niedziela, 31 stycznia 2016

koperty

Jedna z blogerek zapachniała na swoim blogu ciastem francuskim z jabłkami i gruszkami. No i mnie zaraziła.
Dzisiaj do pośniadaniowej kawy postanowiłam zapakować jabłka we francuskie koperty. Oczywiście tarte jabłka, z cynamonem rzecz jasna.




Sklejałam i sklejałam, no ale i tak się niestety wszystkie porozklejały.



Ale jakoś na szczęście nikomu to nie przeszkadzało.

Myślę sobie, że naprawdę zapach pieczonych w cieście jabłek z cynamonem, rzeczywiście może być zapachem szczęścia, niespieszności, błogostanu.

czwartek, 28 stycznia 2016

czas nijaki

Byłam dzisiaj przypadkowo na Nowym Świecie. Akurat odbierałam zamówienie w księgarni i po prostu stamtąd było najbliżej na piechotę do metra.

A co tam, pokażę Wam, chociaż moim zdaniem niewiele jest do oglądania.
Jeszcze trochę świątecznie, mimo że temperatura na plusie. I szybko mnie wywiało.
Taka pora już po świętach, a jeszcze przed wiosną. Czas nijaki, na przeczekanie, na przemyślenia, na podsumowania może. Nie wiem jeszcze, co z nim zrobię. Póki co ogarniam się po zwolnieniu, wracam na życiowe orbity. Już prawie zapomniałam o chorobie, więc jest dobrze.



Teraz trzeba tylko przemyśleć, jak formę zmienić, czas nijaki zamienić na jakiś. Niedługo post - dla mnie zwykle czas największych wewnętrznych zmian. I już się cieszę!

środa, 27 stycznia 2016

zaplecione

Tak sobie zaplotłam po bokach. Któż mi zabroni? Odrobina zamieszania niby nie zaszkodzi.
Tyle że się pogoda zmieniła  i teraz za ciepło na taki grubaśny golf. Ale przynajmniej sobie zaplotłam po bokach, a co tam!





niedziela, 24 stycznia 2016

wierzę w beże

Będę beżowa. Tak sobie wymyśliłam. 
Sweter będzie gruby, jak starczy mi włóczki to z golfem, najlepiej szerokim. To taka zdecydowana kawa z mlekiem, beż pogodny w tonacji ciepłej. 
Inaczej niż zawsze.





Może wkrótce pokuszę się o kolor. W szafie tkwi mi wiele zapasów. Postanowiłam je wyrobić, chociaż kuszą mnie zakupy. Tak jak nie lubię chodzić po zakupy, tak uwielbiam w ciszy śpiącego domu klikać po znanych mi internetowych pasmanteriach, przymierzać się do faktur i kolorów, wymyślać kolejne swetry, bez których cudem po prostu się obchodzę. I postanawiam to zmienić, natychmiast. Upycham potem te miękkie paczki po szafach, w tajemnicach przed czasem, który angażuję priorytetowo w inne ważności codziennych dni.

Miałam trochę przerwy w drutach. Ale sweter męża coś we mnie odblokował. I znowu mam fazę.
Trzeba było nie robić dla męża swetra? Może i tak, ale ... co roku na urodziny dostaje ode mnie sweter. Tradycja taka.

sobota, 23 stycznia 2016

spacer po dobre myśli

Wyszłam dzisiaj na świat, pierwszy raz po chorobie. Zimno jakoś. Ale słońce tak ładnie sobie świeciło, że wystarczyła moja odkryta twarz, aby naładować niemal całą duszę pozytywnych wrażeń. 



Myśli mam niebieskie ostatnio, bezchmurne, spokojne. To za mało na zieleń, ale nie koncentruję się na nadziei. Wiele mam - jak każdy - spraw do martwienia, ale ... po co o tym myśleć? Staram się nie myśleć. Będzie co ma być, a niebo takie niebieskie!


Jakoś tam się pokona te swoje góry. Czasem, jak się bliżej przyjrzeć, to tylko sterta odgarniętego śniegu...



piątek, 22 stycznia 2016

tort białych myśli

Wczoraj mała imprezka była, rodzinna. Moja najstarsza córka skończyła 15 lat. Dzień wcześniej rozmawiałyśmy do późna, opowiadałam jej pierwsze chwile na tym świecie, wspominałam. Czasem tak mamy. Siedzimy we dwie w tajemnicy przed męskim i dziecięcym światem i chichoczemy sobie na kanapie do naszych spostrzeżeń, wzruszeń i pytań.

