Taka zagadka z dziedziny absurdu. Co zrobiłam? Co zrobiłbyś/zrobiłabyś Ty? No i dlaczego? Przede wszystkim - dlaczego?

wtorek, 6 lipca 2010

znowu

Znowu jestem w domu na bieżąco. Po raz setny obejrzałam pusty zlew i dno kosza na pranie. Zamiast tego zmywarka gra, a konwaliowy zapach ze sznurków na balkonie ucieka wgłąb pokoju przed słońcem. Kończę drugi dziecięcy sweterek. Fasolowa wesoło bulgoce w kuchni. Zamiast pantofli mam bose stopy, a wyprasowane koszule czekają na przyszły poniedziałek w szafie.
Niestety.
Chociaż tak jest miło, że mogłoby być tak zawsze, przyczyna tego porządku jest nie od zaakceptowania. Tak, wiem, wiem, wychoruje się. Cóż to za dziwne określenie! Jakiekolwiek by nie było wiem, że jest w nim jakaś prawda.
Czekam więc. Zapisuję, by pamiętać o przyczynach, gdy wkrótce statki zacumują w nadmiarze w zlewie, jęknie pusta lodówka, a ciuchy do prania rozsypią się malowniczo wokół kosza w łazience.

czwartek, 1 lipca 2010

skala 0-10

To taka zabawa. O - beznadzieja, a 10 - super ekstra. To dla uczuć i emocji, stanów i innych takich spraw, których policzyć w sztukach się nie da. Dla przedmiotów, ludzi i innych spraw policzalnych - liczba obok oznacza sztukę.
Zatem start. Dziś od rana:

uśmiechnięte osoby - 2
stopień porannego spóźnienia - 5
kawy - 2
kanapki - 1
antybiotyk - 1
zaangażowanie - 4
atmosfera w pracy - 5
stopień wyspania - 3
ambitne plany na wieczór - 8
humor - 4
pogoda - 8
miły telefon - 1
...

środa, 30 czerwca 2010

prysznice

Ciepło. Ale jeszcze moje myśli nie kleiły się rankiem do asfaltu. Prawdę mówiąc, nie kleiły się nawet do siebie, nie zrzeszały w słowa, nie malowały obrazów i nie brzęczały w głowie jak natrętne muchy. Szliśmy sobie razem, ja i gdzieś obok leniwe myśli, niedokładnie obudzone z sennych lasów ucieczek, garści poziomek i jeleni na skraju zagajników.
Miasta mi się raczej nie śnią. Te wszystkie betony, stale i sztuczne konstrukcje, zapach wierconego tynku, szlauchy zmywające nocne wymiociny z chodników, pojękiwania przystających pod sklepami zmęczonych ciężarówek i dynadające w dusznej przestrzeni kamienic reklamówki jogurtów i kanapek są aż nazbyt realne, by mogły się śnić.
Mimo mocnej kawy oczy mi się przymykają, na niedoskonałości, nieprawidłowości, nierzetelności. Na swoje lenistwo, zanik ambicji, poczucie beznadziejności. Jakie to wszystko ma znaczenie?
Chyba dobrze, że planuje się wyjazd, jeden - dwa weekendowe, a potem trzy tygodnie nad morzem. Może podziałają jak prysznice, dając na chwilę iluzję orzeźwienia.

wtorek, 29 czerwca 2010

pałac w różach

Ach, więc o to chodziło. O informację. A może o kolor? Drzewa zawsze tylko zielone - nuda. Do szarości miasta dopasować można ... właśnie - róż! Niech sobie krzyczy. Niech zasłania.
Nie wiedziałam, że jazz ma kolor różowy, że może mieć. Jakoś bardziej mi brąz pasował, taki głęboki, nasycony, jak kolor mojego pianina z dzieciństwa. Wesoły róż pochodzi z plastikowego świata, a ten z dzieciństwa był solidniejszy, wytworniejszy, z materiałów "na zawsze", a nie "na chwilę, a potem się zobaczy".
Po różu pewnie będzie inna barwa i inna tematyka. Nie jestem ciekawa jaka. Tak mi szkoda, że nie ma w tym wyczucia stylu, że jest po prostu reklama czegoś, a miasto nie ma szans obronić się swoim naturalnym wyglądem. Odkryty pałac mnie zachwycił, nawet te drzewa, choć od zawsze wrastające z śródmiejski trawnik, teraz stały się bardziej widoczne, zieleńsze, wyrazistrze. Na chwilę.
To nie jest moje miasto, a jednak tu mieszkam. To nie jest plastikowa dzielnica, a jednak zarzucamy ją kiczem. Szkoda mi czasem, że idąc historycznymi uliczkami, nie czuję Historii. Wtedy nawet zapach frytek i kurczaka z rożna byłby do wybaczenia, nawet stoiska z detalami. Wiadomo - turyści.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

widok

Zawsze coś zasłania. Bardzo mało jest widoków czystych. Ledwo odsłonięty pałac coraz mniej się staje widoczny zza dziwnych rusztowań. Wyjątkowo brzydkie sześciany pokrzyżowanych wewnątrz rur, ustawione przy drzewach, nie domyślam się po co.
Ranek wstał jak zwykle za szybko, ale jakoś gładko wszystko poszło i nawet wcześnie stałam na przystanku w nadziei na szybsze w związku z tym wyjście z pracy. Ale zawsze coś niweczy plany. Więc stałam sobie w stojącym w korku tramawaju, tak w połowie trasy, ni w pięć ni w dziewięć. A precyzyjniej - usiadłam sobie jak zwolniły się miejsca po wychodzących.
I najbardziej martwi mnie widok na zdrowie. W kontekście różnicy temperatur pomiędzy postudenckim butnym bractwem a opinią mojego lekarza, który właśnie w piątek w trybie pilnym przepisał mi niestety antybiotyki. Klimatyzacja - powiedział - jest jak nóż. Jedni nim chleb kroją, inni potrafią zabić.

wtorek, 22 czerwca 2010

tipsy

Jaki wietrzny dzień. Gruzów nie rusza spod Pałacu, nadal wspominają kręte alejki wieszaków i podrabianych perfum w plastikowych hangarach znudzonych handlem solarnianych panienek z fascynującymi paznokciami. Do dziś się zastanawiam, jak by to było mieć tyle czasu na myślenie i tyle wzorów do pomalowania na dziesięciu przyklejonych misternie akrylowych płytkach.
Wystawili stoliki na drewniane podesty pod reklamowymi parasolami, otoczyli doniczkami iglaków. Ogródki. Popołudniami odprowadzają mnie trzeźwe jeszcze oczy amatorów pubowych lunchów. Tak zwany podkład po wieczór. Żeby nie na pusty żołądek.
A słońce zwykle w tej części dnia o tej porze roku i godzinie świeci mi prosto w oczy chronicznie pozbawione przyciemnianych szkieł. Oślepia i przyciąga, odbiera mnie realizmowi warszawskiej ulicy, przejaskrawia i znaczy absurdem rzekomej dorosłości.
Jak to się dzieje, że jestem tutaj? Nic się nie zmienia z dnia na dzień, 365 podobnych dni, a jednak od pierwszego do ostatniego jest przepaść - takie zmiany.
Jakie wietrzne życie. Rytuałów może nie rusza z planu dnia, za to w krętych alejkach spraw do załatwienia i odczuwanych emocji wir codziennych wydarzeń kolejnych wersji mnie. Tylko czasem się zastanawiam, że dobrze nie mieć za dużo czasu na myślenie i planowanie wzorów do zastosowania na kolejnych płytkach dni.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

poniedziałek

Taki sobie poniedziałek, poniedziałkowy. Zaczął się jak każdy tydzień, z pozoru nie wygląda szczególnie ani jakoś nieszczególnie, zwyczajnie po prostu. Pogoda niegodna uwagi, motywacja do pracy średnia, wstawało się bez sensacji i w ogóle tak jest nijako. W skali 0 - 10, tej najbardziej z miarodajnych skal, gdzie można docenić każdy odcień szarości, wychodzi mi wszystko tak na 5. Sondażowa nuda. Przeciętność. Beton.
Kawa wypita, kanapka zjedzona, ustalona lista zadań, w połowie już odfajkowana, chociaż dopiero 10. Wieczór urozmaici mi wizyta u dentystki. Dom nawiedzą panowie od liczników ciepła. Postaram się dokończyć kamizelkę dla Tasi podczas znikania znieczulenia.
Tylko jedna rzecz w tej przeciętności jest niepokojąca. Znowu sen. Dziwny jakiś, niedobry. Nie daje się zapomnieć. I mam wrażenie, że śnił mi się już kiedyś. To znaczy - nie, inaczej. Dziś śniło mi się, że byłam gdzieś, w niepokojącej przestrzeni. Ale nie byłam w niej sama. We śnie jednak wiedziałam, że kiedyś samotnie przemierzałam ten świat. Więc to była jakby moja druga wizyta. Wrr. Nie mogę się od tego uwolnić.

piątek, 18 czerwca 2010

utrata czy zmiana?

