czwartek, 26 listopada 2015

na początek

Jeszcze tkwię w jesieni, a tu już zima nadciąga coraz śmielej. Nie straciłam barw, wiele z nich jeszcze pozostało mi do zrzucenia. I każdy upadek przydałoby się przemyśleć.
A tu już szron hibernuje mi uczucia, alienuje wewnątrz, rysuje kontur. Odczula wspomnienia.
Choćbym chciała się rozmyć w burości – nie daje się.
Ginę w masie spraw do przemyśleń, do zrobień, do odłożeń. Nieposkładana, rozdygotana na porannym przystanku pod murem nadal ceglanym, pod badylami cmentarnych drzew i w cieniu zaciągniętego szczelnie chmurami nieba, hoduje mi się po kieszeniach i w szalik wkręca - żal. Ten do siebie.
 

Lecz już się dalej nie dam odkładać przez rozmemłane ja. Bo cóż z tego, że minął czas? Zawsze mija, odkąd pamiętam. Jest jak wprawiony biegacz, spokojny, miarowy. Tak ma. Kondycja, że hej! Wciąż do przodu i do przodu, więc nawet nie staram się z nim trenować. Nie dałabym rady z moją skłonnością do nagłych zatrzymań, do blokad nieuzasadnionych, do przyrodniczych zastygań i ludzkich zapatrzeń.
I choć nie dobiegam nigdzie na czas, idę przecież, nieszczęśliwa od spóźnień, od niedomknień i wiecznych pospieszań. Idę i marzę, że kiedyś jak mnie znowu szron osrebrzy to bez żalu poczekam do wiosny nawet, aż mi się zmiana barw przemyśli i zagoją siniaki od oderwań. Choćbym miała zgnić poza czasem w tych klejnotach doświadczeń, poczekam.
Oczekiwanie - takie piękne słowo na koniec roku. Na początek.


czwartek, 12 listopada 2015

jak jesienne ogrodowe kwiaty


Siedzę na kanapie. Nie jest perfekcyjnie. Trudno mi się skupić. 
Przygasiłabym górne światło i zostawiła tylko tę małą zapaloną świeczkę na małym stoliku.
Wyłączyłam radio, bo i tak jest wokoło mnie za głośno. Słuchałam akurat muzyki filmowej, ale niestety, nie da się.

Ostatnio, nawet żeby czytać, muszę mieć jednak spokój. Najlepiej ciszę. Głowę zajętą tylko książką, a nie gotującą się zupą do doprawienia czy kończącym się właśnie programem pralki. Przede wszystkim - nie potrafię już ignorować dźwięków rozmowy, która się toczy tuż obok. Nie jestem sama.

Jestem bezsilna w tej głupiej niemocy.


Nikt nie chce być sam na zawsze. Ale czasem tak tylko przez chwilę. Ot, w spokoju policzyć krople na płatkach, czy płatki chociaż. I żeby nikt nie pocieszał historiami własnych deszczy, nie ocierał kwiatowej korony swoimi płatkami.


Tyle że tak nas posadzono - gromadnie. Nie da się ocalić indywidualnych cierpień złączonych wspólnym dramatem. Choć jednocześnie niby tak raźniej, zrozumialej. Można przeżycia zwalić na los przeznaczony gatunkom czy klimatom. A z góry jakby lepiej wygląda niewdzięczna mnogość. Tracą się krople wzruszeń nawet przed wyparowaniem.


wtorek, 10 listopada 2015

w otarciu o banał

Miał to być post o wysokim poziomie listopadowej smętliwości. Nie czuję się najlepiej, gdy tak silnie wieje wiatr, gdy dopadają mnie wyimaginowane potwory za- i przedwyobraźni. Pod kocem mi zimno, przy świecy za ciemno, a żadna książka nie koi, włóczka się plącze. Wszyscy marudzą najbardziej, ale ... nikt jak ja.

Dobrze to sobie przemyślałam. To takie usprawiedliwione i bardzo w moim stylu z sufitu - narzekać ponad miarę. Z litością na siebie patrzeć jak na ofiarę, z oczami suchymi po niedawnym otarciu. Naprawdę! Nawet mam zanotowane na karteluszku pośpiesznym z pracy, w notatniku sekretnym pochowane, poskładane, że cała jestem bólem, tym niepotrzebnym oczywiście, niezawinionym. I jeszcze, że najbardziej mnie bolą szkielety słów co padły i co się pomyślały na serio. I że sobie ponaciągałam włókna uczuć, a na koniec samotnie rozsypałam się wśród łazienkowych chusteczek. Może bym nawet dalej pociągnęła w tym stylu, bla bla bla.

Ale...

Jesień taka piękna była. Kilka dni temu podróżowałam trochę. Może faktycznie ta moja szosa życia trochę jakby szara, ale przecież dookoła ogrom barw. Nie wszystkie moje ulubione, ale czy to jest ważne? Jadę. Nadal jadę!






Taką sobie wymyśliłam na szybko rehabilitację - zdjęcia. Siedzę, oglądam, herbatkę popijam z nocnika (pieszczotliwe określenie mojego półlitrowego kubala na zamoczone fusy) i niech tam sobie wieje po szarościach, po nocach, po strachach. No nie jest najlepiej, nie jest. Ale żeby z tego powodu zaraz tak się rozdygotywać? Bez sensu.
Jak mi się serce uspokoi, a dom zaśnie, może coś jednak poczytam.


poniedziałek, 2 listopada 2015

zmiana


Dziwnie się czuję. 
Nigdy tyle nie pisałam. Zawsze chciałam, ale jak już znajdowałam kawałek biurka czy ołówek, biały potencjał kartki bezwzględnie obnażał moje niedostatki. Więc już nawet nie zaczynałam, aby nawet przed sobą się nie ośmieszać.
A teraz piszę codziennie. Hm, kilka razy dziennie.
I nawet przez to dostaje się jakaś treść tutaj, do "spod oka". Chociaż jakoś coraz mniej przyjmuję tę właśnie optykę.



Może po prostu się odnajduję dla siebie, jak ten zagubiony orzech wśród kamieni? Może byłam zamknięta w łupinkach na świat, wewnątrz z jakimś zapisanym planem, mimo że niezrealizowanym.
No i pewnie pękłam, zniknęłam ze środka, wyrosłam. Moja samowystarczalność nie okazała się jednak wystarczająca. I pojawiła się potrzeba gadania, pisania, fotografowania.


 

Może teraz czas dojść do siebie wśród innych podobnych, w miękkiej otulinie pozornej jednakowości? Zobaczyć, że każdy taki w sobie zamknięty, asekuracyjny, w twardym pancerzu od świata? Każdy po upadku z wysoka i po utracie zielonej łupiny nadziei, że nie będzie przecież tak źle, inaczej zaledwie.

Lecz - jak te orzechy - trudno się dopasować do siebie. Chociaż - to między nimi jest się u siebie...