wtorek, 10 grudnia 2013

Lodowisko

Kilka dni temu jeździłam na łyżwach - cudowna sprawa! Polecam. Ostatnio - rok temu, a przedostatnio - ach! kilkadziesiąt (jak to brzmi!, no ale jednak dwadzieścia kilka) lat temu.
W tym roku było mniej traumatycznie. Nie trzymałam się kurczowo band przez pierwsze pół godziny. Dałam sobie pozwolenie na zachwiania, upadki, głupie miny i śpiewne "aaa" przy hamowaniu - zamiast alarmu.
W tym roku podeszłam do tego po prostu. Założyłam łyżwy sobie, dzieciom  i śmig! Jedno dziecię jeździ bardzo dobrze, dla drugiego - to był pierwszy raz. Dlatego poprosiłam o pingwinka. W końcu on częściej przebywa na lodzie niż ja.
A teraz myślę o tym po swojemu - spoglądając na lodowisko z sufitu. Naprawdę niezła alegoria, bogata symbolika. Nieruchome podłoże, lód, no ale nie ucieka przecież. Nieruchoma ja - w takim sensie, że nic z zewnątrz nie wprowadza we mnie zmian. Oczywiście to ostatnie dotyczy tylko uproszczonej rzeczywistości tafli lodu i tylko pod warunkiem, że nikt akurat na mnie nie wpada nie mogąc się zatrzymać. Dla ułatwienia sobie kontaktu tych dwóch bytów - lodowiska i mnie - dwie łyżwy - minimum oparcia na niekorzystnie śliskim podłożu. Trudno ocenić, czy to przypadkiem nie próba dystansu, a nie oparcia...
Wszystko razem - jak to wygląda w sufitu? Skostniała z lęku ja (dobór leksykalny nie jest przypadkowy) ogranicza kontakt ze światem do absolutnej koniecznej do zachowania jako takich pozorów poprawnego kontaktu powierzchni wydłużonych na 24,5 cm zaostrzonych milimetrów żelastwa i koncentruje się na trzymaniu pionu. Wszystko mimo wszystko (forma zamierzona). Do tego - tak zwana dobra mina - może nie uśmiech, ale też nie przerażenie. Niech się nikt nie zorientuje, jak niepewna siebie jestem, jaka nieporadna, bezradna, bezwładna.
Ćwiczenia z zachowania życiowej równowagi.
Nie, tak zupełnie źle nie było. Gdy małe stopy rozjeżdżały się mimo pingwina, jakoś udawało mi się nie pamiętać o swojej niestabilności. Nogi same szukały powłóczystych sposobów na dotarcie do zaciśniętych rączek. Udawało mi się podjechać w miarę zgrabnie, ba - zatrzymać się nawet, skręcić, a także kilka razy wykonałam coś w rodzaju przysiadu, nie zyskując przy tym większej powierzchni kontaktu z lodem. Sukces zatem.
Przez godzinę objeżdżałam potem swoje obawy, płynnie, bezwypadkowo. Upojona sukcesem tego ćwiczenia. Zauroczona niezwykłym odkryciem, że ruch dotyczący mnie w tej przestrzeni musi wyjść ode mnie. Zawsze. I niezależnie od okoliczności - to ja sama nim steruję.
A normalnie - to wiadomo - ślizgawka fajna sprawa. Nie tylko dla dzieci.

1 komentarz:

  1. A ja nigdy nie byłam na lodowisku... taki wodno-lodowym... na życiowym od jakiegoś czasu staram się utrzymać równowagę... :) Staram się... to tak jak z tym moim "zawsze" uśmiechem :) staram się.

    Przed nami nowy tydzień, udanego Ci życzę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!