Jestem, chociaż moje jestem brzmi dzisiaj inaczej. Po domu i śnie, praca jest kolejnym światem. Nie mogę się zdecydować - drugim czy trzecim? Paradoksalnie zwykle czuję się tutaj bezpiecznie - wszystko znam. Codzienne rytuały pozwalają jakoś bezboleśnie przechodzić nad absurdem do porządku dziennego. Gdybym to straciła z nie swojej ochoty, pewnie by mi tego brakowało. Pewnie jak wszystkiego, co się traci. Na marginesie - utrata z mojej chęci to by była już zmiana, a nie utrata.
Tymczasem wszystko się zmienia lub traci, np. drzwi do łazienki, przedpokój. Chciałabym, aby zmiana "wejścia" symbolizowała zmianę wewnątrz. Jednak jeśli tak jest, za bardzo w tym tkwię, aby zarejestrować różnicę. Staje się inaczej, ale to tylko zewnętrze. To raczej prowokacja.
Zmieniła się także droga do pracy, też pozornie. Jeden widok się odsłonił - pałac. Teraz widać jego podstawę, jak zniknęły plastikowe bunkry. Chciałabym, aby tak zostało, żeby dali trochę przestrzeni w tym centralnie ciasnym mieście. Brak odsłonił widok. To utrata czy zmiana?

środa, 16 czerwca 2010

ignore

Zdecydowałam, że dzisiaj też będzie miły dzień. Przynajmniej poranek na kształt wtorku, a popołudnie sobie zmienię, bo jakoś nie wypadło wczoraj najlepiej. Urzeczona tą wizją spałam sobie w najlepsze, aż do pierwszych odgłosów stóp. Najpierw przydreptała Mewa ze zmartwioną miną, tuląc aż dwie pieluszki tetrowe służące do przytulania. Za nią Tasia ze zwojem chusteczek jednorazowych, niepokojąco skłębionych w okolicy nosa.
Więc dzień zaczął się nie po mojemu od wspólnych przytulanek na dużej sofie, ale od zajęć praktycznych z dziedziny tamowania zdarzających się niekiedy krwotoków z nosa. W tym roku pierwszy raz. I oby ostatni.
Jednak podobno o tym, jak się czujemy, decydujemy sami. Coś w tym jest mam nadzieję, bo wbrew niemiłym epizodom postanowiłam dzisiaj mieć dobry dzień. Taka miła środa. Chociaż wszystko idzie mi wolniej, obiadu nawet nie wstawiłam, a z innych "hobbystycznych" zajęć udało się tylko zrobić pranie i poodkurzać, zasiadłam sobie w cyberprzestrzeni z kubkiem herbaty. Wstrętna jakaś. Pewnie z metalowej puszki wylosowałam smak nie na dzisiaj. I kubek jakiś zielony w Mikołaje. Ach.
Idzie nie tak, jak miało być, ale przełączam się dzisiaj na jeden z moich ulubionych trybów "ignore". Polecam. Jest trochę tak, jak zerwanie połączeń. Świat się dzieje, zwykle tak sobie, a ja i tak mam się dobrze i po prostu. Bez rewelacji, ale też spokojnie. Zatem wypiję te wstrętne ziela i na pociechę uśmietankowię sobie popołudnie lodami.

wtorek, 15 czerwca 2010

wtorek w domu

Mewa zasnęła spokojnie po zupce ryżance, tej z listy ulubionych. Zakupy jadą już do domu, więc za godzinkę poszaleję sobie w kuchni tak wtorkowo, niespodziewanie. Jest szansa całkiem niecodzienna, że obiad będzie wcześniej niż na kolację, a w progu powita męża uśmiechnięta żona, a nie merdający na spacer pies.
Dobre strony mojego pobytu w domu objawiły się dla każdego. Nakarmiona pachnącymi naleśnikami z nutellą Tasia postanowiła sama odprowadzić się do szkoły. Starsza dorośleje, młodsza zdrowieje, ja trwam sobie niespiesznie i wartościowo w domu. Byłoby super, gdybym mogła nie realizować się zawodowo tylko mamuśkowo. W tej chwili tak sobie uważam, ale wiem, że i takie myśli zmieniłyby mi się po jakimś czasie. Póki co - nie ważne.
Zabawa w perfekcyjną panią domu zaczyna mnie wciągać. Wraz z pięknieniem przedpokoju zaczynam dostrzegać nieuporządkowane półki w szafie. Może zaraz po należnej małej kawce zapakuję za małe już kolorowe ubranka do worków? Może wydobędę z pudeł resztki włóczek i splączę je w nowe kolekcje jesiennych dziecięcych okrywajek? A może wyląduję na sofie zaplątana w zwoje słownego bluszczu, przymierzę się do historii pozornie obcych, nieznanych?
Rozmarza mnie trochę ten zapach koszonej pod balkonami trawy, wpisuje się w jakąś błogość, domowość. Naprawdę jeszcze chwila i może w piekarniku zarumieni się śmietanowy placek. A może nawet nie tylko ze zdrowiem dojdę do ładu i z negatywnymi myślami? Może i emocje się wyprostują jak prasowane zgniecenia w służbowych koszulach?

poniedziałek, 14 czerwca 2010

temperatura

Znowu temperatura. W okolicy 39 wieczorem, a rano nic. Znowu telefony do przychodni, znowu urywam się z pracy, znowu lekarz, znowu... Mewa będzie płakać, nie da się tak milcząco po prostu zbadać. Tylko język pokaże chętnie.
Niech na tym języku nic nie będzie. I gardło niech będzie czyste, normalne szmery w oskrzelach - nic niezwykłego. Niech wszystko będzie w końcu w porządku, standardowo i rutynowo nudne, bez sensacji. Niech będą same kropki, bez znaków zapytań i żadnych, ale to żadnych wykrzykników.
Siedzę jak na szpilkach i czekam, aż wskazówki zegarów dojadą przed lekarski gabinet. Marzę o tym, aby mnie nazwano nadgorliwą mamuśką, bo przecież dziecko zdrowe...

piątek, 11 czerwca 2010

klima

Podobno dzisiaj jest gorąco i ludzie ledwo żyją, topią się, tchu im brak i generalnie jest źle. Ja marznę. Zamknięta w sterroryzowanej przestrzeni i ciele stałocieplnym, nie czuję lata, a złe emocje drapią mnie już w gardle, suszą oczy, a susza - wiadomo - gniew rozpala szybko jak ogień na cienkich drewienkach myśli.
Tak jak Kubusiowi, marzną mi paluszki, chociaż u mnie deszcz nie pada, a prośby i argumenty nie wnikają w umysły moich prześladowców. Nie ma alternatywy dla szczelnie zamkniętych okien i 17 stopni. Zgodziłabym się chętnie na 22, zwłaszcza jak słońce przechodzi na stronę naszych okien, no ale cóż. W końcu doceniam osiągnięcia najnowszych technologii. W samochodzie też mam takie cudeńka i nie wyobrażam sobie dłuższych tras podczas upałów, gdy ciepłe lepkie powietrze otula nas i otumania.
A jednak czuję się wmanewrowana w spisek. Oszukać ciało, oszukać umysł. To co wiesz, że ciepło jest, to nieprawda, drogi mózgu. Zobacz, włoski na rękach wyciągają swoje chwiejne łodyżki w poszukiwaniu słońca, chłód je wznosi w rozpaczliwym geście pełnej mobilizacji. Tobie się wydaje przez 8 godzin każdego dnia, że to lato. A to nie lato. Przynajmniej do około 16. Bo potem, no cóż, widzisz jaki żart doskonały? Jak się dałeś oszukać jednak! Komunikacyjna duchota miejskich zakładów autobusowych zapoci ci każdy milimetr zmarzniętego ciała. Ogromne drzwi zatrzymane w biegu wyplują cię na parnym osiedlu wprost w objęcia domowych obowiązków.
I radź sobie na raz jednego dnia w tych skrajnych klimatach.

czwartek, 10 czerwca 2010

sen kolorowy

Dzisiaj wszyscy poszliśmy w końcu do swoich zajęć. Dorośli do pracy, Mewa do przedszkola, Tasia do szkoły. Siedzę ostrożnie jak mysz pod miotłą, a telefon potwierdził, że póki co jest ok. Nie zapeszajmy.
Oczywiście rano było nerwowo, szybko i nie tak, jak bym chciała. Sny też nie były takie. W tym roku nad podziw często śnią mi się osoby z pracy i co ciekawsze - nie zawsze ci, z którymi bezpośrednio współpracuję. Zawsze w sumie nie w kontekście zawodowym, ale powiedzmy takim życiowo - nijakim. Oprócz tego sen był kolorowy, bardzo, i jeszcze powiedzmy fakturowany. Wybierałam farbę do ścian w kuchni, a próbki kolorów w formie ogromnych bali tkanin, jak dawniej w małomiasteczkowych pasmanteriach, zalegały na regałach dziwnej kawiarni. Od sufitu zwisały rozciągnięte mechate koce, błyszczące satyny, wzorzyste falanele, jakieś tkane z włóczek połacie kolorów zakończone frędzlami. Cóż za dziwny sklep - kawiarnia. Bo jak miałam wybrać kolor farby na ścianę zanurzona w tym przepychu dekoracji jednak innego typu?
Z tego pomieszania próbowałam wybrać jakiś rozmydlony neutralny żółty, ale leżały tylko skrawki i sprzedawca wręczając mi filiżankę autentycznie pachnącej herbaty stwierdził, że to nie wystarczy do mojej kuchni. Usiadłam więc w drugiej części sklepu przy ogromnym stole, otoczona pastelami ścian i wzorami mebli oraz przyjemnym kawiarnianym gwarem.
W śnie pojawił się wątek ludzi z pracy, ale nie będę o tym pisać. Jest bez znaczenia.
O wiele bardziej chciałabym się dowiedzieć, co znaczą w moim śnie pojawiające się ostatnio niezależnie od wszystkiego starsze kobiety. Wczoraj była jedna z laską. Dzisiaj jakieś dwie inne, raczej pogodne, mimo to patrzące na mnie zdecydowanie wyczekująco.
Sen może być kluczem do jakiś wyjaśnień. To nienormalne, że śnią mi się ludzie z pracy. Może powinnam ją zmienić? Pytam tak siebie od wielu lat.
A póki co piję kawę z ekspresu i wdrażam się w rytm. Stopy wyjęłam z klapek i bose postawiłam na podnóżku. Ach, jest za gorąco na konwenanse. I tak dobrze, że reszta stroju jest bez zarzutu, bo jeśli chodzi o mnie - o wiele wygodniej byłoby mi w cienkiej bawełnianej piżamie, rozciągniętej i swojskiej, jeszcze zanurzonej w kolorowy sen.

wtorek, 8 czerwca 2010

blog nie istniał

Nadal jestem chora, wszyscy jesteśmy. To jakiś atak na mój dom - jestem pewna. Zmasowane siły wirusów wszelkiego typu, każdej maści, po jednym z każdego szczepu itd. Ale walczę oczywiście, walczę.
Blog nie istniał. To nie był przypadek tylko po prostu moje działanie. Zniechęcenie, poczucie bezsensu w temacie. Skasowałam wszystkie, jak obrażony dzieciak.
Ale zmieniłam zdanie, choć pisać nadal nie będę chyba.

