środa, 4 grudnia 2013

zapomniałam

Znowu witam dzień rutynowo, jak zawsze. Szybko, szybko, mała kawa z cukrem, z mlekiem, z radiem i zza zziębniętej szyby na parking. Sąsiad skrobie szyby swojego samochodu, nie wiadomo po co, bo i tak znając życie – nigdzie nie pojedzie. Może skrobie dla zasady albo że zawsze tak było? Samo się nie oskrobie, a nawet jak się rozpuści to przecież nie to samo – rozpuszczone, a nie zeskrobane. A to może właśnie ma być zeskrobane, żeby było dobrze?

Słońca w szybach wieżowców brak – cóż za odmiana. Zimny blat, na blacie papier śniadaniowy, śmieszne koktajlowe kulki pomidorów. Sklejam kromki beżem masła. Czym posklejać swój dzień?

Buzi, buzi i jeszcze buzi, trzask drzwi i kilka schodów, dzień dobry na podwórku i poszukiwanie lewej dłoni przez prawą w rękawach kurtki - taka mufka na miarę naszych czasów, poliestrowa, doraźna, wystarczająca.

Dokonuję gimnastycznych cudów, aby nie ulec presji koncentracji na zachowaniu równowagi w tramwaju. Zamiast tego próbuję przyjąć za pewnik, że się nie wywrócę ze zjeżdżającą torbą na ramieniu, reklamówką w jednej dłoni, z drugą ręką na poręczy oparcia, z rozpostartą książką gdzieś pomiędzy – nie pamiętam, w której dłoni. Staram się nie czuć na sobie tych niezwerbalizowanych wyrzutów – tak mało miejsca, a jeszcze czyta, tak dużo toreb, a jeszcze czyta, tak wcześnie, a ona czyta. Skandal!

Praca, kawa, wszystkie te koleżeńskie powitania. W skrzynce bank się przypomina uprzejmie, że wkrótce nawiąże ze mną dodatkowy finansowy kontakt. Zaboli. Ale przecież te drobne zgryźliwości nie mogą rozkleić mi dnia, to tylko drobiazgi. Pewnie że mogłoby być inaczej, ale nie jest. Któregoś dnia pewnie nie będę mogła się nadziwić sobie, że nie doceniałam tej zwyczajności. Że mogłam świtem poderwać się do wtorku, że mogłam na czczo wypić kawę, że zanim wyszłam policzki wycałowały mi rozespane usta, z których pierwsze tego dnia padły słowa: „tobie też miłego dnia, mamusiu” lub ewentualnie „aha, już wstaję kochanie, zadzwonię”. Zanim doszłam do biurka kilkanaście osób odpowiedziało na moje „dzień dobry”, a po odpaleniu komputera ilość wiadomości upewniła mnie, że nie przyszłam tu na darmo. Mam coś konkretnego do zrobienia. Nawet wiele cosi.

Dzień mija za szybami, słońce rozświetla mi beton okolicznych kamienic, błyska w szybach. Dopiero co był poniedziałek, a tu już dalej. Listopad mignął tylko na kalendarzu, rok też pakuje się już na wyjazd do krainy wspomnień.

A tu już środa i nie pamiętam, która noga pierwsza mi wstała i na którą stronę. Miałam wczoraj opublikować, zapomniałam.

1 komentarz:

  1. Dzień dobry :) też mam troszkę cosiów do zrobienia... ;D dzień możesz posklejać uśmiechem :) I kawą, skoro jest z cukrem...


    P.S. Gdyby nie to, że chętni na robienie za nich zakupów mieszkają w tak odległych miejscach, mogłabym rozkręcać biznes :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!