środa, 11 grudnia 2013

"Deszczowa noc" Jodi Picoult

„Deszczowa noc” to powieść o miłości, ale szczególnej, takiej do granic pojmowania. Jak u Picoult, historie bohaterów przenikają się ze sobą i chociaż nie mamy tutaj „rozdziałowego” przemieszania narracji, wątek powieściowy nie jest snuty jednotorowo.

O tym, że Jamie kochał żonę i ją „zabił z miłości” dowiadujemy się już na początku. Z pozoru wydaje się, że wątek tego zabójstwa/morderstwa/aktu miłosierdzia (u Picoult nic nie jest jednoznaczne) będzie głównym wątkiem powieści. A tymczasem stanowi co prawda pierwszy plan historii, ale najważniejszym tematem powieści nie jest.

Jak rozkłada się uczucie w związku? Zawsze stanowi 100% i rzadko rozkłada się równomiernie pomiędzy partnerów. Czasem mąż kocha bardziej, czasem żona, niekiedy te proporcje ulegają zmianie na skutek wydarzeń, jakie rozgrywają się w związku lub poza nim, wywierając jednak wpływ na tak zwane pożycie.
Moim zdaniem, a w każdym razie tak właśnie czytałam „Deszczową noc”, główne pytanie powieści brzmi: Co to znaczy kochać bardziej? Roztrząsane są różne warianty.
Po pierwsze – kochać tak bardzo, by zrobić dla drugiej osoby wszystko. Nawet jeśli to oznacza zabić. Nawet nie z miłosierdzia, litości czy współczucia. Jamie zabił żonę dlatego, że go o to poprosiła. Oczywiście ważne są wszelkie okoliczności towarzyszące, długa choroba, nasilające się cierpienie, a także fakt, że pozostały Maggie czas zaczął zamieniać się w coraz boleśniejszy koszmar, prowadzący nieuchronnie do śmierci. Ale głównie Jamie zabił żonę, bo tego od niego oczekiwała.

Po drugie – kochać tak, by pozwolić drugiej osobie odejść. Tego właśnie uczy się Cameron. Abstrahuję przy tym od prawdziwości uczuć Cama, raczej na wiarę przyjmuję, że to prawdziwa miłość, a nie zauroczenie tylko. Czytelnik może sobie ocenić sam. Nie ma weryfikacji tego uczucia, nie jest ono sprawdzone, poddane testom. Jest tylko o nim mowa, w dodatku w narracji personalnej. Nie stanowi nawet powieściowego faktu – Cam tylko ją sobie uświadamia. A potem idealizuje, o czym przekonują nas zapiski na kartkach nostalgicznego pamiętnika. W zasadzie to bez znaczenia, obiektywnie wielka miłość czy nie, dla Cama – prawdziwa i emocje z nią związane są dla niego największym dramatem życia. W każdym razie w obliczu tego uczucia nic się dla niego nie liczy.

I wreszcie – kochać tak, by przebaczyć. Czytelnik widzi tylko początek tego zmagania. Miłości Allie nie potrafił zniszczyć nawet Cam. „Kocham cię, ale nadal nie bardzo lubię.” Allie nie traci miłości, tylko zaufanie. A przecież Cam był tylko jej mężem, nawet nie przyjacielem. Gdyby nim był, mogłaby chociaż opowiedzieć mu, jak bardzo ją zranił. Nie ma nawet tego.

Moim zdaniem „Deszczowa noc” to jej historia. Opowieść o dziewczynie, która bez szans na wzajemność zakochała się w super chłopaku i od początku na siebie wzięła większą procentową część uczuć w związku. Całkowicie wyzbyła się siebie, dobrowolnie złożyła się w darze w nadziei na pojawienie się coraz cieplejszych emocji, a potem miłości. I nawet brutalne odarcie jej z tych złudzeń przez męża nie zniszczyło jej miłości. Niektórym może się wydawać, że miłości trochę zaborczej, ale mogłabym z tym dyskutować.
Allie brnęła w tę beznadziejną historię niemal bez instynktu samozachowawczego, na ślepo i bezrozumnie. Ich poznaniem się rządził przypadek, pierwsze zbliżenie fizyczne przyniosło ból i frustracje i nawet na ich ślubie wciąż padał deszcz, padał też podczas ich pierwszej małżeńskiej nocy. Dla Allie – wyjątkowo trudna. Noc, gdy zaczęło się jej małżeństwo, noc świadomości, że na siebie bierze miażdżącą większość miłości, która spajać ma ich związek.