środa, 19 maja 2010

zdrówka!


Siedzę w domu. Prawie od rana.
Dzień zaczął się 2:49. Małe stópki i ciągnąca się po podłodze pielucha-przytulanka przyprowadziły Mewę na poranne powitanie. Skoro już bezwględnie trzeba iść do żłobka, rano należy zgromadzić potężny zapas czułości z rodzicami. Ale to nie była 6, jak to zwykle, ale wcześniej. Stópki nie były zimne od marszu po parkiecie, a na twarzy nie zaspanie zmieszane z oczekiwaniem pieszczot, tylko podwyższona temperatura.
Telewizyjna rybka jeszcze spała, a małe stópki nie dały się przykryć naszą kołdrą. Termometr oraz wtulenie w moje ramiona zamknęły jednak szkliste oczka Mewy jeszcze na jakiś czas. Wskazania, chociaż nie tak duże, obudziły mnie jednak ostatecznie.
Więc teraz siedzę w domu i będę do końca tygodnia. Bo przecież za ładnie dzisiaj, aby sprawdziły się czarne scenariusze pani doktor, że na dwoje babka wróżyła, że może minie ta infekcja, ale jednak ta jakby ropna wydzielina w gardle może ujawnić swoją bakteryjną naturę, a wtedy antybiotyk i tydzień w domu.
I tylko soczek malinowy z lipą dał się wypić przez żółtą słomkę. I tylko w wózku udało się zasnąć na południową drzemkę. A ja chcę wyprosić sobie na urodziny więcej zdrowia dla moich dziewczynek.

niedziela, 16 maja 2010

deszcze niespokojne

... nie przeszkodziły w niczym. No może tylko nie było dostojnego wejścia dzieci do kościoła. Zamiast tego posadzono je od razu w ławkach i w zasadzie moim zdaniem tak wypadło lepiej. Msza kosztowała mnie wiele wzruszeń, ale oficjalnie oczywiście jedynym powodem moich zmartwień była troska o to, czy się opaska nie ześlizgnęła z włosów. Nie ześlizgnęła się.
Wielokrotnie dym z kadzidła drażnił mi spojówki czy tam inne części oka odpowiedzialne za uruchamianie generatora łez. Na szczęście w porę udawało mi się anulować uruchomianie tej aplikacji. To takie nierealne, że Tasia jest już taka duża. Czemu tydzień w pracy ciągnie się jak niektóre gatunki podgrzanego sera, a jednocześnie lata mijają z trzaskiem zamykanych folderów zdjęć?

piątek, 14 maja 2010

pAnika

Pojechał złożyć zeznania na komisariacie, bo jako ostatni widział na podwórku auto brata. Umówił się na 19:30, wyjechał po 18:30, a rwetes był taki, że nawet nie zdążyliśmy porozmawiać. Zaaferowana próbą generalną komunii (sic!), zjadałam w pośpiechu jakieś makarony z zaduszonym bezlitośnie mięsnym sosem. I to by było na tyle, jeśli chodzi o małżeńskie kontakty popołudniowe.

Jeśli ktoś nie wie, ile trwa próba generalna to już mówię - dwie godziny. Myślałam, że już wrócił z tego komisariatu i tradycyjnie spędza wieczór przed komputerem formułując w myślach czułe do mnie pytanie w stylu: "co na kolację, kochanie?". Ale dom o 21:10 był pusty. Pod stołem w salonie spał sobie w najlepsze nasz pies, a sierść z niego wychodziła, jak to zwykle na wiosnę.

Do 22:00 nie myślałam za dużo, raczej mechanicznie nadzorowałam odrabiającą lekcje Tasię. Biedactwo. Z różnych powodów biedactwo. Lekko te dzieci nie mają w dzisiejszych czasach i chociaż twierdzę, że i nam lekko nie było, to jednak im jest pod pewnymi względami bardziej nielekko niż nam.
W każdym razie o 22:00 stan śpiących stworzeń w domu wzrósł o jeden, a skład osób obecnych przytomnych nie powiększył się.

Po nocy i po umyśle różne potwory potrafią chodzić, zwłaszcza w kontekstach komisariatów, zeznań i ... wyłączonego telefonu męża. Do 23:10 trzymałam się dzielnie. Ale tekst "abonent jest poza zasięgiem sieci albo ma wyłączony telefon" denerwował mnie z każdą sylabą coraz bardziej.

Mimo późnej pory zadzwoniłam zatem do szwagra i wydawało mi się, że w miarę spokojnie gadamy sobie o tym, że to cokolwiek dziwne, że tyle trwa zadawanie czterech rutynowych pytań, zapisywanie ich, odczytywanie ewentualnie - nie znam procedur. No i ten telefon - dziwne. Przecież szwagrowi nie kazali tracić kontaktu ze światem zza komisariatu... Zapomniałam, że mogę jeszcze na służbowy zadzwonić. Ale o 23:40 telefon sam zadzwonił:

- Ach, kochanie. Wszystko w porządku. O 20:30 już byłem w domu, ale pojechałem do garażu rodziców, bo tacie się coś tam z autem dzieje, a tam - wiesz - zasięgu nie ma. Pewnie zapomniałem Ci powiedzieć...

czwartek, 13 maja 2010

szalona pani tramwajarka

Nikt nie powiedział ani pewnie nie wymaga się w regulaminie, aby być pomocnym. Nie to, że zawsze, ale chociaż wtedy, gdy nie wymaga to zbytniego zaangażowania. Ot po prostu te 30 sekund zaczekać, aż ostatnie 4 osoby wejdą do środka.
Dwa tramwaje prawie jednocześnie wjechały na peron. Pierwszy za mostem skręca, a drugi ma trasę prosto. Pierwszy był niemal pusty, a drugi zatłoczony. Mała grupka wysiadła z tego zatłoczonego i pognała do pustego. To typowy przystanek przesiadkowy. A tu przed nosem - chlap!
Kogoś przycięło i drzwi się niedomknęły. Pani tramwajarka musiała otworzyć drzwi i zamknąć ponownie. Nie mogła otworzyć na 15 sekund, aby te 4 osoby po prostu wsiadły. Nie, bo nie. Otworzyła na 3 sekundy. Przycięła mnie w drzwiach, ale bardziej bolało, jak krzyczała na pozostałą trójkę. Bo tamte drzwi niedomknięte jednak się nie naprawiły i szalona pani tramwajarka musiała osobiście domknąć. Trzy osoby poprosiły, aby jednak pozwoliła im wsiąść. Zapewne nie musiała otworzyć na jeszcze 10 sekund tych drzwi, ale mogła. Tyle że nie chciała.

wtorek, 11 maja 2010

zagubienie

Przeczytały mi się książki, a drugie nie zaczęły. Ustawiłam więc parawan z filharmonicznej Metallicy, przynajmniej do pierwszego ronda. Zwolniło się miejsce, a na siedząco jakoś za mało było mojego zaangażowania w analogie do starej gry strategicznej z deszczem padającym do ich muzyki. I już pod drzwi pracy słuchały mi się Massovo Attackując wyznania Dissolved Girl:

"Shame, such a shame
I think I kind of lost myself again
Day, yesterday
Really should be leaving but I stay"

I chociaż nie do końca to prawda w odniesieniu do mnie, rozumiem tę dziewczynę z piosenki. Przy zastosowaniu wariantowości wybranych zmiennych zdecydowanie mógły to być tekst o mnie. Może dlatego każda sylaba kryształowych w tonie wyznań oplata struny wewnętrznych wzruszeń.
Bo u mnie, tak realnie, no cóż. Mija tydzień przygotowań do Wielkiego Dnia. Prawie wszystko gotowe, obgadane. Wieczorne próby obliczone są chyba na ćwiczenia mojej cierpliwości. Popołudniowe spacery są dosadne od praktycznych rad w stylu "bezcenne". Nie wiedziałam, że potrafię się na nie zdobyć.
I tylko jedno nie daje mi spokoju. Wianek. Nie kupiłam go, wcześniej zdecydowałyśmy się po prostu na troszkę bardziej strojną niż zawsze opaskę. Bo przecież nie ma wymogów, ważne, że suknia biała i rękawiczki, torebka, pelerynka, buty. I co z tego, że trochę inaczej, nowocześniej, doroślej. Ale teraz - sama nie wiem. I nawet nie to, że inni się dziwią. Niech się dziwią. A Tasia sama nie wie, czego chce, bo niby skąd ma wiedzieć.
Ten wianek - no cóż. Fakt faktem tylko przy tej okazji może go założyć. Ale czy to powód, by robić coś tylko dlatego, że tak zawsze było? Symbolicznie przecież chyba nie ma znaczenia. To ślubny welon i kolor sukni podobno coś mówić ma o nieskalaniu. Więc chyba brak wianka niczego Tasi nie pozbawi. Oj.
I lost myself again.

