poniedziałek, 29 lutego 2016

dzień, który rzadko bywa

Nie wiem po co mi był ten dzień, bo przecież po coś na pewno. Może do przemyśleń, choć nie było na to czasu? Będę teraz miała wiele wieczorów i wiele wpatrywań w niejedno okno, by wracać do poranka. Nie lubię diagnoz zaczynających się od "proszę pani", po których to słowach następuje wymowna pauza.
Zabiegane przedpołudnie, wytrącone z rutyny, pozbawione codziennych pór stałych i póz odmienności. Zmęczone popołudnie, smutny wieczór.
Nie mam jakoś siły czytać. Trochę mnie wola boli, ta wolna. Podyskutowałabym z indywidualistką, pokłóciła się może. Zamiast tego, jak co dzień, po prostu zajęłam się domem.

wtorek, 23 lutego 2016

wyjść z dziury


Jestem trochę zaczytana, trochę bardzo. Ale jak nie czytać, gdy się ma taką pomysłową zakładkę? Dostałam i bardzo sobie chwalę! Szybka myszka. Przeskakuje sprawnie z kartki na kartkę, z książki na książkę. Dogonić trudno.
Czas coś trudny, wymagający najgłębszych pokładów cierpliwości do ludzi, pokory względem życia, tolerancji niezdrowia i próby zachowania pogody ducha. Nie dla pozorów, dla siebie. To ważne, żeby jednak nie upadać.

"A gdy upadniesz - nie bój się. Będę przy tobie.
Podłoga"

poniedziałek, 15 lutego 2016

latający spacer dla obłąkanych

Szwędałam się dzisiaj po lesie. Czasem było pochmurno, a niekiedy słonecznie. W mojej dzielnicy to akurat jedyny las, więc dzisiaj oczywiście było w nim tłoczno, przynajmniej na tych głównych ścieżkach. Może szkoda, że nie zrobiłam zdjęć, ale nie po to człowiek do lasu łazi.





Schodziliśmy na boczne dróżki, mniej uczęszczane, bagniste czasem. Można było nawet psa ze smyczy spuścić w miarę bezpiecznie dla psa, o ile wiecie, co mam na myśli, choć wolałabym tego nie rozwijać.

W każdym razie mój pies, gdy jest zadowolony - lata. Oto dowody z dzisiaj:




No, chyba że akurat trafi się wyjątkowo smakowity patyk do obgryzienia, to wtedy ląduje.




sobota, 13 lutego 2016

kawałek nieba z balonami


Były już rano, ale wtedy nie miałam czasu wydobyć telefonu z torby. Pewności nie było, że go nie zapomniałam co prawda, ale pomyślałam, że trudno. Za daleko po niego wracać, no i może lepiej, że nie wzięłam, zdjęcia nie zrobię z kolejnym krzywym pałacem to się nie będziecie naśmiewali z moich nieumiejętności.
Tyle że się zaraz na wejściu do "fabryki" okazało, że jednak wzięłam, więc pozostawała wam coś około ośmiu godzin nadzieja, mimo że nie byliście jej świadomi, że na przykład inną drogą wrócę do domu. To by się przykładowo mogło zdarzyć, gdybym sobie postanowiła wrócić inaczej, ale ... tego to już naprawdę zapomniałam. Sorry.

Zdjęcie jest, a na nim krzywy pałac oczywiście, udający w najlepsze, że stoi prosto dzięki perspektywistycznie oddolnym liniom budynku, który był dzisiaj w centrum stolicy kulinarnym bohaterem. Mnie się od razu jakoś skojarzyło, że od dnia otwarcia robią ludzi w balona, ale zdaje się, że to nie o to jednak chodziło. 
Tak się złożyło, że akurat nieprzypadkowo i przez zapomnienie przechodziłam obok. Zawstydzona smyrnęłam paluchem po wyświetlaczu, zawstydzona, bo to ponoć nie honor zdjęcia robić jak turysta, a to oto zdjęcie zawędrowało do domowego kompa zdecydowanie szybciej niż ja do swojej dzielnicy. Bo metro póki co nie podróżuje w chmurze, nieba nawet na obrazku nie widziało, a krzywe to są w nim co najwyżej spojrzenia, nie pałace.

Zapomniałam, o czym to ja miałam z tymi balonami na tle nieba... Aha, wiem - nie ma zielonego. 
Pewnie wiosna jakoś później przyjdzie.

środa, 10 lutego 2016

popielata szarość z rana


Zapłakane Krakowskie, smętny coś wyjątkowo Kopernik przysiadł przed PAN-em i kontempluje szarość. Tylko żółto-czerwone autobusy przeczą porannej melancholii ulicy.