Jakże bardzo trzeba kochać, żeby przebaczyć? Powieść pokazuje jak, dokładnie i w etapach. Aż do całkowitego wyzbycia się siebie, do całkowitego podporządkowania, poprzez wszelkie drobne nieprzyjemności, poprzez większe zaniedbania, aż do bycia zdradzoną, oszukaną, zapomnianą i porzuconą. Aż do gniewu, nieudanej próby zemsty, aż do … odnalezienia swojej siły, samej siebie, swego głosu. Tak, aby dla drugiej osoby zrobić wszystko na ile się da i pozwolić odejść, jeśli zapragnie. A jak wróci … powtórzyć pewną deszczową noc, aby spróbować żyć razem od nowa, lepiej, inaczej.


A Ty - jak kochasz?


wtorek, 10 grudnia 2013

Lodowisko

Kilka dni temu jeździłam na łyżwach - cudowna sprawa! Polecam. Ostatnio - rok temu, a przedostatnio - ach! kilkadziesiąt (jak to brzmi!, no ale jednak dwadzieścia kilka) lat temu.
W tym roku było mniej traumatycznie. Nie trzymałam się kurczowo band przez pierwsze pół godziny. Dałam sobie pozwolenie na zachwiania, upadki, głupie miny i śpiewne "aaa" przy hamowaniu - zamiast alarmu.
W tym roku podeszłam do tego po prostu. Założyłam łyżwy sobie, dzieciom  i śmig! Jedno dziecię jeździ bardzo dobrze, dla drugiego - to był pierwszy raz. Dlatego poprosiłam o pingwinka. W końcu on częściej przebywa na lodzie niż ja.
A teraz myślę o tym po swojemu - spoglądając na lodowisko z sufitu. Naprawdę niezła alegoria, bogata symbolika. Nieruchome podłoże, lód, no ale nie ucieka przecież. Nieruchoma ja - w takim sensie, że nic z zewnątrz nie wprowadza we mnie zmian. Oczywiście to ostatnie dotyczy tylko uproszczonej rzeczywistości tafli lodu i tylko pod warunkiem, że nikt akurat na mnie nie wpada nie mogąc się zatrzymać. Dla ułatwienia sobie kontaktu tych dwóch bytów - lodowiska i mnie - dwie łyżwy - minimum oparcia na niekorzystnie śliskim podłożu. Trudno ocenić, czy to przypadkiem nie próba dystansu, a nie oparcia...
Wszystko razem - jak to wygląda w sufitu? Skostniała z lęku ja (dobór leksykalny nie jest przypadkowy) ogranicza kontakt ze światem do absolutnej koniecznej do zachowania jako takich pozorów poprawnego kontaktu powierzchni wydłużonych na 24,5 cm zaostrzonych milimetrów żelastwa i koncentruje się na trzymaniu pionu. Wszystko mimo wszystko (forma zamierzona). Do tego - tak zwana dobra mina - może nie uśmiech, ale też nie przerażenie. Niech się nikt nie zorientuje, jak niepewna siebie jestem, jaka nieporadna, bezradna, bezwładna.
Ćwiczenia z zachowania życiowej równowagi.
Nie, tak zupełnie źle nie było. Gdy małe stopy rozjeżdżały się mimo pingwina, jakoś udawało mi się nie pamiętać o swojej niestabilności. Nogi same szukały powłóczystych sposobów na dotarcie do zaciśniętych rączek. Udawało mi się podjechać w miarę zgrabnie, ba - zatrzymać się nawet, skręcić, a także kilka razy wykonałam coś w rodzaju przysiadu, nie zyskując przy tym większej powierzchni kontaktu z lodem. Sukces zatem.
Przez godzinę objeżdżałam potem swoje obawy, płynnie, bezwypadkowo. Upojona sukcesem tego ćwiczenia. Zauroczona niezwykłym odkryciem, że ruch dotyczący mnie w tej przestrzeni musi wyjść ode mnie. Zawsze. I niezależnie od okoliczności - to ja sama nim steruję.
A normalnie - to wiadomo - ślizgawka fajna sprawa. Nie tylko dla dzieci.