czwartek, 29 kwietnia 2010

zatoki zmian

No jestem chora. Ale spokojnie, nie jakoś dramatycznie szczególnie czy masakrycznie dosadnie. Po prostu zwykły sobie taki stan bardzo przewlekły. A teraz także ostry. Pod policzkami w wygodnych przestrzeniach zatok szczękowych zamieszkały sobie wszystkie moje wilgotne zmartwienia. Latami nie chciały wychodzić, bolały, ale zostawały, a teraz ... cóż.
Mogłam ich nie prowokować. Sama sobie jestem winna. Mogłam zdjęć im nie cykać, nie zakraplać do wygodnych kątów zawłaszczonych pomieszczeń soli morskich i bardziej złożonych składowo kropli. Tabletek nie łykać itd. Mogłam polubić, skoro już i tak skazani zostaliśmy na siebie. Tolerować wiosenne balangi zakończone stanami zapalnymi. W końcu - tyle lat wytrzymaliśmy razem.
Ale jakoś nie polubiłam. W ramach akcji PPŻ (Permanentna Przemiana Życia) postanowiłam znowu zrobić coś dla siebie w kategorii Zdrowie. No i mam za swoje.
Boli dalej. A wilgotne zaszłości trzaskają moim ciałem jak drzwiami. Wylewają się, czasem mniej lub bardziej chętnie, marszczą mi obolały nos i zostawiają po sobie stada papierzastych wydmuchań oraz wymuszone ścieżki leniwych łez.
Tak. Ciało mi płacze. I może dusza trochę, ale to dlatego, że grzech nie wykorzystać takiego wygodnego pretekstu.
Oczy mam szkliste, wilgotne czasem, ale to od zatok przecież. Nie od pożegnań.

czwartek, 22 kwietnia 2010

poranny minimalizm

Nie wysilam się, minimalizm w działaniu, myśleniu, dostrzeganiu. Wzrok ciągnie się po gładkiej powierzchni znienawidzonych peronów, wpełza na pędzące schody, daje się policzyć w bramce – tutaj to jestem prawdziwa sztuka!
Nie odurza mnie aromat warszawskiego centrum, nie znieważa uliczny ruch, strumienie smutnych ludzi na szpilkach, w prochowcach, z kanapkami w papierowych torebkach, z parasolami i darmowymi gazetami, które próbują wyznaczyć temat dnia. Aby nie trzeba już było się zastanawiać, o czym i jak myśleć, co jest ważne, co mniej.
Iść przed siebie. W sumie tyle tylko oczekuje się rano ode mnie. Nie stawać na drodze. Nie odstawać, nie wychylać się za linię jezdni, nie ciągnąć w metrze za hamulce bezpieczeństwa, nie zaciąć się w drzwiach tramwaju, nie upaść, nie widzieć, nie pytać…
Nie wysilam się, idę z tłumem. Pozwalam odprowadzić się do pracy, zgadzam się na dzień dobry z ochroniarzami i wyjątkowo winduję się wprost do pokoju.
Być. W sumie tyle tylko oczekuje się rano ode mnie. Obecność. Logowanie. Czujność. Profesjonalizm. Nie ziewać, nie stawiać oczekiwań, nie składać samokrytyk, nie mówić o sobie, zdjęć nie oglądać, a jeśli telefon to tylko służbowy.
Nie myślę więc. Nie wysilam się. Trwam sobie grzecznie dostosowana do utartych schematów. I tylko w metrze nie czytałam tej samej gazety, co wszyscy.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Terror Z

Cóż, nie wyszło to najlepiej. Dopadło mnie wielkie Z - zagubienie, zabieganie, zmęczenie, znużenie, zakłopotanie.
Po załatwieniu (znowu Z) spraw zapisanych w przebrzydłym organizerze, gdy niedyspozycje Tasi zostały zażegnane, ale lekcje odrobione, klapłam na niewygodnym krzesełku przed laptopem. Przeczytałam jak zwykle to, co czytam wieczorami. Na stole leżała sobie nowiutka Angora, od której zaczęłam akcję Humanista w ramach PPŻ. Udało mi się pochłonąć zaledwie kilka stron i to jedząc jednocześnie domowy bigosik tuż przed sygnałem, że muszę już wychodzić, aby zdążyć gdzieś dalej (znowu Z). Zagryzłam ostatnim kawałkiem chleba i w drogę - realizować kolejne zadania (wszechobecne Z).
Dzisiaj też pewnie nie poczytam tak, jak chciałam, leniwie, niespiesznie, pachnąc kremami i grzejąc stopy pod pajęczą kołderką.
Ale jeszcze się nie poddam terrorowi Z. Wymyślę sobie inną literkę. Jaką?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

PPŻ i obszar "Humanista"

Należy się poskładać jak klocki do pudełka, należy się zebrać w kupę jak puzzle. Nie chcę być rozrzuconym zbiorem ważnych spraw, niedomyślanych do końca, przypadkowych i samotnych.
Zachęcona działaniami innych blogowiczów, postananawiam wykorzystam potężne narzędzie motywacji winternetowej. Będę myśleć. Więcej - będę wymyślać Nowy Plan na Siebie. Może się wdroży, a może nie, ale co sobie wymyślę to moje. Plan w ramach akcji PPŻ (Permanetna Przemiana Życia). Pewnie, że to naiwne, ale to co. Mój plan, moje życie, choćby sobie głupie było, niech będzie.
A skoro ma być permanetnie, to będą różne obszary, płaszczyzny czy jak tam się to nazywa. Różne aspekty mnie. W kolejności niezaplanowanej, w takiej, jak na chybił trafił.

W obszarze "Humanista" wiele się dzieje. Choćby ten blog. Jeszcze co prawda nie mam nawyku wstukiwania, no ale coś tam jednak kombinuję w tak zwanym temacie. Nad ilością czytanych stron popracuję, ale raczej zamienię weryfikator ilościowy na jakościowy. Czytam w metrze i trawajach, bardzo rzadko w domu. Może nie sto stron dziennie, ale i tak sporo, jeśli się weźmie pod uwagę rozkład mojego dnia. No i oczywiście bardzo dużo czytam w necie.
Postawnowiłam jednak zacząć czytać coś innego niż zawsze. I stąd był ten poprzedni post. I dlatego dzisiaj po pracy kupuję sobie pierwszą porcję inności w postaci czasopism. Ano zobaczymy.
Dodam jeszcze, że to najłatwiejszy obszar do modyfikacji. I na pewno zadziała poprawnie w trybach akcji PPŻ.

piątek, 16 kwietnia 2010

potrzeba tekstu

W szkole podstawowej jedna z pierwszych zapamiętanych przeze mnie pań polonistek powiedziała, że prawdziwy humanista czyta dziennie około 100 stron tekstu. Oczywiście można się zastanawiać, czy miarą prawdziwości osoby reprezentującej taki właśnie sposób podchodzenia do spraw świata może być niezdefiniowana precyzyjnie ilość zbioru liter i cyfr. Ale uznajmy wyważone, powszechne przekonania ze słownika wydaje-mi-się ludzi normalnych i bynajmniej nie uwikłanych w spory metodologiczne z zakresu definiowania zjawisk, które potrafią rozumieć się intuicyjnie.
Taka ja, patrząca na siebie w kategoriach "nie", czytelnik druków różnych, realnych, wirtualnych i niezapisanych, unikająca gazet codziennych i skrótów informacji i tak podawanych skrótowo, bez wyraźnie określonej tendencji poznawczej mam nadzieję, otwarta w nieznanych sobie granicach na nowości i nie bezkrytyczna wobec nurtów dawnych, było nie było kobieta na dodatek, z lekkim skrzywieniem antropologicznym, nie mogę znaleźć sobie w potężnych działach czasopism różnych nic dla siebie.
Fakt że, od dawna nie szukałam. Nie czytałam, nie wiem. Może są pisma dla mnie? Co mogłabym czytać wieczorem przed snem pod śmieszną lampką, przykryta pierwszą warstwą postdziennego zmęczenia? Czy jest coś godnego uwagi?

