wtorek, 28 stycznia 2014

zimnopoczucie

Siedzę​ w biurze i wcale nie widzę​, jak zima wtula się w poliestry przechodniów. Po tej stronie szyb czas płynie wolniej, ignoruje ujemne temperatury ulicznych betonów. Co najwyżej mogę rzucić okiem na puste od braku skrzynek z pelargoniami balkony. Ale, jak sobie przypominam, nie było ich tam mimo wiosny, mimo lata, więc tym razem pewnie też nie o styczeń chodzi.
Mróz pokąsał mnie z rana, zaszczypał, posolił. Czekając na autobus kontemplowałam istnienie palców w butach, boleśnie zimne istnienie, zlodowacenie. Natychmiast zaczęłam uplatać w myślach grafitowe skarpety z alpaki. Potem dobre pół godziny stopy odmarzały sobie w tramwaju, podczas gdy ja czytałam. Poderwałam je do biegu na głos miłej pani z megafonu: „Następny przystanek – Metro Świętokrzyska”.
Oprócz tego – przespałam ten dzień, moja świadomość pozostawała nieświadoma. Wyłączyłam duchowe zmagania wraz z wejściem do systemu.
Tak mi przychodzi do głowy – gdybym zapisała siebie liczbami w tabelach, gdyby tak się dało, może wtedy potrafiłabym siebie zanalizować?
Od braku czego czuję się pusta?

czwartek, 23 stycznia 2014

My, czyli suma moich ja

Już wiem, co mnie tak przeraża w tym niebieskim na eF, z B w środku.

Wcale nie to, że jak napiszę z wakacji, że jeszcze nie wracam, bo fajnie jest, to po powrocie mogę nie mieć porządku w domu, a zapomniany aparat nie odnajdzie się na wieczność. Tym bardziej, że czego jak czego, ale nie zapominam aparatu jadąc na wakacje.

Nawet nie to mnie niepokoi, że każdy mój kaprys polubienia czegoś, natychmiast nie wiedzieć czemu odnotują komputery, tablety i smartfony znajomych i nieznajomych. Brakuje mi jeszcze: „trochę to lubię”, „jeszcze nie wiem, czy lubię”, „w sumie nie lubię, ale niech tam” i inne tego typu. Mój świat od dawna nie jest czarno-biały. Bardzo nad tym pracowałam.

Z każdym klikiem staję się taka sama jak ktoś, chociaż – z drugiej strony – suma tych klików wyodrębnia mnie z masy, indywidualizuje. Pewnie właśnie dlatego ma to narzędzie taką moc – jednocześnie wpisujesz się w grupę i się z niej wybijasz, wnosisz ponad nudną przeciętność. I tylko niektórzy negują całość pod byle pozorem, aby – być może -  nie ujawniać przeciętności swojej potrzeby odrębności.

Mam FB od dawna. Czasem trochę prowadziłam, czasem przestawałam, różnie bywało. Znowu mam. I właśnie sobie przypomniałam, z czym miałam problem. Mam nadal. Nieprzepracowany wraca do mnie i wstrzymuje mi palce nad hasłem „publikuj”.

Najbardziej przeraża … zbiór znajomych. Zbiory – z kilku etapów mnie. Ci, dla których byłam zagubioną dziewczynką z podstawówki – jednej lub drugiej. Dla innych jestem nastoletnią buntowniczką z koralami z orzechów i w powyciąganym swetrze. Skrajny introwertyk – powiedzą niektórzy. Pewna siebie egocentryczka. Dziewczyna z biblioteki. Studentka od korespondencji. Nieobecna duchem, ciałem, wiecznie w książkach. Dumna. Uśmiechnięta. Miła. Niedostępna. Ta, co coś popsuła. Ta, przez którą to wszystko. Ona. Pani z Tego Miejsca. Ważniara. Popychadło. Autorka wierszy nieczytanych. Prymuska. Nihilistka. Wiecznie zajęta. Nieumiejąca tańczyć. Śpiewająca w kościele. Ta, z którą oglądałem gwiazdy. Ta, z którą piłam wino w Paryżu. Żona kolegi. Mama koleżanki. Nauczycielka. Dziewczyna od kłopotliwych wyznań. Właścicielka psa, fiołków. Wnusia. Córka. Siostra jedyna, siostra wybrana. Ta co słucha tylko rocka. Ta od SDM i Stachury. Zawsze w dżinsach. W kobiecej sukience. Umalowana. Bez makijażu. Dziewczyna koncertująca na fortepianie. Koleżanka z kursu. Ta od bloga o robótkach i haftach. Z Warszawy, spoza, znikąd, stąd, lokalna, niedostępna, wszędobylska. Ciekawska. Aspołeczna. Nie będę wymieniać dalej.

