piątek, 30 października 2015

smętarz

Bywam na cmentarzu co tydzień. Mieszkam niedaleko - to pewnie wiele wyjaśnia. 
Zasadniczo nie przepadam za tym miejscem, mam wiele szacunku do niego. Przeszkadzają mi zwykle ludzie - ci żywi.
Początek listopada to dla mnie trudny czas. Moje chodniki osiedlowe będą zaśmiecone przez plastikowe torby po zniczach. Pod kasztanami handlarze rozstawią chryzantemy w doniczkach. Będę miała problem z przejściem, kłopoty z dojazdem do parkingu. Będę się czuła jak w markecie z alejką sezonową.

Wiem, to wszystko trzeba. Bo przecież można i tak. Każdy inaczej maskuje żal, odmiennie wyraża smutek i generalnie po swojemu radzi sobie z samotnością lub chociaż wyrzutami sumienia.
Nie każdy ma potrzebę zadumy.

Poniżej wersja jesiennego cmentarza z połowy października. 
Taki lubię najbardziej. Niby zapomniany.
Cmentarz do przemyśleń i wspominań, do smęceń, do modlitwy.






Róż na patykach


Jesień oplotła mi włosy żółcią rudą, brązem, beżem. Oczy mam z nieba mglistego porankiem, z wieczora pochmurnego od rezygnacji.

Ale na patykach - róż blady, fioletowawy. Emocje poplątań zaplecione na ramionach.


Gładki tył, gładki przód i tylko dwie kieszonki na dziewczyńskie skarby, na słodkie sekreciki kilkulatki.



Powstaje sweter na jesienne otulenia, wdzianko z marzeń, nie z melancholii.


wtorek, 27 października 2015

pytanie do siebie

Na prośbę Erraty  
Pytanie do siebie - dlaczego masz problem z zadaniem sobie pytania?

Odkąd tylko zostałam o to poproszona, myślę nad pytaniem. Trochę mnie to przerasta. Nie chciałam zapytać o nic nudnego, ot, chociażby o ulubiony kolor, zwierzaka czy imiona, jakie nadałam swoim dzieciom. To by było pójście na łatwiznę.
Ale każde inne pytanie, a w zasadzie odpowiedź na nie, stanowi dla mnie wyzwanie. Jednocześnie chciałabym nie za dużo powiedzieć, nie odsłaniać się nadmiernie, ale też nie potrafiłabym uniknąć szczerości. Z nią akurat nie mam co prawda problemów, ale z moją skłonnością do poddawania w wątpliwość wszystkiego - już tak. Wykazuję chronicznie nieznośną tendencję do prowadzenia dyskusji i - co gorsza - do przyznawania racji każdej ze stron. Przesiadam się swobodnie pomiędzy krzesłami polemicznego kręgu, mogąc być obrońcą i oskarżycielem każdego. Jestem w stanie zanegować każdą moją odpowiedź, a jeśli nawet nie zanegować, to wyciągnąć w okno blogowego edytora kilka słabości mojego rozumowania. Z bezwzględną szczerością przyznam się także, że to, co napisałam, nie jest całkowitą prawdą. 
Oczywiście cecha ta jest niezwykle widoczna, gdy prowadzę dyskusję o rzeczach ważniejszych niż kolor noszonego stanika, czy rozmiar buta. Ujawnia się natychmiast, gdy roztrząsam sprawy ważne życia, śmierci, upodobań i sądów. Dość chyba powiedzieć, że moja praca magisterska w jednej trzeciej składała się z przypisów do treści zasadniczej, w których to przypisach zanegowałam tezę główną pracy, obaliłam jej główne dowody i - było nie było - wykazałam ponad wszelką wątpliwość, że raczej na pewno się mylę. A przecież mogłam od razu dać w treści zasadniczej wywód prowadzony w przypisach, ale obawiam się, że nie na wiele by się to zdało.

Hm, mam nadzieję Errato, że przyjmujesz moją odpowiedź. Trochę z przymrużeniem oka, choć jednak na poważnie. Dziękuję za wyróżnienie i miłe słowa na temat mojego bloga, kompletnie niezasłużone.