piątek, 6 grudnia 2013

Pod sufitem - wiatr

Nie przepadam za wiatrem, nie lubię go, nie cierpię po prostu, żeby nie powiedzieć, że wręcz go nienawidzę.
Ale po pierwsze - staram się nie poddawać temu uczuciu.

'Każdy Twój wyrok przyjmę twardy.
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy.
Od nienawiści strzeż mnie Boże.'

A po drugie - podobno najpierw trzeba coś kochać, aby to następnie nienawidzić. Ja i wiatr nigdy nie byliśmy w jednej drużynie.

'Czekolada' Joanne Harris, jedna z moich ulubionych powieści, zaczyna się i kończy wiatrem.
Rzekomo to on wprowadza zmiany. Żeby uporządkować szafę, najpierw trzeba zrobić bałagan, żeby wprowadzić ład - uprzednio musi być zamieszanie. Rozumiem to i zawsze sobie przypominam, gdy coś dogina mnie do ziemi i próbuje złamać. Każda zmiana to ryzyko, prawda? Czasem chciałoby się mimo wszystko dłużej pobyć w znajomym ciepełku własnego przyzwyczajenia.

A wiatr, cóż, nie pyta, czy to już czas - wieje po prostu, zmienia przestrzeń, szwęda się nad głowami, nad sufitami, miesza i prowokuje.

czwartek, 5 grudnia 2013

Dialogi poranne

Byłam w innym świecie, bardziej mglistym i nieokreślonym. Nie było ani lepiej, ani gorzej. Jakaś część mojej świadomości cieszyła się ciepłem przytulenia, miękkością poduszki, ciszą i zaciemnieniem nieba. Było błogo, jak to bywa niekiedy we śnie, zwłaszcza tym porannym.
Trzy budziki po kolei wywoływały mnie w świat, trzy okrutne kombinacje dźwięków, których nie daje się na dłuższą metę ignorować.
Wstawałam, przełączałam na drzemkę, wtulałam się w ulatujące z pościeli ciepło - i tak od nowa, i ciągle, aż było już tak późno, że powoli nerwowo.
Zerwałam się więc ostatecznie.
- Tylko mi nie mów, że to JUŻ.
- Dobrze. To JESZCZE.
- Kłamczucha!

środa, 4 grudnia 2013

zapomniałam

Znowu witam dzień rutynowo, jak zawsze. Szybko, szybko, mała kawa z cukrem, z mlekiem, z radiem i zza zziębniętej szyby na parking. Sąsiad skrobie szyby swojego samochodu, nie wiadomo po co, bo i tak znając życie – nigdzie nie pojedzie. Może skrobie dla zasady albo że zawsze tak było? Samo się nie oskrobie, a nawet jak się rozpuści to przecież nie to samo – rozpuszczone, a nie zeskrobane. A to może właśnie ma być zeskrobane, żeby było dobrze?

Słońca w szybach wieżowców brak – cóż za odmiana. Zimny blat, na blacie papier śniadaniowy, śmieszne koktajlowe kulki pomidorów. Sklejam kromki beżem masła. Czym posklejać swój dzień?

Buzi, buzi i jeszcze buzi, trzask drzwi i kilka schodów, dzień dobry na podwórku i poszukiwanie lewej dłoni przez prawą w rękawach kurtki - taka mufka na miarę naszych czasów, poliestrowa, doraźna, wystarczająca.