czwartek, 15 kwietnia 2010

bez tematu i bez treści

nawet mi się pisać nie chce, o niczym

sobota, 10 kwietnia 2010

naleśniki

Dziś jestem bardziej Polakiem niż wczoraj. W kalendarz moich dni, nie pytając o zdanie, same wpisują się narodowe daty, patriotyczne drobiazgi i wielkie sprawy. I jak to z datami bywa - niektóre same grawerują się na taśmie pamięci, a czas ich nie zaciera.
Bolesne dwa wymiary soboty, którą rozpoczęło leniwe smażenie naleśników dla zgromadzonej przed dvd rodzinnej paczki pierzynowych leniuchów. I natychmiastowe po telefonie od Mamy przełączenie kanału mimo głośnych protestów fanów przygód krecika.
Wymiar ludzki. Ściśnięte serce, żal, że komuś dzieje się źle. Tragedia złamanych życiorysów. Tsunami, ataki terrorystyczne i katastrofy właśnie. Niezależnie od tego, jacy ludzie stali się ofiarami, dla mnie są po prostu ludźmi. I tak mi żal.
Wymiar patriotyczny. To mrowienie w kręgosłupie przy okazji narodowych świąt, duma z potęgi hymnu, piękna defilad (oby wojsko od tego tylko było), okrągłej pieczęci i nadruku z orłem na papierze firmowym, zawsze obecnej z nami na międzynarodowych pokazach biało-czerwonej flagi, naszywek na rajdowych koszulkach. I jestem bardziej Polakiem z każdym krzyżykiem na karcie wyborczej, choć czasem ogarnia mnie bezsens tego przejawu demokracji. I tym głośniej mówię po polsku za każdą granicą, im boleśniejsze są opinie w tych krajach o moich rodakach. Każdego dnia po wejściu do pracy, pokonując nudę rutyny i rozbudowanych procedur, walczę ze swoim kulejącym zapałem i panoszącym się uczuciem bezsilności. Lecz wiem w imię czego mam wymagać, także od siebie. Pamiętam, kiedy i co obiecałam.
Dzisiaj jestem jeszcze bardziej Polakiem. Przy mojej fladze powiewa czarna wstęga żałoby, płoną znicze. W moim imieniu, choć czasem o tym zapominam i tego nie doceniam, delegacja mojego kraju wcześnie rano wsiadła do samolotu, by oddać hołd poległym tragicznie Polakom. Polecieli w moim imieniu, jak każdego dnia ich kalendarza reprezentując mnie, tuszując przed światem moją niewiedzę w zakresie narodowych rocznic, abym w całkowitej ignorancji patriotycznych zadań specjalnych, konwenansów i wszystkich tych "bo tak wypada", mogła we własnej kuchni z samego rana smażyć rodzinie naleśniki na śniadanie.

piątek, 9 kwietnia 2010

sprzątanie

Mota poradziła: "zmyj makijaż". Zmyłam. Zaraz po wejściu do pustego domu, jak to zwykle w czwartek. Zaczęłam od twarzy, skończyłam na mokrej podłodze. A gdzieś pomiędzy uruchomiłam zaprzyjaźnione siły magicznych elementów płynących w kablach pralki, zmywarki i odkurzacza. Demakijaż dotyczył też półek w dużym pokoju, parapetu i drzwi balkonowych, ostemplowanych zabawnie niecierpliwym zazwyczaj nosem głodnego psiaka.
"Wystaw twarz do słońca" - brzmiała druga podpowiedź Moty. Z braku słońca w środku nocy pokazałam twarz do internetowego komunikatora. Ciepłe promienie niezobowiązujących konwersacji zmrużyły mi oczy na własne wydumane mroki, ogrzały bezinteresowną sympatią rozmówców, rozleniwiły. W cieniu trudnego dnia usypiałam już spokojniejsza.

czwartek, 8 kwietnia 2010

smutek

Jestem smutna. Mimowolnie pielęgnuję moją melancholię. Nie przykrywa jej wykonany w pośpiechu make-up, nie tuszuje puder, nie koloruje kredka. Na oczach naturalnie kładzie się cień smętnych przemyśleń, rozmyty, w szarym kolorze. Zafascynowana książką o szczęściu popadam w emocjonalne odrętwienie. Usta pękają od nadmiaru przygryzań, policzki zapadają w bladość.
Jestem smutna. Nawet przebrana za kobietę nie czuję się lepiej. Obcasy nie podnoszą mi humoru. Żakiet nie prostuje pleców, nie unosi ramion, a starannie dobrana bielizna nie wypina dumnie piersi do przodu.
Jestem smutna. Specjalnie pomalowałam dzisiaj oczy, aby nie płakać w toalecie przed wieczorem. Pragmatyzm zawsze zwyciężał, więc i tym razem musi mieć znaczenie, że tusz i cień do poprawek zostały w domu. Obok ogromnej paczki przyjaciółek - chusteczek.
Takie banalne, że aż się przydzę. Takie oczywiste, prozaiczne. Potrzebne. Sentymentalnie babskie, niewygodne, niskie. Z piwnicy, a nie z sufitu.

środa, 7 kwietnia 2010

inny wymiar nudy

Zróbmy sobie terapię kolorem, np. dla odmiany dodajmy sobie odrobinę pozytywnej aktywizacji. Zamiast pysznej codziennej earl grey, czerwona torebka rzekomo leśnych owoców. I niech marzenia sobie płyną.
Nie Warszawa, nie środa i nie biuro. Choćby mała przestrzeń własna, prawie zielona wiosną, jak się obudzi. Drewniany domek i puszysty pled na wygodnym leżaku (to marzenia, więc i leżak jest wyjątkowo wygodny), na tarasie oczywiście - zadaszonym, a jakże. Niech będzie świt, chociaż nie lubię wcześnie wstawać, ale dla tego leżaka, ciepłej filiżanki na stoliku, rozświergotanej ściany lasu za płotem - pozwolę otworzyć sobie błękitem zaropiałe od codziennej szarości oczy.
A wszyscy niech śpią. Wygodnie, na piętrze z otwartymi oknami na ten świergot, na nieśmiałą zieleń i poranne przemiany granatu w szafir. Powietrze rześkie, lekko wilogotne, może mgliste, ale chłód nie wciska się pod rozciągnięty sweter niezgrabnie narzucony na ciepłą jeszcze piżamę. Na tej piżamie, miękkiej i kremowej - drobne różowe kwiaty. To marzenia, więc niech sobie będą te powykręcane zabawnie minitulipany.
Ile tak można siedzieć na tarasie i kiedy odkręcić bose stopy z pledu, by szczęśliwą samotność poranka zamienić w dymiący jajecznicą stół, z posypanymi natką serowymi grzankami, tostami, twarożkiem z rzodkiewką i szczypiorkiem (nie, nie z ogródka - to leśna działka przecież), kawą i świeżymi jagodziankami na pośniadaniowy deser?
Ach, miało być o herbacie w kolorze rubinu. Jest przyczyną tych marzeń, no i to ona właśnie zabarwiła mi na różowo tulipany na nieistniejącej jeszcze piżamie.

wtorek, 6 kwietnia 2010

kim będę jak dorosnę

Wymknęłam się cichaczem spod ciepłej pościeli, zgarniając przyduszony poduszką telefon. Od szóstej budził mnie dokładnie co pięć minut, czyli jakieś dwanaście razy. Oparta bosymi nogami o rzeczywistość kuchennej podłogi, wypiłam jak co wewnątrztygodniowe rano filiżankę wody zabarwionej kawą i mlekiem. Świąteczny sernik z rodzynkami osłodził gorzki posmak garści tabletek, białych, żółtych, zielonej. Wiosna. W tabletkach i w oknie.
Nieobecność warszawiaków w tramwajach jest dzisiaj większa niż w piątek. Czytałam sobie we względnej ciszy o szczęściu, ignorując pytania wewnętrzne, natłok poświątecznych obietnic i postanowień. Niby tak zmienić coś, bez przymusu i pretekstu, udoskonalić po prostu tylko ze względu na chcenie, to większa zasługa i trudniej, i trwalej, dojrzalej. A efekt może zostanie.
Poranne kawy pracowe piją się równie szybko co te piżamowe, domowe. Może z racji niedospania, pośpiechu, kamiennych płytek atakujących rozgrzane jeszcze snem paluchy, z każdym łykiem delikatnego beżu pęcznieją we mnie obietnice. Składam je słońcu w szybach sąsiednich wieżowców, dostawcom nabiału i mięsa, srokom w przeniesionym dopiero co z nieznanych mi powodów gnieździe.
Bąbelki obietnic ulatniają się w pracy. Czarna kawa z ekspresu nie bawi się w subtelność. Szczerze pozbawia mnie złudzeń. Dzisiaj słońca nie było. Dostawców nie widziałam zbyt nieuważna z racji braku czasu. Ptaki wiedzą coś na pewno. Z tą wierzbą, jedyną, największą, ukochaną, musi być coś nie tak. Zachorowała pewnie i czeka na jasny błysk wiosennej burzy, jak powalone w poprzednich latach jarzębiny.
Nie zabierajcie mi wierzby. Bo wtedy już nic nie będzie mi z rana trzymać iluzji postanowień. Po kolei, metodycznie i bezdusznie, są mi odbierane asekuracje, marzenia i poczucia. Wiem, przesadzam w słowach, wiem. Jednak wieczorami, tak jak wczoraj, mała dziewczynka ze smutnymi oczami siada w ciszy dużego pokoju wpatrzona w półmroczny sufit i jak zawsze nie wie, kim będzie jak dorośnie.

niedziela, 4 kwietnia 2010

bransoletki



Tym razem Mewa miała pomysł na biżuterię. Cóż, ma niezwykle wyrafinowany gust.

sobota, 3 kwietnia 2010

klocki


Nareszcie trochę czasu dla ludzi najważniejszych, dla spraw właściwych. Można towarzyszyć, inspirować, doświadczać. Można układać, budować i burzyć. Najlepsza nauka i zabawa, dla mnie też.

piątek, 2 kwietnia 2010

podniebny klucz


fot. Lars Lachmann (zdjecie z internetu)
Nieświadome tego, że są dla mnie znakiem, a zbieżne szeregi tych dziobatych Ikarów otwierają kluczem błękit, przeleciały nad przystankiem gęsi, skupione i odległe. Może nie gęsi nawet. Ich lot był bezwzględnie doskonały, dwie piękne proste, jeden lider w idealnym centrum, a niebo puste bez nich, odległe i głuche.
Z przyzwyczajenia, z nadzieją, z potrzeby, z przekory, na szczęście oderwałam wzrok od małej siebie, zapakowanej już w czerwono-żółty prostokąt na kołach, zaspanej i tępej od bezmyślnej codzienności. Czego znakiem są gęsi? Jakie niebo otwiera ten klucz?