Posypałam się, spopieliłam. Zawsze ten fakt skłania mnie do rozważań. Nawet tusz w piórze zmieniłam z niebieskiego na czarny, choć blada coś ta czerń, szara taka.

Tym razem nie oczekuję wiele od siebie. W przeszłości - owszem, zdarzało się, a potem nieodmiennie byłam rozczarowana. Widać nie jestem w stanie dotrzymywać obietnic dawanych sobie.

Przycupnę sobie cichutko w tym poście, obok tutaj i teraz, poczekam, popatrzę, przemyślę. A nuż spełnią się wszystkie prawdziwe obietnice bez mojej niecierpliwości?


wtorek, 9 lutego 2016

zaczytane bałwany

Takie popołudnia są w sam raz dla mnie. 
Cichy dom, bo wszyscy wyszli i tylko mnie przygarnęła kanapa w oczekiwaniu. Na stoliku ciepły kubek, ściszony dźwięk w telefonie przypadkiem przecież i stopy przykryte niebieskim kocem. Dokładnie tak, jak lubię.
Nie zapaliłam wszystkich świateł, zignorowałam potrzeby urządzeń elektrycznych w kuchni i łazience, a plecy coraz natarczywiej opadały na szydełkowe poduszki. Otuliło mnie kolorem, miękkością, błogością.
Było tak cicho, że przewracane kartki budziły niepokój i przez zasłonę ciszy prześwitywała  moja wyobraźnia pobudzona przez napisane słowa.
Świat przystanął na chwilę i nawet tańczące na zakładce bałwanki obserwowały godziny moich względnych bezruchów. Czytałam, notowałam, wzruszałam się i irytowałam. Nie miało znaczenia nic poza powieścią, nieważne zresztą jaką.
Moje ostatki.



poniedziałek, 8 lutego 2016

kolejne zdjęcie z krzywym pałacem

Ależ mi się dzisiaj szło do pracy, noga za nogą, botek w botek. Na dwa odmachy torbą z książką wdech i na dwa wydech, że tak szybko zleciało! Lenistwa nie było. Zdecydowanie aktive, możecie mi wierzyć, chociaż wszystkiego na blogu nie ujawniałam, żeby zaraz nie było, że nie potrafię iść na basen nie chwaląc się potem stosownym postem. 
A z rana ... no cóż, nie powiem. Trochę mnie jakby aura zaskoczyła. Nie było nawet ciemno! Czas zaczął widać gonić moje niecierpliwości i w tym celu jakiś początek zaczął rzucać się na moje niebo. Tramwaj jak tramwaj, metro jak metro, nie będę opisywać, choć jakby mniej zatłoczone i nawet udało się wejść do pierwszego składu. Ba, nawet usiadłam, czytałam i nie przejechałam swojej stacji (to sukces jednak, bo mi się jakby zdarza...).
Ale w centrum już mi jakoś humor siadł na tych schodach, co to z metra wypluwają ludzi na powierzchnię i nijak nie dało się go ruszyć. Nadrobiłam sobie jak nie miną to drogą, w końcu co się będę z rana za biurko spieszyła, jak sobie można bardziej naokoło iść, prawda?
Z każdym krokiem kanapki w torbie ciążyły mi bardziej, a identyfikator to chyba z kamienia się zrobił. Ale idę dzielnie i patrzę ... koleżanka! Stoi sobie przy wejściu do swojej pracy, całkiem niedaleko od mojej i najnormalniej w świecie, radośnie i ze zrozumieniem poniedziałkowej pourlopowej traumy mojej macha do mnie z daleka!
I ten mach mi wystarczył na cały dzień, na osiem godzin w pikselach i w każdej komórce moich tabel. A jej uśmiech był w każdym monitorze i na wszystkich stronach papierowych dokumentów w teczce z napisem "pilne".
Dzień szybko zleciał, a gdy zmierzałam do metra cokolwiek znużona, patrzyłam sobie na zachód w Warszawie (z chwilowego braku  zachodu nad morzem i w górach). Na zachodzie, wiadomo, bez zmian...


niedziela, 7 lutego 2016

cienko śpiewać


Ostatni punkt ferii z dziećmi - wizyta w filharmonii z młodszą córką. Tylko ona i ja uwielbiamy tam bywać. Kolejny w naszym życiu koncert w ramach serii popołudniowych koncertów dla dzieci. Tym razem spędziliśmy go z Wiedeńskim Chórem Chłopięcym. Jak oni śpiewają! 




Miłe popołudnie w doborowym towarzystwie. A jutro ... to ja będę pewnie "cienko" śpiewała od rana. Koniec urlopu. Czas odkopać biurko w pracy i wrócić do codzienności.

sobota, 6 lutego 2016

popołudnie kulturalnych księżniczek

Dziś bawiliśmy się w kulturę i to tę "wysoką". Zasadniczo 30 piętro, 114 m, windą zaledwie 20 sekund. Każda księżniczka bywa czasem w pałacu, więc i nam wypadało iść ;)

Pogoda nie sprzyjała zdjęciom, zasadniczo dokładnie jak ja. Ale kilku tutaj wrzucę.