Dokonuję gimnastycznych cudów, aby nie ulec presji koncentracji na zachowaniu równowagi w tramwaju. Zamiast tego próbuję przyjąć za pewnik, że się nie wywrócę ze zjeżdżającą torbą na ramieniu, reklamówką w jednej dłoni, z drugą ręką na poręczy oparcia, z rozpostartą książką gdzieś pomiędzy – nie pamiętam, w której dłoni. Staram się nie czuć na sobie tych niezwerbalizowanych wyrzutów – tak mało miejsca, a jeszcze czyta, tak dużo toreb, a jeszcze czyta, tak wcześnie, a ona czyta. Skandal!

Praca, kawa, wszystkie te koleżeńskie powitania. W skrzynce bank się przypomina uprzejmie, że wkrótce nawiąże ze mną dodatkowy finansowy kontakt. Zaboli. Ale przecież te drobne zgryźliwości nie mogą rozkleić mi dnia, to tylko drobiazgi. Pewnie że mogłoby być inaczej, ale nie jest. Któregoś dnia pewnie nie będę mogła się nadziwić sobie, że nie doceniałam tej zwyczajności. Że mogłam świtem poderwać się do wtorku, że mogłam na czczo wypić kawę, że zanim wyszłam policzki wycałowały mi rozespane usta, z których pierwsze tego dnia padły słowa: „tobie też miłego dnia, mamusiu” lub ewentualnie „aha, już wstaję kochanie, zadzwonię”. Zanim doszłam do biurka kilkanaście osób odpowiedziało na moje „dzień dobry”, a po odpaleniu komputera ilość wiadomości upewniła mnie, że nie przyszłam tu na darmo. Mam coś konkretnego do zrobienia. Nawet wiele cosi.

Dzień mija za szybami, słońce rozświetla mi beton okolicznych kamienic, błyska w szybach. Dopiero co był poniedziałek, a tu już dalej. Listopad mignął tylko na kalendarzu, rok też pakuje się już na wyjazd do krainy wspomnień.

A tu już środa i nie pamiętam, która noga pierwsza mi wstała i na którą stronę. Miałam wczoraj opublikować, zapomniałam.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Przymiarki

Lubię przymierzać się do innych, nieznanych mi żyć. Zwiedzam jakieś miejsce, na przykład idę sobie nieznaną ulicą i zastanawiam się, czy mogłabym tu mieszkać, pracować, bywać. Jak by to było urodzić się tutaj, od zawsze przebywać - czy mogłabym czuć się tutaj szczęśliwa? Oglądam i snuję w sobie rozważania, przymierzam się na próbę, która i tak nie ma szansy na realizację. Ale przecież pomyśleć warto, prawda?
A gdy czymś się zainteresuję, gdy już postanowię pobyć sobie na przykład przez kilka lekcji adeptem jakiegoś zajęcia, staram się wpasować konwencję, obserwować i działać zgodnie z przyjętymi regułami. Jak już grać w squasha to w squasha, a nie po prostu byle jak odbijać piłeczkę o ścianę w tenisówkach i dżinsach. I nie dyskutuję z trenerem o zasadach gry - staram się je poznać, a nie krytykować od pierwszego treningu.
Uważam, że to przejaw szacunku. W każdym razie to właśnie czuję przymierzając się do czegoś dla mnie nowego. Daję sobie czas na zrozumienie. Jeśli nie zrozumiem, nie polubię - po prostu się wycofuję.