środa, 31 marca 2010

nic się nie stało

I zrobiło się smutno. Dusza mi się zamgliła, przyklapła w kącie, chusteczek szuka po kieszeniach. Nic się nie stało. Wczoraj nie było z nią za dobrze, z rana też niespecjalnie, no ale nie zanosiło się na jakiś większy dramat. Po prostu ot, zwyczajne w czasie trwanie, lista rzeczy do zrobienia, zamknięty katalog, brak miejsca na niespodzianki, brak oczekiwania na cokolwiek z wyjątkiem spóźniającego się tramwaju. Nic się nie stało. Wpadła do pracy w ostatniej dostępnej wolności chwili jak uczeń tuż po dzwonku. Torba niedbale rzuciła się na szafkę, w szafie zawisła kurtka, tylko twarz zaspana spóźniła się z wyrazem profesjonalnej pewności siebie i taka zgaszona, szara, obolała poszła na poranną kawę. Nic się nie stało. Dzisiaj jeszcze bardziej niż zwykle nie cierpię telefonów. Słusznie, bo właśnie zadzwonił i teraz cierpię od niego. Na pewno źle zinterpretowałam kontekst, bo słowa przecież mieściły się w słowniku zwrotów konwencjonalnych i emocjonalnie obojętnych. Zwykły zabieg wymiany przedświątecznych uprzejmości. Jakoś samo się zrozumiało inaczej. Nie miałam znieczulenia. Nic się nie stało. Zabolało, kłuje dalej, zacisk trzyma. Gdybym mogła przewinąć ten czas, nie wiem, na jakim zdarzeniu bym przystanęła. Nie na dzwonku tego telefonu, nie na porannym przystanku i nie na wieczornej kawie wczoraj. Jak daleko musiałabym przewijać taśmę życia w poszukiwaniu tego nic, co się nie stało?

wtorek, 30 marca 2010

o szczęściu

Wczorajsza wizyta w miejscowej bibliotece zaowocowała trzema tomiszczami słów wybranych tylko dla mnie. W pierwszej kolejności w podróż do centrum i z powrotem zabrałam sobie "Geografię szczęścia" Erica Weinera. A co tam. Spodobał mi się tytuł i sugerowany temat, ale gdyby nie fakt, że książka leżała na półce "zwroty", a nie "książki podróżnicze", nigdy nie wpadłaby mi w ręce.
Przeczytałam rano zaledwie klika kartek, więc nie powinnam się wypowiadać. Ale już w drodze żałowałam, że nie mogę jakimś cudownym sposobem jechać, czytać i pisać jednocześnie. Bo jest kilka cytatów wartych uwagi, choćby ten, że jednak nasze szczeście z pewnością zależy od miejsca. Pewnie dalej będzie to rozwinięte, bo to przecież książka jakby podróżnicza. Dodatkowo - odwieczne metody badania szczęścia. Jak odpowiedziałabym na takie pytanie, postawione face to face dla celów li tylko naukowych: "czy jest pani szczęśliwa"? Albo to, że podobno ludzie czują się najmniej szczęśliwi podczas dojazdów do pracy. Może coś w tym jest, w każdym razie muszę się zastanowić, czy przypadkiem moja mp3 albo przyklejona do ręki niezależnie od ilości toreb książka, nie wynika przypadkiem z podświadomej próby zdławienia w zarodku spadku formy w zakresie odczuwania szczęścia.

poniedziałek, 29 marca 2010

poniedziałek - z tych większych poniedziałków

Święta człapią pospiesznie na krótkich nóżkach ulicznych kaczuszek, od straganu do straganu, popędzane włochatymi badylkami, drobnymi zieleniami borówek, ozdobnymi hafcikami na bielonych serweteczkach domowych artystek szydełka i igły. Warszawa wyjechała już wczoraj częściowo na domowe święta albo na przedświęta w Alpy na narty, nad ciepłe morza lub w kosmos - dokładnie nie wiem. Taka z tego korzyść, że pustoszeją tramwaje, do metra nie wchodzę w tłumie, no i udało mi się zachować dzisiaj "europejski" dystans bezpieczeństwa od współpasażerów, co znacznie poprawiło mi z rana humor, ustalając dodatkowo całkiem akceptowalne odczyty wewnętrznych parametrów życiowych.
Stosowana przeze mnie skala 0-10 naprawdę w wielu przypadkach się sprawdza. Na jej zaniżone odczyty można wiele zwalić, bo przecież ileż można o wszystko obwiniać hormony! Zresztą to takie banalne, bo kobieta to zawsze - jak mawiają - albo przed, albo po, albo w trakcie. A tak, cóż, np. obniżony poziom akceptowalności sprzeciwu, albo dajmy na to wskaźnika dystansu, dolna granica skali dążeń do zmiany, wysoki odczyt parametru "gdyby". Potrafiłabym chyba narysować sobie tę wewnętrzną konsolę, podobną do tej przedziwnej skrzyni suwaków i kontrolek, którymi dysponuje ekipa techniczna w teatrze.
Ewidentnie nastała pora przemyśleń. Postanowienia jakoś nisko latają i przeczytały się wszystkie książki. Zmiana kurtki na cieńszą pozbawiła mnie wewnętrznej kieszeni na mp3, więc w drodze słuchałam dzisiaj dla odmiany gadających przez telefony ludzi, łacińskich zwrotów nastolatków, histerycznych dzwonków niecerpliwych pań tramwajarek... Ach jak dobrze, że w drodze do pracy one denerwują się za mnie. Mogłam bezkarnie opleść sobie palcami prawej dłoni w kolorze granatu srebrzysty uchwyt bezpieczeństwa i trwać tak sobie w porannej skali czasu, w zmienności przestrzeni, w wymiarze przypadkowych myśli opartych na sugerowanych zmysłami skojarzeniach.

niedziela, 28 marca 2010

szyszki


Dzisiaj było zbieranie szyszek. Do kominka. I potem, po krótkiej przejażdżce, smakowanie pysznych wyborów z cukierni przy płonącym kominku.
Wszyscy zadowoleni, chociaż pogoda jak zwykle weekendowa, czyli bylejaka.
Warto było.

piątek, 26 marca 2010

pomysł na paznokcie


Wypróbowałam dzisiaj nowy lakier - cherry jubilee. Ale każdy maluje paznokcie jak umie i lubi. Mewa miała inny pomysł. I wybrała inną kolorystykę. Ciekawszą, nie?

w poszukiwaniu białych klawiszy


Dzień spraw do załatwienia i pism do napisania. Na całego zatem bawiłam się czarnymi puzzlami liter, nie unikając żadnych znaków przestankowych, ani tych diakrytycznych rzecz jasna.
A nawet teraz, zamiast nacisnąć start w celu osiągnięcia mety tygodnia pracy, palce moje wykonują przedziwne staccato. Klawisz tu, klawisz tam, a zza okna hałas. Jedzie VIP, ktoś przesuwa po asfalcie ciężkie od procentów obietnice, pozamykane w butelkach, szum samochodów, bełkot radia.
Jest ciepło. Wszystkie okna skłaniają się do wewnątrz, jakby ulica chciała wedrzeć się tutaj. Przez żaluzje prześwitują resztki promieni słońca, które dzisiaj zniweczyło trochę moje plany. Bo bladym świtem, prawie mglistym, kręcącym mi deszczem włosy, szłam dzisiaj wyjątkowo, nie na obcasach i nie w kostiumie.
I nawet tak się czułam jak dawniej trochę, może przez te buty sportowe, dżinsy za jasne i czarny golf, kupiony z sentymentu parę dni temu, pewnie nie przypadkowo, skoro tyle wspomnień wywołał.
Takie oto połączenie. Miejsce z Teraz, a ubiór z Dawniej. Może koralików z pestek jabłka brakuje. Oprócz tego generalnie wszystko się zgadza. Zamiast na pianinie, koncertuję dzisiaj w edytorze.

czwartek, 25 marca 2010

Lisa Scottoline, Niegrzeczna dziewczynka

Zaczytałam się. Takie sobie czytadło, pierwsze lepsze z dzielnicowej biblioteki, nawet teraz nie pamiętam, kto napisał, jak nazwał i w ogóle cała reszta – nieistotne. Bohaterka zwyczajna, świat amerykański, minimalizm w opisie, słownictwo z poziomu podstawowego, no ale czytam. I to jak! Prawie nie zauważyłam podróży na różowy skraj dzielnicy, w poczekalni przepuściłam nawet Krzysztofa, chociaż wolę siadać pierwsza przed białym jupiterem i panią z dziwnymi narzędziami w rękach. Wyłączyły mi się wszystkie analityczne kontrolki, nie patrzę „jak” to jest napisane, bo wiadomo, że byle jak – obliczone na efekt. Ale, ale - czyżby? A kto się właśnie przyznaje, że dał się wciągnąć na każdym przystanku w świat niegrzecznej pani sędzi z Filadelfii? A kto tak bezwstydnie na blogu o głupiej historyjce opowiada, zamiast o budzącej dreszcze wizycie u dentysty środową nocą, albo o porannym pobraniu krwi z głodnej zmarzniętej istoty spieszącej się do pracy, albo nawet o tym, że coś mi się popsuł wskaźnik nastroju i jakoś pomija górne wartości skali prze odczycie… Tematy też pewnie nieciekawe, no ale przynajmniej moje własne, lekko niecodzienne, no może z wyjątkiem ostatniego defektu duchowych urządzeń własnych.
Wraz z każdym łykiem kwaśnawej kawy z kuchennego ekspresu, w rytm znikającej kanapki z mortadelą, zasłuchana w melodię stukających czarnych klawiszy opisanych pojedynczymi literkami, jak architekt słów żonglujący symbolami na białej karcie edytora, postaram się odnaleźć znaczenie dzisiejszych doświadczeń.