Hm, jest nas kilka.
Nie chcę mnie integrować.
W każdym z moich znajomych jest część prawdy o mnie z okresu, w jakim się poznaliśmy, w jakim byliśmy. Wolę tę wiedzę zachować, nie uaktualniać jej o to, co teraz.
Nie chcę pamięci znajomych mi osób sprowadzać do jednego mianownika obecnego czasu i miejsca, w którym przebywam.
Nie chcę wszystkim mówić kim byłam, nie każdemu powiem, kim jestem.
Żadna ja nie wie, kim będę.

Tak, ale jednak znowu ... hm... jestem na Fb.


środa, 8 stycznia 2014

noc, już nie wieczór

Wiatru nie lubię, ale na całą resztę, z drobnymi wyjątkami, przecież mam wpływ. Na przysłonięte okno, na choinkę całą w zielonych lampkach i kolorowych łańcuchach z papieru, na to, jak cudownie wsiąknęła mi w ręce rozsmarowana miękkość kremu, na wyłączony telewizor, na szum pralki, parę nad herbatą, na koncentrację oczu w obrębie drucianych ramek. Siedzę, a dochodzę do siebie po zebraniu szkolnym. Nie poruszam się, a mój umysł galopuje sobie po polanach myśli, aż muszę uważać, by mnie nie zdekoncentrował szum traw poruszanych niechcianym wiatrem. Gdzieś na zegarze mija sobie czas, nie muszę za nim gnać - minuty gonią go za mnie. Świeże książki z biblioteki czekają sobie na moje dłonie. Przygotowana piżama szykuje się bez szemrania na założenie, skóra niecierpliwi się na nocny balsam, a prawie cisza sennego pokoju szepcze mi do ucha: jeśli chcesz to przywołaj czas na wypoczynek ciała, na dotulenie poduszki, na nóg zaplątanie, na rozszczelnienie okna, by ten światowy wiatr zgasił zieleń choinki w oczekiwaniu na jeszcze lepszy, cieplejszy czas.
Straciłam wieczór, ale noc - ona wciąż przede mną. Może nie będą się we śnie domy walić. Może nie ruiny zobaczę, szary beton, a na przykład spacerujący po nocnej przestrzeni czas, taki gotowy do wykorzystania, do budowania, rozświetlania.
O, już czas. Pranie się skończyło...

"Czarownice z Salem Falls" Jodi Picoult

Śledziłam wątek powieściowy, połykałam słowa, zdania, kartki, no i proszę – dałam się wciągnąć i oszukać. Mi także się zdawało tak przez ponad połowę książki, że chodzi o to, czy Jack wygra w sądzie, czy przegra. Bo że Allie go kocha, to było niemal fizycznie czuć, że jego obrońca usłyszy w końcu upragnione „tak” od kobiety swojego życia, tego też można się domyśleć. Że narrator w drobiazgowości swojej wypełnia nam oczekiwanie na werdykt dykteryjkami a to o życiu rodziców głównego bohatera, a to o matce Gillian, wspomina sobie stare dzieje samego Jacka, to wiadomo – jak to narrator – ma prawo. A że inni kłamią, wiadomo, każdy ma swoje polowanie, swoje cele, rany i przynęty. I sam wyznacza swoje ofiary.