Szybko wciskam "opublikuj" zanim się nie rozmyślę i nie zastąpię tego posta choćby czymś takim:
- Jaki masz kolor oczu?
- Zasadniczo ... niebieskie, ale granatowieją z wieczora.

piątek, 23 października 2015

pytanie o pytanie

Zaparował mi błękit na powieki, osiadł tuż przy rzęsach. Zewnętrzne kąciki oczu zabarwił, te od zadziwień.
Stanęłam przy murze, niezgrabnie przymierzając pytajniki do potencjalnych ładunków blogowej treści. Obiecałam bowiem ujawnić zapisy erraty do siebie, w jednym wybranym aspekcie.
Najtrudniej zadać pytanie sobie. Bo odpowiedzieć to trochę jak liść stracić. Niby żółcią dojrzały, gotowy, a jednak … który?
Jak zwykle traktuję wszystko za poważnie.
Lecz jak mam oczy zmrużyć wilgocią kredki malowane?


czwartek, 22 października 2015

brzydactwo

Obiecany post o brzydkiej Warszawie z krzywym pałacem. Z jakiegoś powodu nie potrafię wykonać chociażby znośnej fotografii tej budowli. Ile bym zdjęć nie robiła, a trochę tego napstrykałam, mój pałac zawsze przechyla się na którąś stronę. W rzeczywistości, proszę mi wyjątkowo uwierzyć na słowo, pałac stoi całkiem prosto.

Zdjęcia zrobione są z 12 piętra budynku, który stoi na tyłach rotundy. 
Warszawa wyjątkowo paskudnie wygląda z tej perspektywy. A dziś jej nie lubię od rana. Moje oczy nie chciałyby jej oglądać, a pantofle deptać. Serce chciałoby dłońmi bilet kupić daleko. 
Niech mnie nie ma przez kilka dni, przez kilkanaście. Aż mi złość na nią przejdzie, minie, aż wybaczę sobie mój dawny pomysł na życie. 






Polin

Dzisiaj byłam w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.

Taki ponury był dzień i nawet miałam zrobić zdjęcia brzydkiej szarej Warszawy z październikowej mżawce (prawdę mówiąc zrobiłam, ale pokażę jak będę na Warszawę zła).
Ale około 16:00 na Anielewicza nie dało się Warszawy nie kochać, mimo wilgoci, jesieni i zapadającego zmierzchu. Nie miałam aparatu, tylko telefon. Zdjęcia byłyby pewnie lepsze, ale nawet takie oddają powód, dla którego łaziłam pół godziny z parasolem na zewnątrz muzeum.











Zwiedzałam muzeum z bardzo dobrym przewodnikiem. Po tych trzech godzinach wiem już na co zwrócić uwagę za drugim, trzecim, czwartym razem. Znam miejsca, do których muszę wrócić, gdzie koniecznie chcę się zatrzymać, posiedzieć. I wiem, gdzie muszę doczytać, dooglądać.

Poniżej tylko kilka wybranych fotek.






I jeszcze jedna. Dla mnie szczególna, z cytatem. Naprawdę mocne! Oczywiście uderza od razu historyczny kontekst warszawskiego getta.
Ale ... przeczytałam to także jako tekst kultury, tj. w oderwaniu od dat i miejsca, a nawet z pominięciem religii i jakiejkolwiek tradycji.
Dla mnie ten tekst odnosi się do kondycji człowieka w ogóle i to człowieka współczesnego. W każdym razie, jeśli chodzi o mnie, autor oddał całą prawdę o mojej egzystencji.


Cóż, naprawdę zachęcam, by poszukać siebie w tej przestrzeni.


wtorek, 20 października 2015

Liebster award





Dziękuję Doro za przyznanie mi nagrody. Musiałam poszukać, o co w ogóle chodzi z tymi nagrodami, pytaniami itd., bo nigdy nie brałam udziału w takiej zabawie. Tym bardziej jest mi niezwykle przyjemnie, że zostałam nominowana.

Nie lubię się odsłaniać, nie cierpię pytań bezpośrednich. Często się ukrywam, za słowami również. Na tym blogu za słowami ukrywam się szczególnie.

Jednak, mimo że to dla mnie takie trudne, odpowiem na pytania tak szczerze i obszernie, jak tylko dam radę. Więc będzie to zdaje się najdłuższy post, jaki popełnię w tym miejscu.


1.    Piszę blog, bo …

Zaczęłam być w necie dawno temu, jeszcze nie było blogów. Prowadziłam tak zwaną stronę osobistą. Nie znałam żadnego edytora, nie miałam szablonów. Nauczyłam się html’u, kilku skryptów i zapisów stylu w css. Wtedy celem była nauka, a nie treść.
Ale przy okazji okazało się, że mam kilka historii do opowiedzenia. Byłam bardzo szczera, za poważna, odkryłam się za bardzo i jak zraniony zwierzak ukryłam się potem poza netem.
Wracałam co jakiś czas w różnych odsłonach, na krótko, na chwilę, zwykle nie na poważnie.