Pod Pałacem lodowisko, więc nas znowu zmotywowało do sportu. Zatem wieczór znowu spędziliśmy na basenie. Klimacik też księżniczowy, bo palmy i w półmroku nawet nie widać, że sztuczne. Punktowe oświetlenie basenu rekreacyjnego z urządzeniami do masażu różnych części ciał zanurzonych. Błękit, zieleń i aktywizująca czerwień, na zmianę. Wyczerpana bogatym w wrażenia dniem jak królowa matka patrzyłam spod przymkniętych oczu na pluskające się w tych barwach rodzone pacholęta, pod opieką króla ojca rzecz jasna, a sama siedziałam wygodnie w ciepłym jacuzzi i koncentrowałam się na niedopuszczaniu do siebie myśli o niedzielnym wieczorze. Popołudnie zapowiada się bowiem cudownie - mamy bilety na dziecięcy koncert w filharmonii. Ale wieczorem ... wyprasowana bluzka nieodzownie przypomni mi o poniedziałku. Wrrr.

Ach ferie! Powinny być obowiązkowe dla wszystkich!









po prostu dzicz

Wczoraj wieczorem oglądaliśmy sobie dinozaury "na żywo". Dziewczyny chyba bardzo to przeżyły. Młodsza całą noc śniła ponoć o lesie, gdzie musiała przeżyć tylko z naszym psem. Na szczęście to pies polujący, więc udało się jej jakoś zdobywać pożywienie. Łaziła w bujnej roślinności, chowała się przed drapieżnikami, no i musiała strzelać w obronie własnej.

Starsza we śnie rozlokowywała w naszym mieszkaniu 38 m2 swoją nieletnią koleżankę z jej chłopakiem, bo po urodzeniu piętnastki dzieci (chyba nie za jednym razem...) nie miała się gdzie podziać. W jej śnie nalewałam zupę do misek i stawiałam je w rządku na podłodze, bo na naszym stole tyle misek by się nie zmieściło.

Hm, tak się zastanawiam, może błędem były te dinozaury na noc...








czwartek, 4 lutego 2016

w jaskini czasu

Ferie mam, takie powiedzmy kulturalne. Głównie chodzimy po kinach, basenach, cukierniach. Raczej nie wygrywam w konkursach, ale tym razem się udało i zdobyłam karnet na filmy rodzinne do kina przy najbliższym klubie kultury, po dwa filmy na każdy tydzień ferii. Szkoda, że w drugim tygodniu pracuję, Fistaszki bym obejrzała ;) A poważnie - wolę takie małe kina studyjne bez popcornu i coli od kin przy centrach handlowych, gdzie dzisiaj byłyśmy na "Agentkach".
Żeby nie było, że tylko filmy, chodzimy też prawie codziennie na basen. W zasadzie na różne baseny, termy, aquaparki. A wczoraj byłyśmy sobie w jaskini solnej.


Cóż, można mieć różne zdanie na temat takich miejsc, jasna sprawa. Sama nie mam jeszcze ugruntowanego zdania. Byłam dopiero drugi raz, przy czym ten pierwszy raz wypadł jakoś zdaje się 2-3 lata temu.
Czas upływa w takiej jaskini szybko. Pewnie ma na to wpływ wygodny rozłożony leżak, półmrok, kojąca muzyka i odgłosy szumu fal. Gdyby nie książka, pewnie bym zasnęła. Tym bardziej, że córki zajęły się swoimi sprawami i naprawdę mogłam skoncentrować się nie na nich, a na wypoczywaniu.
Nie było też wiele osób i stosunkowo mało dzieciaków w wieku okołowrzeszczącym, więc było naprawdę super. Gdybym mieszkała trochę bliżej jaskini, na pewno bywałabym tam częściej.

Jutro ostatni dzień urlopu, ale plany zajęć z dziećmi w ferie w domu rozpisane mamy do niedzieli. Oczywiście wstępne plany, zamierzenia takie bardziej mgliste, bo i tak każdego dnia wstajemy i decydujemy, co robimy dzisiaj, co przesuwamy na jutro. 
Chciałabym trochę przesunąć poniedziałek, tak na środę powiedzmy. Bo super mi się spędza czas podczas tych ferii, mimo że nigdzie nie pojechaliśmy. I świetnie mi się czyta wieczorami, nie wstaje rankami i nie robi kanapek na następny dzień. I jeszcze bym posiedziała w tej jaskini. Naprawdę.