Ale wraz ze spadającymi kosmykami włosów Gillian, obcinanymi przez nią samą desperacko i byle jak, a zwłaszcza po usłyszeniu tych jej kilku słów, które wyszeptała sama do siebie i to tak, nie prawie narrator się nie zorientował, a – jestem prawie pewna – korekta niemal nie usunęła jako niepasujące do całości, czekałam już tylko, co prawda cokolwiek niecierpliwie, aż objawi mi się prawdziwy sens powieści.

Bo nie chodzi o Jacka, jego pech, czy tam urok osobisty tak chętnie wykorzystywany przez głupiutkie serca bijące w kilkunastoletnich ciałach, nie chodzi o godność osobistą, jej brak, błędy młodości, zdolność do przetrwania najgorszego i wstania, gdy co rusz nas ktoś/coś powala. Nie chodzi o błędy sądownicze, żadne tam wymiary sprawiedliwości, jej ślepotę czy ludzkie uprzedzenia, karę i zasadę trzech powrotów. Ani tym bardziej, że miłość wszystko przetrzyma. Zwłaszcza o to nie chodzi na pewno.

Nie mogę obronić swojej tezy, aby nie powiedzieć za dużo tym, którzy jeszcze nie czytali. Proszę, jak Jackowi, uwierzyć mi na słowo, że tak właśnie czytam tę pozycję. I nie brać zbyt dosłownie tego, co napiszę dalej.

Ta powieść nie ma happy endu i od sceny z włosami wiedziałam, że narrator chce mnie zagadać, powalić argumentacją sądowniczą, wciągnąć w wir nie tych wyjaśnień, które powinnam poznać. Główny temat powieści, sam trzon, to zaledwie dwie sceny i jedno zdanie. O mały włos można je przeoczyć. Tak jak Jacka o mały włos można było skazać. Jego niewinność trudno było udowodnić i każde zdanie, przekonanie, fakt dawało się podważyć. Wszystko wskazywało na jego winę. Jego nieudolną obronę przed wiedźmami uznano na atak na niewinne dziewczęta. Jako czytelnicy wspierani przez narratora bogatą argumentacją, chociaż jednocześnie dość ubogą wiedzą, czuliśmy tak zwane święte oburzenie.

I chętnie wskazalibyśmy Gillian jako odpowiedzialną za nowe rany Jacka, jako winną całego zamieszania, jako wstrętną chroniczną kłamczuchę, rozkapryszoną córeczkę bogatego tatusia, prawda? 
O mały włos nie myślałam tak samo. Gdyby nie to jedno zdanie pewnie też bym ją skazała. W końcu wszystkie dowody jej winy narrator podał mi na tacy. I o mały włos nie pomyliłam ataku z próbą obrony, a w zasadzie nie tyle ataku co cięcia w co się nawinie na ślepo. Nawinął się Jack. Na ślepo – czyli dokładnie tak, jak po ziemi chodzi sobie sprawiedliwość.


sobota, 4 stycznia 2014

"Linia życia" Jodi Picoult

Kolejna książka Jodi Picoult, którą przeczytałam z niemałym zainteresowaniem, doszukując się oczywiście drugiego dna, ukrytych tajemnic, starając się przewidzieć zwroty akcji. A tymczasem – nic takiego nie udaje się znaleźć, żadnych niesamowitości. To tylko na rysunkach Paige z cieni niekiedy wyczytać można nieznane historie dotyczące portretowanej przez nią osoby, jej myśli, czasem okruchy przeszłości czy niezrealizowanych planów. Ale sama historia Paige i Nicholasa, a potem także ich wspólna droga, jest w zasadzie przewidywalna.