Tego bloga prowadzę nieregularnie, z przerwami, zwykle gdy tracę panowanie nad sobą. Jest mi potrzebny. Przez pierwsze lata był świadkiem moich problemów i stał się głównym miejscem narzekań. Tutaj bezkarnie mogę być sentymentalna i roztrząsać każdą niepotrzebnie skapniętą łzę. Postanowiłam ukryć się w słowach. Nie zamieszczałam zdjęć. Nie pisałam wprost. Posty dodawałam post faktum, by się zmierzyć z zapisanymi emocjami, gdy w rzeczywistości one już ze mnie opadną. To był blog z sufitu, ogląd z góry. Laboratorium szczepionek na emocjonalne infekcje. Nigdzie poza nim nie pozwalałam sobie na takie eksperymenty, teraz również. Taki był i jest mi potrzebny.

Nieoczekiwanie pojawili się wokół mojego bloga ludzie. Realni. Na szczęście niewielu ludzi. Miało być szczerze to się przyznam, że nigdy nie radziłam sobie z nowymi ludźmi, zwłaszcza w grupie. Ale tutaj zostałam oswojona przez pojedyncze jednostki, choć świadomość, że ktoś czyta to, co piszę, bardzo mnie tutaj onieśmiela. Zaczęłam czytać blogi innych, coraz częściej komentować, chociaż naprawdę robię to sporadycznie i bardzo niekiedy odpowiadam za komentarze. Teraz też. To naprawdę nie jest z mojej strony wyraz braku szacunku.

Z każdym powrotem jestem trochę inna. Zmieniłam nazwę bloga. Nosiłam się z zamiarem wykasowania starych postów, bo się ich wstydziłam. Kilka razy chciałam skasować w ogóle to miejsce. Ale … piszę blog dalej, bo jest mi potrzebny. Jest lustrem, w którym widoczne są moje lęki i desperacka walka, aby je zwalczyć lub … gdzieś ukryć.

 W innych miejscach jestem inna. Może jest kilka mnie?

2. Gdy miałaś naście lat Twoim guru i autorytetem...

Miałam kilka fascynacji, ale chyba nikt nie był moim guru. Autorytetów nadal nie mam, do wszystkiego i wszystkich podchodzę sceptycznie. Najdłużej siedział mi w głowie pewien zmarły dawno temu piosenkarz. Zagraniczny. W życiu realnym i bliskim mnie często zwracałam się do babci. Przyjaźniłam się w moimi wyobrażeniami i - co jest paradoksalne – to był dopiero dobry trop, o czym krótko pod następnym pytaniem.

3.    Jak tamta fascynacja ma się do dziś, gdy masz dziesiąt lat?

Wyleczyłam się z piosenkarza, ale dzięki niemu zaczęłam się uczyć angielskiego. "Przerobiłam" potem wielu literatów i kilku filozofów. Z każdego wzięłam coś dla siebie, ale nie przyjmuję już nic bezkrytycznie. Z każdym rokiem jestem mniej radykalna, co nie znaczy, że liberalna. Moje poglądy się krystalizują, choć potem kryształki się czasem kruszą i pozostaje tylko myślowy piach. Teraźniejszość sypie mi nim w oczy, gdy przywali mnie chwilowy zaduch niesprawdzonych przekonań własnych i innych pokrętnych gdybań osobistych. W życiu realnym jest coraz więcej ludzi, których doceniam. Są dla mnie ważni w różnych dziedzinach, w różnych aspektach, nigdy w całości. Babcia dawno przeniosła się w lepsze miejsce, ale mimo to czasem "gadamy".
Bezkrytycznie wierzę tylko jednej Postaci, za to w trzech Osobach.

4. Z nieba spadło Ci 10 tyś. zł , ale możesz je wydać tylko na siebie. I co zrobisz?

Skoro tak, wpłaciłabym na konto. Obawiam się, że gdyby mi dosłownie spadła z nieba, pewnie bym tego nie zauważyła. Jakoś mało rozgarnięta jestem w kwestii znajdowania okazji, zwykle nie zabiegam o szanse, nie potrafię niczego wychodzić, załatwić i niczego nigdy nie dostałam fuksem. Lubię zapracować na swój chleb, choćby to oznaczało, że mam w pole iść siać.