Pamiętam, jaka byłam zamknięta w sobie w tym wieku, nieszczęśliwa, brzydka, nieważna. Bardziej się wtedy obawiałam przyszłości niż o niej marzyłam. Jasne, inne czasy, inny charakter. Na szczęście moja córka jest inna.
Czyżby?

O czym się teraz myśli mając lat 15?
O czym dokładnie myślałam wtedy? Nie pamiętam. Szkoda, że spaliłam wszystkie swoje "nastoletnie" dzienniki.


Na osłodę - torcik. Nie piekłam, choć lubię robić torty, prawdziwy biszkopt bez tłuszczu, masa serowa, niesłodka. Uwielbiam go potem ozdabiać różyczkami bitych śmietan, czekoladą.

Ale tym razem mały tort z cukierni. Córka sama wybrała. Śmietankowy z akcentem wiśni, na lekko czekoladowym spodzie. Pyszny!


czwartek, 21 stycznia 2016

poplątane, pogniecione, skończone

Udało się!
Ogarnęłam się wczoraj, wróciłam do własnych łask. Poskreślałam sobie na karteczce niemal wszystkie sprawy do załatwienia. Co miałam w końcu sprzątnąć - sprzątnęłam, co doczytać - doczytałam, pranie powiesiłam, fasolę ugotowałam, ba! zjadłam nawet, a sweter w końcu zszedł z drutów.
Mąż założył do przymiarki i tak mu zostało. Rano też widziałam go w tym swetrze, no ale mam nadzieję, że w nim nie spał! Wczoraj padłam tak skutecznie, że nawet nie zarejestrowałam momentu nocy.


Od rana mam nowe pomysły i nową karteluszkę spraw. No bo skoro już jestem w domu i czuję się coraz lepiej, co by tutaj jeszcze skończyć, ewentualnie zacząć? Jak to cudownie chcieć!


środa, 20 stycznia 2016

gołe badyle


Takie mam nastroje nie bardzo coś. Marazm, beznadzieja. A może by to, a może tamto, e tam, jednak to bez sensu. I takie tam.
Wiele spraw do skończenia, zaczętych książek, projektów, a ja siedzę i tępo gapię się nawet nie bardzo wiem w co.

Wniosek nasuwa się jeden - zdrowieję!
Jeszcze trochę boli, kaszlę i poleguję, ale zasadniczo wraca mój stan normalny. Dochodzi do siebie ta maruda, co się wiecznie skarży, że mogłaby żyć inaczej, ale się nie da.
Coś mnie chyba jemioła oblazła, tak sobie myślę. Wyglądamy razem może nawet jakoś, charakterystycznie, malowniczo, tajemniczo. Ale jednak to pasożyt i powinnam zrzucić gada z mojego drzewa, żeby mi słońca nie zasłaniał, soków nie wypijał. Co gorsza, to nawet śmieszne, jemioła jest symbolem zdaje się powodzenia finansowego, czy coś w podobie. Jak to tak wywalić i zdać się tylko na siebie?!

Postanowiłam powalczyć ze swoimi jemiołami w tym roku. Co prawda muszę się dość wysoko wspiąć, co grozi upadkiem, ale w końcu trzeba się tym zająć. Przez ostatni rok opracowałam sobie jakiś tam szkicowy plan, przygotowałam drabinę. Teraz pora na nią wleźć i odsłonić sobie niebo.



wtorek, 19 stycznia 2016

puszczalska marchewka

Żeby mi pietruszka zimą puściła z obciętej "dupki" natkę na wacie nasączonej wodą, to ja się nawet nie dziwię. Bo mi tak co wczesną wiosnę robi. Początkowo eksperymentalnie, a potem, niczym rzeżucha, w nawyk mi wlazła i nijak ją przegonić.
Ale żeby marchewka?
Niby roślina dwuletnia, zakwitnąć sobie ponoć może, choć żadna znajoma mi marchewka dotychczas raczej nie próbowała...