Niepewna siebie dziewczyna, opuszczona przez matkę we wczesnym dzieciństwie, popełnia w młodości kilka błędów. Tak bywa przecież – niektórzy mają mniej szczęścia niż inni.
Zatem mała Paige pozwala innym ludziom kierować swoim życiem, a to rzadko kiedy przynosi szczęście na dłuższą metę. Nic dziwnego, że jak już się zaplącze, jej jedynym sposobem na radzenie sobie w chwilach naprawdę podłych jest ucieczka. Szkoda tylko, że prawie za każdym razem nic jej ona nie daje. W każdym razie Paige nie potrafi dojść ze sobą do ładu, a uciekając z jednego miejsca od razu pakuje się w kłopoty w drugim. Aż w końcu się jej udaje.

Z powodu pozornie dość słabo umotywowanego w powieści, do zrozumienia prawdy o sobie jest Paige potrzebne odnalezienie matki i przepytanie jej na okoliczność opuszczenia Paige w dzieciństwie.
Chociaż sporo w powieści ucieczek i analogi między postępowaniem obu kobiet, nie jest to książka o trudnym macierzyństwie i problemach z miłością do dziecka w sytuacji, gdy było się w dzieciństwie porzuconym lub gdy to macierzyństwo wymagało porzucenia własnych planów związanym z tak zwanym rozwojem osobistym. Zatem o czym jest ta powieść?

W wymiarze prawie każdego bohatera jest to złożona opowieść o przejęcia pędzla od tego kogoś lub czegoś, co rysuje linię naszego życia. Bo niezależnie od wszystkiego nasza egzystencja to linia, czasem poplątana, poprzerywana, niekiedy niewyraźna, przypadkowa i naszkicowana gdzieś na obrzeżach świata. Czasem ktoś/coś rysuje za nas tę linię i wystarczy tylko po niej iść, buntując się może czasem, ale nigdy tej linii nie tracąc z oczu.

Ale pełnia życia, samoświadomości ze wszelkimi tego konsekwencjami to samemu rysować tę linię, nie oglądając się zbytnio wstecz i nie zwalając winy za jej kształt i kierunek na nic, co poza nami.
Do tego właśnie udaje się Paige dojść i udowodnić sobie nabytą właśnie dojrzałość przewartościowując swoje sądy dotyczące własnego macierzyństwa. Wcześniej zamartwiała się brakiem swojej gotowości do bycia matką, wyrzucała sobie brak predyspozycji, a macierzyństwo traktowała jak karę, nauczkę od losu, kolejną krzywdę. Wciąż analizowała przeszłość, zwalając winę za linię swojego życia na matkę. Podążała zatem po tej wyrysowanej przez okoliczności linii swojego życia i znowu czuła, że jedynym wyjściem jest uciec. Nie potrafiła patrzeć w przód, skoncentrowana na kroczeniu po wyznaczonej linii. Dopiero konfrontacja z radykalną postawą odnalezionej matki pozwoliła jej inaczej popatrzeć na własne macierzyństwo, nie odrzucając go, ale przyjmując i umieszczając w przyszłości, świadomie podejmując walkę o jego podtrzymanie i rozwój.

Nie ma nic dziwnego w tym, że jej powrót i starania, nowe priorytety, spotkały się z aprobatą rodziców Nicholasa, a nie jego samego. Ojciec Nicholasa w przeszłości również podjął decyzję o radykalnej zmianie swojego życia, a jego matka musiała zawalczyć o siebie z determinacji równą tej, która udziałem Paige. I tylko Nicolas w tym układzie musi jeszcze dojrzeć, aby swoje życie przeżyć świadomie, a nie bezrefleksyjnie.

Warto przeczytać i przemyśleć.


A kto/co rysuje linię Twojego życia?


piątek, 3 stycznia 2014

"W naszym domu" Jodi Picoult

Im więcej powieści Jodi Picoult czytam, tym bardziej przekonuję się, że jej powieści nie kończą się z chwilą przerzucenia ostatniej kartki. Zostają we mnie, prowokują i wcale nie jest po nich łatwo przejść do następnej pozycji.