5. W codzienności nie mogłabym  obyć się bez …

Nie mogłabym się obyć bez tak wielu rzeczy, że trochę mi wstyd. Pracuję nad redukcją listy. Życie też nade mną pracuje i już obywam się bez wielu rzeczy, które kiedyś tak bardzo były ze mną, że aż były mną. Pewne emocje, sprawy definiowały mnie, konstytuowały. Były we mnie dopóki nie odkryłam, że nadmiernie mnie przytłaczają.

Tak bardziej konkretnie to, mimo że jestem samotnikiem i w ciepłej chacie z biblioteczką i kawiarką pewnie dopiero po tygodniu zorientowałabym się, że nikt nie jadł z mojego talerzyka, ani nie spał w moim łóżeczku, trudno by mi było bez ludzi. Jasne, najbardziej tych najbliższych. Ale tych dalszych też. A czasem nawet tych nieznanych, internetowych, potencjalnych, wspomnieniowych, wyobrażonych i pozostałych.

6. A na emeryturze to chciałabym … 

Ta ciepła chata byłaby ok, najlepiej z ogródkiem, mężem w garażu, rodziną w niedzielę, psami na tarasie i (to ewidentnie przez Dorę) być może kotem na bujanym fotelu na poddaszu w moim pokoju z wielkim oknem, własnym biurkiem z szufladami, regałami, netbookiem z dostępem do netu.

Ale mogę to wszystko zamienić na zdrowie. Mam nadzieję, że na emeryturze będę komuś potrzebna. Tym się wtedy zajmę.

7. Jak książka to z gatunku …

Każda książka, najlepiej drukowana, ewentualnie elektroniczna. Do audiobooków nie mogę się przekonać. Czytam sporo, z każdej dziedziny, w zależności od stanu ducha i potrzeby.
Wierzę tylko jednej Księdze.

8. Czasem mi wstyd, ale do łez wzrusza mnie …

 Wzruszają mnie ludzkie historie, najbardziej te z happy endem. Oprócz tego bezinteresowność, dobroć, prawość, pokora i wszystkie te zapomniane cechy, które zwykle uznawane są za zalety, ale jakoś się gubią w naszych życiorysach. Brakuje mi ich, więc mnie wzrusza, gdy ktoś mi je pokazuje w swoim życiu.

9. Są przedmioty, które kojarzą się z dzieciństwem. Dla mnie to …

 Pianino, wstrętny żółty miś, wigry 3 i wiele innych przedmiotów. Żadnego z nich nie ma już w moim realu.

10. „Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma..” Masz takiego bzika na jakimś (albo czyimś) punkcie?

 Książki, czytanie, biblioteki, pisarze, pisanie, no i książki o książkach, czytaniu, bibliotekach, pisarzach, pisaniu... Obsesja.
Nie, no aż tak to nie. 
W rzeczywistości mam kilka hobby, ale czytanie jest główną moją pasją.

11. Każdy ma jakiś talent. Ty masz w darze od natury … 

Pewnie jakiś by się znalazł. Marzę o tym, aby wystarczającym było dla mnie spać trzy godziny. Może wtedy ujawniłoby się więcej talentów.

Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali aż tutaj.
Teraz powinnam napisać swoje pytania i wskazać osoby.

Oto pytania:
1. Czy jest miejsce, w którym znikasz? Jeśli tak - jakie?
2. W jaki sposób dbasz o swoje ciało?
3. Co lub kto i w jaki sposób podnosi Cię na duchu?
4. O czym myślisz, gdy mówisz, że o niczym?
5. Z czego zrezygnowałaś/zrezygnowałeś, co nie daje Ci spokoju?
6. Co jest zwykle pierwszą Twoją myślą po przebudzeniu?
7. A co jest ostatnią?
8. Jakie masz sny?
9. Czy masz alter ego lub chociaż je sobie wyobrażasz?
10. Co naprawdę cennego byłabyś/byłbyś w stanie oddać, gdy Cię ktoś poprosił?
11. Jaką nadprzyrodzoną moc chciałabyś/chciałbyś posiadać?