Otwieram lodówkę, a tam nie na zupę idzie, ale na wiosnę!





Do końca tygodnia mam w domu grzecznie siedzieć, polegiwać, dbać o siebie i łykać, wdychać, oczyszczać. Wszyscy mieliście rację, żeby nosa na mróz za wcześnie nie wychylać. Coś jeszcze zalega i dźwięki dziwne wydaję. No ale w obliczu puszczalskiej marchewki to już mnie przestaje dziwić. Może ciepła szuka?

niedziela, 17 stycznia 2016

zima

Zima za oknem. 
Może jutro zdecyduję się wyjść na chwilę? 
Nie wiem, czy nie za wcześnie po tym zapaleniu oskrzeli. Pewnie jeszcze trwa. Nie czuję się za dobrze, ale znacząco lepiej niż ostatnio. Od środy antybiotyk, jutro ostatnia dawka w południe. No i skończyło mi się już moje trzydniowe zwolnienie.
Mąż mnie namawia, żebym poprosiła o przedłużenie jeszcze chociaż dwa dni. Na dojście do siebie.
Czy to ma sens?



Czy nie rozczulać się tak i normalnie jak gdyby nigdy nic iść do pracy?
Co właściwsze? Co rozsądniejsze?


niedziela, 10 stycznia 2016

ogród w Wilanowie

Wczoraj się wybraliśmy. Oj, no uparłam się. Zimno, bez sensu, w ogóle sobota wieczór i walczyłam trochę z chęcią zakopania się pod kocem z książką, herbatą, kawą itd.

Ale jednocześnie chciałam to zobaczyć:








Już się przyzwyczaiłam do tego, że ze światła wiele teraz można wyczarować. Niektórych nie zachwyca, po prostu paczka wygiętych drutów, ciągi kolorowych diod. Teraz norma na świątecznych jeszcze ulicach. Latem podświetlone fontanny. Niby nic.

Ale mnie zachwyca. 
Każdy pomysł, aby stworzyć coś tylko do radości, nieodmiennie mnie zachwyca.

Wróciłam ze spaceru zmarznięta. Nie byłam zdziwiona nocnym odczytem termometra. Rano wcale nie lepiej. Więc chociaż sobie zdjęcia pooglądam, które nie oddają magii tego miejsca.



czwartek, 7 stycznia 2016

różnice temperatur

Jestem taka niedotykalska. Niektórzy mówią - aspołeczna. Rzadko dobrze się czuję wśród ludzi i nie każdy tłum jestem w stanie zaakceptować. Tak mam. Czasem z tym walczę, czasem nie. Sama nie wiem, czy to wada, czy zaleta, więc przestałam się tym przejmować i o tym myśleć. Nie analizuję tych moich stanów, staram się nie generalizować. Ot, zwyczajnie, czasem mi dobrze, czasem nie - jak każdemu.


Ponad trzydzieści lat udało mi się unikać basenów. Powodów było wiele. Generalnie z chwilą, gdy z własnej woli sama poszłam po raz pierwszy na basen, pokonałam jakieś tam swoje małe i większe fobie.
Uznałam, że to zadziwiające.
Mam w tej sferze jeszcze wiele spraw, z którymi muszę się uporać. Ale zasadniczo - i to jest doprawdy zaskakujące - lubię chodzić na basen.


Od około dwóch lat jestem fanką wód termalnych. Póki co byłam jedynie w dwóch miejscach: w Cieplicach i w Uniejowie. Te ostatnie staram się zresztą odwiedzać jak najczęściej, zwykle kilka razy w roku. Najchętniej właśnie zimą, wieczorem.


Co jest w tym fascynującego? Różnice temperatur. Zadziwiająca rzecz w życiu, jak i zimą w termach. Można odczuwać jednocześnie chłód (mróz szczypiący w nos) jak i przyjemne ciepełko, ot choćby w zewnętrznym basenie solankowym.
Jasne, że na swoją kolejkę na bąbelkowym siodełku trzeba niekiedy długo poczekać. Tłum dotyczy także basenów przecież. Ale o dziwo jakoś mi to nie przeszkadza. Mgła parujących kropel całkowicie znieczula mi ośrodki niecierpliwości.