W tym roku zaczęłam chodzić na koncerty w filharmonii narodowej. Dla mnie - zupełnie nowe doświadczenie. Co prawda w dzieciństwie skończyłam szkołę muzyczną niższego stopnia (wtedy to się tak nazywało), ale nie byłam nigdy zagorzałą fanką muzyki klasyczną. Mam zresztą spore braki w wykształceniu w tej dziedzinie. Im głębiej wchodzę w ten świat, tym wydaje mi się, że te braki są większe.
W każdym razie, zgodnie z tym, jak zwykle postępuję w nowym dla mnie środowisku, chodzę do filharmonii ostrożnie, nabożnie niemal, starając się nikogo nie zgorszyć swoim zachowaniem, swoją ignorancją. Zakładam stonowany strój, nie wypowiadam niepotrzebnych słów, nie chwalę się, że coś mi nie podchodzi. Jestem wdzięczna, że można w ten świat wejść od tak z ulicy i pobyć sobie, popatrzeć, posłuchać.
W pewnym sensie uległam stereotypom sądząc, że w takich miejscach o zwiększonej dozie patosu to względnie młodzi ludzie nie potrafią się zachować. Bo przecież to nie tylko kwestia szacunku, ale też wychowania i kultury osobistej. A tymczasem ... kto najbardziej przeszkadza? Wyjadaczki cukierków w szeleszczących papierkach, konspiracyjne szeptaczki z pogłosem zagłuszającym delikatne piano ze sceny, operatorzy pukających klawiatur telefonów (dźwięk co prawda ściszony, ale jednak kilkanie słychać). Z przykrością stwierdzam, że to dużo starsze ode mnie osoby już po pierwszych nieśmiałych brawach wstają z miejsc i wychodzą w kolejkę do szatni lub damskich toalet. Oczywiście chętnie przyznają się, że komu na co taka muzyka, że chyba dobrze nie grali, bo nie było zabawy jak na koncercie Krawczyka. I skarżą się, że ktoś tam się na nich spojrzał znacząco, że ciągle kaszle i kaszle, a nos to wiadomo jak najskuteczniej wydmuchać...
Na wczorajszym koncercie siedziała koło mnie właśnie taka nobliwa pani. Jak już odwinęła z tego szeleścidełka landrynkę, przez kilkanaście minut bawiła się opakowaniem. A gdy w końcu dużo młodszy od niej pan siedzący przed nią odwrócił się karcąco, szepnęła do swojej towarzyszki "widziałaś? to skandal".

Uważam, że to nie grzech nie pasować gdzieś. To się przecież zdarza. Jak mamy znaleźć swoje miejsca, nie próbując wpasowywać się w nowe? Ale z czego wynika to poczucie rzekomego bycia ponad to, co właśnie próbujemy poznać? Skąd ta skłonność do natychmiastowej krytyki i zaznaczania swojej odrębności, zwłaszcza jeśli czujemy się niepewnie i wydaje nam się, że to jednak nie miejsce dla nas? Dlaczego nie można po prostu wytrzymać tych kilku minut, przeczekać, wycofać się w milczeniu?

Myślałam początkowo, że to wszystko przez to, że obecnie za największą wartość świat uważa egoizm i dążenie do bycia innym, czasem na siłę. Oczywiście nie wprost, lecz jakby się zastanowić nad większością masowych przekazów, sposobu prezentacji biografii i w ogóle składu grupy celebrytów to głównie o to chodzi, żeby być na tyle skomplikowanym, aby nigdy nie podlegać pod jakiś wzorzec. Ale to chyba miałoby zastosowanie głównie do naprawdę młodych ludzi, nastoletnich, a tak nie jest. W każdym razie w tym zakresie mam całkowicie odmienne spostrzeżenia.
Chyba że ... nowy świat obudził się jakieś dzikie instynkty w ludziach pamiętających inne rzeczywistości. Może poczucie, że coś stracili nie zawsze mogąc w młodości wyznawać to, co chcieli, robić to, co ich wyraża? A może to taka fala krytyki każdych rzekomo skostniałych zasad? Bo w końcu - co to znaczy, że nie dość, że płacę za bilet, to jeszcze muszę porządnie wyglądać, siedzieć nieruchomo, wyłączyć telefon, nie kichać, nie kasłać, nie jeść, nie szeleścić, nie wstawać, nie czytać i nie wysyłać smsów? A co jeśli akurat chcę? Skandal po prostu!

Nie wiem, jak jest. Może jestem niesprawiedliwa pisząc o tym na blogu w ten sposób. Może nie powinnam tak myśleć o ludziach. Ale trochę mi to nie dawało spokoju.
Na zakończenie przyznam się nieśmiało co uważam. Otóż podejrzewam, że takie zamieszania robią ludzie niezdolni do przymiarek, tych życiowych przymiarek. Są tak wspaniali sami w sobie, że jeśli występuje zgrzyt, to nie oni nie pasują, ale świat. I to on powinien dopasowywać się do nich.