Nie zadaję zwykle pytań bezpośrednich. Zrobiłam zatem kolejny wyjątek.
Byłabym niezwykle usatysfakcjonowana, gdyby na moje pytania odpowiedz udzieliły następujące osoby:

1. Doro (wiem, że to wbrew regulaminowi nagrody)
2. Hexe
3. Errata
6. Star
9. Bella
11. Ty






wieczorami

Zabiegana jestem, zaczytana, poza czasem. Doganiam autobusy w pantoflach bez obiadu i odpalam dzień na kawę, wyjątkowo z mlekiem i cukrem, pomieszane. Trzymam się okładek, wykładam się na stronach, a potem nocą na kuchennym blacie nieświadomie przygryzam ołówek na kolację.
Nie jest mi źle, całkiem znośnie nawet. Październik jest moim sprzymierzeńcem, bo zachwyca mi oczy. Nawet tutaj, w tym trochę większym mieście.
I robię się niepoprawnie sentymentalna, nieznośnie. W tajemnicy dodaję znowu własne krople wzruszeń i marzeń. Aż naprawdę można się pomylić, czy nie wrócił stary mój towarzysz smutek i tak mnie jesienią tuli.
 
 
 Lubi to tuli.

niedziela, 18 października 2015

utrata bieli

Bardzo cenię sobie konwalie. Niepozorne kwiatki, delikatne dzwoneczki otoczone rozłożystą zielenią liści.
Małe tanie bukieciki na majowych ulicach, pęczki w wiadrach pod kościołami, niesamowity zapach niewinności przy wazoniku w domu – z tym mi się kojarzą konwalie.

A w październiku? Cóż zostało ze słodyczy ogrodowych kwiatów?


Wspomnienie wiosny nabrzmiało czerwienią, jesień zmieniła dzwonki w przedziwne jagody.  


Jak były doskonałe swoją wiosenną bielą, tak zachwycają czerwienią owoców nie do zrywania, nie do kosztowania. Do wspominania.


Czas zabarwił też moje wspomnienia. Aż sama do siebie nie jestem podobna i nie poznaję się, mniej rozumiem. Mi też jak konwaliom wyrosły odważniki doświadczeń. Czerwone od bólu.

czwartek, 15 października 2015

nieprofesjonalny post o konstrukcji szkieletowej

Tak to właśnie jest mieć plan. Powiedzmy, że ścięłam naprawdę dużo drzew, bo marzeń wiele, zamierzenia rozległe. Wiadomo - ambicje. Plan nie był zły, a gdzież tam! Czy to coś negatywnego rozpisać sobie chcenia na godziny weekendu?
Wyznaczyłam, ścięłam, zgromadziłam i czekałam na czas, by budulec zużyć.


Bo jestem zmęczona chaosem i głupimi tłumaczeniami przed sobą, że nie mam czasu. Nawet na myślenie. Nonsens.

Więc miałam i to zrobić trochę, i tamto jakby bardziej. I drzwi, i okna, schody i mostek. O, przykładowo - takie:


Lecz może plan jest taki, bym nie miewała swoich planów?
Można by inaczej wszystko poukładać...

Zatem - dziękuję, że marzenia składowane do realizacji muszę przywrócić do lasu dalszych zamierzeń. I nie powstanie z nich póki co ... atrapa.
Zaufam Kierownikowi Budowy.


niedziela, 11 października 2015

z tramwaju

Szwędałam się trochę dzisiaj po Warszawie. Aparat miałam ... w torebce. Żal mi było dłoni pozbawić rękawiczek i oczu koncentracji. Więc byłam w chwilach nieutrwalonych, które już powoli zapominają się w sobie, zlepiają się z innymi niedzielnymi spacerami, jesieniami, latami.

Te kilka zdjęć poniżej zrobiłam z tramwaju. Absolutnie nie oddają nastroju wczesnego popołudnia, wczesnej miejskiej jesieni, mówią niewiele lub zgoła nic. Paradoksalnie - to one przetrwają. Może tak zwana pamięć dorobi mi później wspomnienia do tych zatrzymanych obrazków.






sobota, 10 października 2015

tylko takie były...

Tydzień temu na grzybach. Co ładniejsze wrzuciłam do koszyczka aparatu. A teraz - proszę!










grafomaństwo na siłę

Wracam jesieniami, bezsensami. W mijającej zieleni i przez brązy, żółcie. Tak mnie ciągnie do zadumań, do marudzenia po klawiaturze. Znowu chciałabym wszystko zmienić, wywrócić, w niektórych wspomnieniach się otrzepać.
Może by tak na poważnie coś? Bo usłyszałam ostatnio, że blogi w większości to grafomaństwo i chęć zaistnienia na siłę. Ale sobie tak dumam nad parującą herbatą, zapatrzona w okno, gdzie balkonowe pelargonie wzruszająco nie pasują do jesieni, że w tym grafomaństwie jest przecież coś ważnego. Choćby dla mnie samej.
Oprócz tego - nie istnieję na siłę. Jestem ... tak zwyczajnie.