Akcja w powieści „W naszym domu” toczy się leniwie i niby też, jak to zwykle bywa w utworach tej autorki, prawie wszystko wiadomo już od początku. Kilkanaście stron i już wiemy kto jest kim i gdzie może być problem. Dzielna zdesperowana samotna matka, dwóch synów, w tym starszy ze specyficznymi zaburzeniami w zakresie kontaktów społecznych, z tzw. Zespołem Aspergera, o którym to schorzeniu wiele się można z książki dowiedzieć. Widzimy ich codzienność, trudności i radości, zwycięstwa i porażki. W sumie nic nie jest czarno-białe, nie ma stereotypów, łatek itd.
Potem następuje zdarzenie, od którego pytania narastają. Mierzą się z nimi nie tylko bohaterowie, ale i czytelnik. W sumie szybko się domyśliłam, w jakich okolicznościach zginęła prywatna instruktorka umiejętności społecznych Jacoba. I nie trzeba się było bardzo domyślać, dlaczego Jacob zachował się tak, a nie inaczej.

Tym, o czym nie przestaję myśleć już po przeczytaniu powieści to zasady, jakich uczymy naszych dzieci, jakie im wpajamy i z realizacji których staramy się je rozliczać. I zasady, jakie kierują mną. Nie wszystkie udało mi się zweryfikować w tak zwanym dorosłym życiu. A jednak wciąż pozostają we mnie i naprawdę nie wiem, jak bym się zachowała w sytuacji podbramkowej. A dzieci – nie ważne czy te rozwijające się stereotypowo w normie, czy te z jakimiś dysfunkcjami, potrafią rozumieć dosłownie lub nie rozumieć wcale, lecz zapamiętywać w całości. „Szanuj swojego brata – masz tylko jednego”, „Sprzątaj po sobie” albo „Nie mów nikomu, co się dzieje w rodzinie”, „Nie kłam”.

Jakie zasady rządzą w naszym domu? Do czego może doprowadzić nas przestrzeganie ich wszystkich na raz, zwłaszcza jeśli zrozumiemy je dosłownie?


Wieczór, noc właściwie

Nie jestem sama w domu, ale dom śpi. Siedzę sobie kulturalnie przy stole, bynajmniej nie cicho. Spod sufitu - tym razem realnego - sączy się spokojna muzyka ze słuchanego ostatnio namiętnie radia, wycieka z ogromnych kawalerskich jeszcze głośników męża, oplata regały książek, osiada na klepkach po cyklinowaniu i leniwie dopełza do moich lekko podrygujących oskarpetkowanych stóp.
Dobrze mi.
Byłam w pracy, nadrobiłam poświąteczne zaległości, spokojnie, po kolei i prawie z uśmiechem. Zignorowałam całkowicie bałagan w domu, chociaż walczyłam ze sobą ostro w tym temacie. Zmiany!
Egoistycznie zjadłam co lubię, odbyłam wizytę rutynową ze starszą latoroślą (przegląd tak zwanej japki z wyposażeniem do kłapania), a potem udałyśmy się na zakupy. Serio!
Tak, pamiętam, nie lubię chodzić po sklepach. Ale może coś mi się pozmieniało? Dzisiaj nie było tak źle. A efekt jest taki, że wyczyściłam sobie całą przegródkę w tym nowym portfelu, co to go wydobyłam spod choinki.
I siedzę sobie w nowej bluzce przy tym stole, zwykła bawełna bordowa (każdej mordzie dobrze w bordzie), w grzeczne białe paski, z dekoldem za dużym dla mnie, z zadługimi rękawami - wszystko dokładnie tak, jak lubię. Z wyjątkiem tego borda i dekoldu, ale co tam. I tak dobrze mi.
Powoli zabieram się za zaległości, głównie te związane z literkami wymykającymi się spod ołówka lub wystrzelające wprost na monitor spod śmiesznych płytkich kwadracików na mojej klawiaturze.
Dzisiaj jestem tak prozaicznie zwyczajna, że nie mam serca włazić na sufit ani spoglądać spod oka.