środa, 24 marca 2010

Oddzisiaj

Nie była to pierwsza myśl tego dnia, ale przecież kolejność nie zawsze wszystko warunkuje. Pomyślałam zatem, że nastało Oddzisiaj. Oto ten moment, w którym nie tyle wyznacza się granicę między bylejakością Wczoraj i nadziejami związanymi z Dzisiaj, ile po prostu wyznacza się nową płaszczyznę – czasu, miejsca, wymiaru. I bezwzględnie akcentuje się aspekt trwania, a nie punktu przemiany.
Nałożyło mi się kilka barw – słoneczna na niebo, błękitna na sweter, pudrowa na obolałą twarz, zielona na myśli i czerwona, tak – zdecydowanie czerwona – na wolę. Oddzisiaj wieczorem nakładać będzie na mnie odmienne przyjemnązki niż Wczoraj. Wymyślą się same, w swoim czasie.
Ale podjęłam walkę z bezbarwnością moich spraw. Będę kolorować. Nie chcę być czarno-biała jak na obrazku Tasi. Dlatego wieczorne wyjście do dentysty nazwę sobie na potrzeby dzisiejszego optymizmu różową wyprawą na skraj dzielnicy. I żeby się całkiem nie rozstroić, popijam sobie poziomkową pastel kultury.
Oddzisiaj jest kolorowe, chociaż jutro dzień zaczynam od laboratorium, podwiniętego rękawa, dziwnego uczucia mrowienia i spadku obrotów mózgu. Oddzisiaj jest mniej śpieszne, chociaż już wkrótce oddać będę musiała i tę poranną godzinę snu, chociaż jej nie pożyczałam. Oddzisiaj jest optymistyczne, chociaż póki co jedyna przychodząca mi na myśl opozycja do „negatyw” to „nienegatyw”.

wtorek, 23 marca 2010

oczami Tasi

Oto my. Wspaniała pożywka dla psychologów. Chyba jestem najbardziej pod sufitem...



cowiosenne postanowienia

O tej godzinie, za dnia, mam jeszcze zapał do snucia delikatnych nici postanowień. Już za moment, jak tylko wrócę do domu, a stukot moich botków przeminie pomiędzy wielkomiejskimi budynkami, wybrzmi granicę oficjalnej mnie, abym zaczęła się ja, już za moment – wszystko się naprawi. Prawie samo.
Nie będzie konieczności udawać, że taka jestem pewna swoich racji. Będę pewna – racji nowych, odkrywczych, świeżutkich i prawdziwych, codziennych, powtarzalnych, a raczej odnawialnych jak … dajmy na to chleb.
Nie będę musiała być skoncentrowana na układaniu minut w wieczór, bo on sam nastanie, sam się wykona, odrobi prace domowe wszystkim nam, bez względu na to, kto je rzeczywiście będzie miał.
Tylko odrobinę zmęczona podróżą, zbombardowana mijanymi tego dnia znaczeniami, wymienię mundur nudnego oficjera na semantycznie pogmatwaną kreację kobiety, jaką skrycie staram się być. A ubrania, chociaż nie odważyłam się nawet ich znaleźć, po prostu jakoś same zakupią się w mojej szafie.
Makijaż, który pewnie bym zmywała od razu po wejściu do domu, gdybym rano rzecz jasna go wykonała, po prostu sam zintensyfikuje się na wieczór.
Jeszcze dodałabym rośliny, skoro widoku z okna nie daje się jakoś przesunąć. Przemalowałabym zatem zawartość wyrzuconych niekupionych doniczek. Zawsze marząc o storczykach, brakowało mi odwagi, aby poddać się ich wyrafinowaniu.
A tymczasem, już na schodach owionie mnie bunt, wciśnie się we wszystkie szare istoty moich myśli, zapakuje postanowienia w niebieski worek na śmieci, przepełni, aby trafił na zsyp.
Dla wygody, aby uniknąć słuchania długich narzekań, ułatwić sobie duchową robotę przy rozflaczałych śmiertelnikach, mój Anioł wytłumaczy stłamszonej świadomości, że to wszystko dlatego, abym nie poddawała się trybom programowania siebie pod wydumane zachcianki, nawet własne. Lekko rozgoryczona mimo wszystko, ale podtrzymana w duchu wiary w swoją inność od „bycia jak ktoś”, zrobię może przypadkiem i niekoniecznie dzisiaj coś, co zaspokoi potrzebę złapania choćby koniuszka nici.

syndrom skrzypka na dachu

Co jakiś czas się na to nabieram. I teraz właśnie znowu mnie naszło, bo wymienił mi się długopis w pracy. Tak miękko pisze, niebieści mój podpis, co to był ostatnio czarny, lekko zamazany przez kończący się tygodniami wkład. Jakie to marnotrawstwo potencji tak niebieścić podpis tylko.
Gdyby był to sprzęt domowy, albo lepiej – osobisty, torebkowy, gdybym tak jeszcze nabyła jakiś zgrabny kajecik, najlepiej nieduży, wyrywalny, w twardej okładce, nietuzinkowy…ach!
Kilka razy w takich chwilach pobiegłam, wymieniłam drobne na złudzenia przyszłych zaangażowań. Obiecałam, profilaktycznie nie sobie, kilka pozytywnych „ości” świata: cierpliwość, systematyczność, wytrwałość…
Nic nie zmieni moja wizyta w papierniczym i wybór najlepszego w danym humorze i stanie ducha pisadła czy kartek. Nie potrafię poradzić sobie z zejściem z dachu, na który nie wiem po co wlazłam. Gdybym miała, gdybym była, gdybym, gdybym… szkoda pisać.

poniedziałek, 22 marca 2010

w krainie Kapelusznika


(zdjęcie z portalu filmowego)
Nie moja bajka, nie ta historia. Nawet w dzieciństwie nie biegłam za królikiem, a problemy Alicji były mi obce. Nie wiem czemu - po prostu nie widziałam siebie w tej krainie. Zasadniczo dalej nie widzę.
Ale - ach, jak dobrze móc wpaść w jakiś świat zupełnie niechcący tak, jak ja do kina w sobotę. Nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że ktoś chciał, kto nie mógł iść sam i takie tam.
Katarzyna ma 9 lat. Wydawało mi się, że pokrewieństwo zobowiązuje do rozumienia lub nie określonych historii. Pół filmu się bałam, że ona głównie się boi. Ale twardo siorbała colę, chrupała gigantyczne rozdmuchane ziarenka a wielgachne na jej twarzy okulary skutecznie zasłaniały mi jednoznacze pola weryfikacyjne ewentualnych sądów.
Niespodziewanie dla mnie samej w ciemności kinowej sali złapałam w końcu tego królika, sprawdziłam czas na jego zegarku, zajrzałam do kieszonki zabawnej kamizelki. I jak zaczęłam widzieć w kategoriach zachwytu, dokonana historia rozbłysła zapalonymi światłami, zachęcając niecierpliwie do składowania pustych pojemników w kontenerach przy wyjściu.
- Mamo, nie było widać, że płakałam jak Alicja żegnała Kapelusznika? - padło nieśmiałe cichutkie pytanie jeszcze przed zdjęciem ogromnych czarnych okularów.
- Nie, nie było widać. Nie martw się.
- Ukryłam moje łzy tak dobrze, jak Ty, mamo - i dodała jeszcze, żeby nie było żadnych wątpliwości - biedny Kapelusznik.

niedziela, 21 marca 2010

jak szczypiorek na wiosnę


Zielona, radosna, świeża i niezagospodarowana jak przed pokrojeniem, zaczęłam sobie wiosnę dzisiejszą niedzielą. Obowiązkowe zestawy dołóżkowe: mleko duże w butelce, kubek ciepłego kakao z łyżeczko-słomką (porażające funkcjonalnie urządzenie) oraz dwie małe kawy, oczywiście w filiżankach, niby codzienne, ale pachnące odświętnie nową porą roku.
Potem było szwendanie domowe, szlafrokowe, okularne, leniwe i miłe.
Nie musiałam sprawdzać w organizerze, co dalej. Bo dalej - same frajdy, świętowanki, kupowane chybcikiem napoje po parkowych szaleństwach, jakieś muśnięcia niechcące nad wózkiem, czułe spojrzenia z odległości znacznych nad sznurkowymi pająkami, szczęśliwymi piaskami maleńkich dziewczynek, metalowymi rurami wiszących zastosowań dla nastoletnich wspinaczy, obietnice czułe krótkie, konkretne, zachwycające.
Każde ziele przed użyciem warto skropić wodą. Wiele szczęść okupione jest łzami.

piątek, 19 marca 2010

po szkoleniu

Znowu byłam na szkoleniu. A pewnie, że fajnie, że obiad, ciasteczka i większa jakby swoboda. Szkolenie komputerowe - pełny dostęp do netu, strategicznie doskonała pozycja w ostatnim rzędzie, luz i brak konieczności powstrzymywania się od sprawdzania skrzynki pocztowej przynajmniej raz na pół godziny.
To nałóg. Na pewno.
A teraz siedzę na starych śmieciach i nie wiem, rozkręcać się czy nie rozkręcać? W końcu - piątek.

