środa, 19 maja 2010

zdrówka!


Siedzę w domu. Prawie od rana.
Dzień zaczął się 2:49. Małe stópki i ciągnąca się po podłodze pielucha-przytulanka przyprowadziły Mewę na poranne powitanie. Skoro już bezwględnie trzeba iść do żłobka, rano należy zgromadzić potężny zapas czułości z rodzicami. Ale to nie była 6, jak to zwykle, ale wcześniej. Stópki nie były zimne od marszu po parkiecie, a na twarzy nie zaspanie zmieszane z oczekiwaniem pieszczot, tylko podwyższona temperatura.
Telewizyjna rybka jeszcze spała, a małe stópki nie dały się przykryć naszą kołdrą. Termometr oraz wtulenie w moje ramiona zamknęły jednak szkliste oczka Mewy jeszcze na jakiś czas. Wskazania, chociaż nie tak duże, obudziły mnie jednak ostatecznie.
Więc teraz siedzę w domu i będę do końca tygodnia. Bo przecież za ładnie dzisiaj, aby sprawdziły się czarne scenariusze pani doktor, że na dwoje babka wróżyła, że może minie ta infekcja, ale jednak ta jakby ropna wydzielina w gardle może ujawnić swoją bakteryjną naturę, a wtedy antybiotyk i tydzień w domu.
I tylko soczek malinowy z lipą dał się wypić przez żółtą słomkę. I tylko w wózku udało się zasnąć na południową drzemkę. A ja chcę wyprosić sobie na urodziny więcej zdrowia dla moich dziewczynek.

niedziela, 16 maja 2010

deszcze niespokojne

... nie przeszkodziły w niczym. No może tylko nie było dostojnego wejścia dzieci do kościoła. Zamiast tego posadzono je od razu w ławkach i w zasadzie moim zdaniem tak wypadło lepiej. Msza kosztowała mnie wiele wzruszeń, ale oficjalnie oczywiście jedynym powodem moich zmartwień była troska o to, czy się opaska nie ześlizgnęła z włosów. Nie ześlizgnęła się.
Wielokrotnie dym z kadzidła drażnił mi spojówki czy tam inne części oka odpowiedzialne za uruchamianie generatora łez. Na szczęście w porę udawało mi się anulować uruchomianie tej aplikacji. To takie nierealne, że Tasia jest już taka duża. Czemu tydzień w pracy ciągnie się jak niektóre gatunki podgrzanego sera, a jednocześnie lata mijają z trzaskiem zamykanych folderów zdjęć?

piątek, 14 maja 2010

pAnika

Pojechał złożyć zeznania na komisariacie, bo jako ostatni widział na podwórku auto brata. Umówił się na 19:30, wyjechał po 18:30, a rwetes był taki, że nawet nie zdążyliśmy porozmawiać. Zaaferowana próbą generalną komunii (sic!), zjadałam w pośpiechu jakieś makarony z zaduszonym bezlitośnie mięsnym sosem. I to by było na tyle, jeśli chodzi o małżeńskie kontakty popołudniowe.

Jeśli ktoś nie wie, ile trwa próba generalna to już mówię - dwie godziny. Myślałam, że już wrócił z tego komisariatu i tradycyjnie spędza wieczór przed komputerem formułując w myślach czułe do mnie pytanie w stylu: "co na kolację, kochanie?". Ale dom o 21:10 był pusty. Pod stołem w salonie spał sobie w najlepsze nasz pies, a sierść z niego wychodziła, jak to zwykle na wiosnę.

Do 22:00 nie myślałam za dużo, raczej mechanicznie nadzorowałam odrabiającą lekcje Tasię. Biedactwo. Z różnych powodów biedactwo. Lekko te dzieci nie mają w dzisiejszych czasach i chociaż twierdzę, że i nam lekko nie było, to jednak im jest pod pewnymi względami bardziej nielekko niż nam.
W każdym razie o 22:00 stan śpiących stworzeń w domu wzrósł o jeden, a skład osób obecnych przytomnych nie powiększył się.

Po nocy i po umyśle różne potwory potrafią chodzić, zwłaszcza w kontekstach komisariatów, zeznań i ... wyłączonego telefonu męża. Do 23:10 trzymałam się dzielnie. Ale tekst "abonent jest poza zasięgiem sieci albo ma wyłączony telefon" denerwował mnie z każdą sylabą coraz bardziej.