Szyba. Przed nią - 4 stopnie. Za nią znacznie więcej. Temperatura wody 34 stopnie. W budynku jest restauracja, do której wchodzi się w mokrych kostiumach i nawet taki zmarźlak jak ja nie odczuwa chłodu.


Tylko dwie godziny drogi stąd autostradą do gremialnego moczenia tego i owego wśród piszczących dzieciaków, nadąsanych matron, rozochoconych tatuśków i rozbrykanej młodzieży. 
A mimo to jestem taka zadowolona, wymoczona. Wypoczęta. 

Uwielbiam termy.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

kalendarze

Zawsze mam w torebce kalendarz. Może to i bez sensu w dobie smarfonów i niektórych naprawdę usłużnych aplikacji.
Ale mam. Tak się przyzwyczaiłam.
Kiedyś były A5, potem A6, a w tym roku mam takie małe chude coś. Tydzień na dwóch stronach.
Wiem, że nie starczy.
Dlatego mam też mały dodatkowy notes. Hm, jakby też za kalendarz robi, za listę spraw do załatwienia. Żebym sobie mogła powykreślać w stosownej chwili to i owo. O, na przykład prześcieradła muszę  kupić...


Pióro na naboje, kawa, komputer - wersja podstawowa na ten rok.
Obok tysiąca innych zeszytów, notesików, karteczek, aktówek, notatek w telefonie, zakładek w książkach i nieskończonych plików w netbooku.
Czy to w ogóle da się kiedykolwiek zorganizować jakoś?
Wątpię.

niedziela, 3 stycznia 2016

poplątane, pogniecione, jeszcze nieskończone

O, tak sobie wymyśliłam: że mi się poplątało wszystko. Jechałam prosto nudne prawe, ale myślami byłam cokolwiek gdzie indziej. I się tak poprzeplatało. Samo.
Albo - wersja dla dociekliwych i żądnych większych dramatów - miał być dżersej. Ale w praniu tak się wygniotło trwale, zostało.




Bo prawda taka, że w każdy warkocz wplotłam całą rozpacz codziennych rozczarowań. Bez przerw. Moje serce już samo nie wie, gdzie się który warkocz zaczyna, gdzie kończy. Będę ogarniała całość wzrokiem na męskim swetrze, o ile będzie noszony.
Może czasem mnie przytuli ... ten sweter, tak sam z siebie najlepiej i niby nieoczekiwanie?

piątek, 1 stycznia 2016

na zakładkę

Nie ma czego wspominać. Nie szkodzi. Wręcz przeciwnie - trzeba poprzedni miesiąc zapomnieć jak najszybciej. Ten ostatni dzień też. Mogłabym wstecz w lata iść do zapomnienia, ale się zatrzymam na tym dniu ostatnim.

Jedyne, co mnie fajnego spotkało to te oto dwie zakładki, które dostałam.
Prawdziwie ręczna robota, inwencja własna, wykonanie perfekcyjnie i z miłością. Najdoskonalszy prezent. Od kogoś, kto mnie dobrze zna. Kto wie, że uwielbiam takie oto zakładki i zawsze w tramwaju tak je niby przypadkiem trzymam na wierzchu, żeby stojący obok współpasażer miał po co zaglądać mi przez ramię. 

No bo - proszę:


Oczywiście mam za wiele przemyśleń, za mnóstwo planów i za wiele jest rezygnacji we mnie, by o tym mówić pozytywnie. Zamilknę chwilowo zatem.
Dzisiaj dzień też minął słonecznie, raczej nieśpiesznie. Niby domowa nuda taka, której mi brakowało bardzo. Jeszcze nie jestem nią nasycona. Jeszcze dwa dni. I zamierzam usilnie nie zamierzać niczego. Może poczytam, a może jednak skończę sweter męski poplątany. Może popiszę sobie tu i tam. Może otworzę szafę i westchnę znacząco. A może nie.
Niech chorzy zdrowieją, niech nastolatki siedzą w komputerze, a obiad dochodzi na kuchni. Niezależnie od braku śniegu czy nadmiaru mrozu, wybieram się tym razem jedynie wgłąb siebie. Bez mapy.

I każdemu niech się spełni w 2016 roku to, co ma się spełnić.