wtorek, 16 marca 2010

razem raźniej

A zatem od wczoraj mamy nowy pomysł na wieczorne randki raz w tygodniu. Takie małe urozmaicenie. Żeby było tajemniczo – wychodzimy po zmroku, żeby było perwersyjnie – tam dokąd zmierzamy pewien konkretny mebel ma zasadnicze znaczenie. I świeży oddech.
Należy wyszukać klawisz, a zabrzęczą nam, nacisnąć, a drzwi przepuszczą. Ponownie stajemy się adeptami trudnej sztuki oczekiwania.
Przyjemność należy smakować, stąd biorą się upodobania smakoszy do dawkowania doznań. Lecz nie w tym przypadku. Tutaj moment kulminacyjny próbujemy odciągnąć w czasie, bronimy się przypadkowymi kolorowymi gazetami, maskujemy obawy zbędnymi smsami i nagle tak wiele mamy do powiedzenia konwencjonalnych grzeczności, pozdrowień, zapytań. Dopiero rezygnacja i nieuchronność oraz - było nie było - nagląca potrzeba, sadza nas po kolei na fotel. Jeszcze tylko uścisk dłoni („trzymaj się”), przelotne spojrzenie („jestem tu”), a potem zielona serweta, jupiter i miły głos prowadzącej ten seans: „który dzisiaj ząbek?”

poniedziałek, 15 marca 2010

przelogowanie

A teraz nastąpi moment przelogowania, zmiana systemu. Wystarczy podbiciem karty magnetycznej zdać ten poważny wyraz twarzy, zaciśnięcie ust, zwolnić napięcie szczęk i odobojętnić oczy. W chwili przemiany, po rozsunięciu się szklanych drzwi, przygarbi się moja sylwetka, krok wydłuży, a zajęte do tej pory dotykaniem cyfr ręce, opadną swobodnie, bynajmniej nie bezradnie.
Mam kilkadziesiąt minut, aby wpisać się w kolejną aplikację. Otwierają ją zwyczajne klucze, kod do domofonu, przy czym użycie ich zwykle nastręcza kilka organizacyjnych problemów. W jednej ręce chybotliwe siatki bułek, rogalików, szczypiorków, pietruszek, w drugiej zawartość skrzynki pocztowej, osobista torebka, czasem telefon.
W tym systemie zawsze następuje cudowne powitanie, a nie zdawkowe „dzień dobry” jak rano. Tutaj pies tańczy dookoła przemoczonych kozaków, silne dłonie małej kobietki odbierają pełne siatki w poszukiwaniu smakołyków, a przeciągłe „mama” stęsknionej dwulatki owija się wokół kostiumu nie z tej bajki. Gdzieś między rozpięciem żakietu i zdjęciem białej koszuli do prania, gdy ciepła woda rozluźni już ciało i zmyją się codzienne makijaże, dotyk Jego dłoni, zaklęcie ust, nadają mi znaczenie na wieczór.
Nie pamiętam już potem, kim byłam tego dnia i że moment przelogowania urozmaiciły mi duchowe wspomnienia. Do przystanku byłam starą zmęczoną kobietą, w tramwaju zaczytaną studentką, młodą niedoświadczoną żoną w sklepie spożywczym albo wręcz niepewną siebie nastolatką. Po wejściu do domu znajoma kobieca twarz w lustrze potwierdza, że doszłam do siebie.

bolący poniedziałek


Nie piszę. Walczę z pokusą uskarżania się na tak zwany los, że poniedziałek, śnieg, boląca głowa, zaterminowany kalendarz, zapomniane spostrzeżenia weekendowe. Znowu siedzę w klatce służbowych spraw, przed ogromnym monitorem, z palcami przyklejonymi w zaklęte w klawisze litery. I cyfry – może nawet głównie w cyfry. Dla równowagi.
Gdyby tak można było wziąć tabletkę nie tylko na bolącą głowę. Co bym wybrała do korekty?

piątek, 12 marca 2010

zbita szklAnka


Moja wieczorna złość, ta zbita na kuchennej podłodze pełna szklanka z rozpryśniętymi malinowymi frustracjami całego tygodnia, namalowała wśród bieli szafek i w zakamarkach brunatnych fug całą moją lepką niecierpliwość. Wciąż nie oduczyłam się stawiać wymagań w kategoriach perfekcji. Nadal detale pożerają pozory mojego spokoju. Nie wiedzieć czemu ze względnej równowagi wytrąca mnie chwilowa dezorganizacja przestrzeni. W zmiatanych odłamkach zobaczyłam swoje przerażenie. W cichej skardze nieporadnego łkania usłyszałam z dziecięcego pokoju niewyraźne: "mama ..." Przygnębiona pozbierałam szczątki swoich stłuczonych myśli. Znowu zaczynam od czystej podłogi.

Weekend

Powoli, nieśmiało, z ciemniejącej uliczki piątkowego popołudnia, w główny nurt gęstniejącej od powrotów Marszałkowskiej, wyłania się leniwie nieokreślony jeszcze Weekend. Teraz jest panem sytuacji – może wszystko, każdemu obiecuje do woli wedle potrzeb: sen, kino, książkę, zakupy… Czarodziej czasu wolnego, przechadza się między pasażerami zatłoczonych tramwajów i zbiera westchnienia, postanowienia, marzenia, rozdając bilety na wielki występ weekendowej aktywności.
W sobotę Weekend wstanie później, wypije kawę w szlafroku, odkurzy nieudane naleciałości z kątów, poskłada rozrzucone oczekiwania, może nawet przetrze z optymizmem okna w nadziei, że codzienność przeniknie ich przezroczystość bezboleśnie. A potem, spowity podjętymi decyzjami, obłożony karteczkami bliższych i dalszych oczekiwań, zmęczony Weekend metodycznie poodkłada zaplanowane działania – na jutro, na później, na następny weekend.
Aż przyjdzie niedziela, zawładnie czasem i wymieni nam niewykorzystane weekendowe bilety na poniedziałkowe zwątpienia i niechcenia.

czwartek, 11 marca 2010

domowe życie tulipanów


Domowe życie tulipanów przebiega lepiej niż tych z pracy. Może klimat lepszy, atmosfera, aura. Na pewno intencje darczyńcy były piękniejsze. Kolor też mówi sam za siebie. Może czerwień kwiatów jest tendecyjna przez swoją jednoznaczność. Ale jaką intensywność mogłabym dostać od Niego? Mniejszą bym się zmartwiła.
A tak - rosną sobie przycięte domowe tulipany utwierdzając mnie w przekonaniu, że generalnie jest dobrze. I wszelkie moje smutne zastanowienia nie mają racji bytu.

niezrobienia

Jestem perfekcjonistką w tłumaczeniu sobie własnych zaniechań. Podaję realne przyczyny niezrobień, rzeczywiste powody odłożeń w czasie. Bo nie to, że nie mam pomysłów. Mam. Ale cóż, skoro zawsze jest czegoś za dużo i/ lub czegoś nie dosyć. W ciszy - nadmiar spokoju, w życiu - deficyt spokoju. I jeszcze ta obfitość rzeczy przy niedostatku tych właściwych...
Późnymi wieczorami, gdy moje dzienne role odpoczywają w szafie oficjalnych kostiumów, darowany mi czas przepuszcza się przez palce niedopracowań. Wpatrzona w biel monitora wiem doskonale, co chciałabym napisać i dlaczego właśnie tym razem nie mogę.

wiosenne prowokacje


Umierające na biurku w wazonie różowe tulipany wprowadzają mnie w wiosnę raczej w nastroju z typu pod zdechłym azorkiem. Ach wiosna.
Postanowiłam jednak oswoić w sobie odrobinę królewskiego infantylizmu. Różowe kolczyki, różowy sweter, no te tulipany… Mała prowokacja własnego nastroju. Nie lubię przecież tego koloru.
Cukierkowy różowy kwiatek. Tort ananasowo-śmietankowy. Słońce, uśmiechy, życzliwości… Bajka.
Tylko ja nie wpisuję się w kontekst. W momencie rozkwitu zaczyna się umieranie kwiatu. W chwili osiągnięcia celu, rozmywa się przyszłość. Na wiosnę jest najwięcej samobójstw. Sztyfty nawet różowych kolczyków gubią się zawsze nieparzyście. Moje zimowe frustracje ewoluują, płynnie przechodząc w wiosenne depresje.
Tylko sztuczne kwiaty nie umierają. Ale też nigdy nie istnieją naprawdę.

środa, 10 marca 2010

zaangażowanie

Czy zawsze jest ważne, z czego wynika?
Tuż przed snem postanowiłam przełamać środowy schemat. Na moim prywatnym barometrze zachowań środa jest takim małym piątkiem. Znaczy koniec środka tygodnia. Jest szczytem schodów - od tej chwili można tylko powoli iść w dół. Jest momentem zatrzymania i trudnego niekiedy rozliczenia tygodnia. Krzywa spada. Gdybym na wydruk działań tygodniowych nałożyła siatkę osobistego w nich zaangażowania, pewnie nie miałabym wiele do powiedzenia w szafie z mikrofonem. W tym tygodniu, w poprzednim, no i niestety w poprzednim też.
Dla odmiany postanowiłam zrobić sobie przystanek na szczycie w rzeczywistym punkcie środka dnia, ostatnie godziny pierwszej połowy tygodnia grzecznie spędzając na pełnym zaangażowania czytaniu niekończących się tabelek i wykresów. Nawet kawa wyjątkowo mi wystygła obok różowych tulipanów.
Dzisiaj będę akuratna, zapracowana, zaangażowana itd. Może się uda.