Mimo późnej pory zadzwoniłam zatem do szwagra i wydawało mi się, że w miarę spokojnie gadamy sobie o tym, że to cokolwiek dziwne, że tyle trwa zadawanie czterech rutynowych pytań, zapisywanie ich, odczytywanie ewentualnie - nie znam procedur. No i ten telefon - dziwne. Przecież szwagrowi nie kazali tracić kontaktu ze światem zza komisariatu... Zapomniałam, że mogę jeszcze na służbowy zadzwonić. Ale o 23:40 telefon sam zadzwonił:

- Ach, kochanie. Wszystko w porządku. O 20:30 już byłem w domu, ale pojechałem do garażu rodziców, bo tacie się coś tam z autem dzieje, a tam - wiesz - zasięgu nie ma. Pewnie zapomniałem Ci powiedzieć...

czwartek, 13 maja 2010

szalona pani tramwajarka

Nikt nie powiedział ani pewnie nie wymaga się w regulaminie, aby być pomocnym. Nie to, że zawsze, ale chociaż wtedy, gdy nie wymaga to zbytniego zaangażowania. Ot po prostu te 30 sekund zaczekać, aż ostatnie 4 osoby wejdą do środka.
Dwa tramwaje prawie jednocześnie wjechały na peron. Pierwszy za mostem skręca, a drugi ma trasę prosto. Pierwszy był niemal pusty, a drugi zatłoczony. Mała grupka wysiadła z tego zatłoczonego i pognała do pustego. To typowy przystanek przesiadkowy. A tu przed nosem - chlap!
Kogoś przycięło i drzwi się niedomknęły. Pani tramwajarka musiała otworzyć drzwi i zamknąć ponownie. Nie mogła otworzyć na 15 sekund, aby te 4 osoby po prostu wsiadły. Nie, bo nie. Otworzyła na 3 sekundy. Przycięła mnie w drzwiach, ale bardziej bolało, jak krzyczała na pozostałą trójkę. Bo tamte drzwi niedomknięte jednak się nie naprawiły i szalona pani tramwajarka musiała osobiście domknąć. Trzy osoby poprosiły, aby jednak pozwoliła im wsiąść. Zapewne nie musiała otworzyć na jeszcze 10 sekund tych drzwi, ale mogła. Tyle że nie chciała.

wtorek, 11 maja 2010

zagubienie

Przeczytały mi się książki, a drugie nie zaczęły. Ustawiłam więc parawan z filharmonicznej Metallicy, przynajmniej do pierwszego ronda. Zwolniło się miejsce, a na siedząco jakoś za mało było mojego zaangażowania w analogie do starej gry strategicznej z deszczem padającym do ich muzyki. I już pod drzwi pracy słuchały mi się Massovo Attackując wyznania Dissolved Girl:

"Shame, such a shame
I think I kind of lost myself again
Day, yesterday
Really should be leaving but I stay"

I chociaż nie do końca to prawda w odniesieniu do mnie, rozumiem tę dziewczynę z piosenki. Przy zastosowaniu wariantowości wybranych zmiennych zdecydowanie mógły to być tekst o mnie. Może dlatego każda sylaba kryształowych w tonie wyznań oplata struny wewnętrznych wzruszeń.
Bo u mnie, tak realnie, no cóż. Mija tydzień przygotowań do Wielkiego Dnia. Prawie wszystko gotowe, obgadane. Wieczorne próby obliczone są chyba na ćwiczenia mojej cierpliwości. Popołudniowe spacery są dosadne od praktycznych rad w stylu "bezcenne". Nie wiedziałam, że potrafię się na nie zdobyć.
I tylko jedno nie daje mi spokoju. Wianek. Nie kupiłam go, wcześniej zdecydowałyśmy się po prostu na troszkę bardziej strojną niż zawsze opaskę. Bo przecież nie ma wymogów, ważne, że suknia biała i rękawiczki, torebka, pelerynka, buty. I co z tego, że trochę inaczej, nowocześniej, doroślej. Ale teraz - sama nie wiem. I nawet nie to, że inni się dziwią. Niech się dziwią. A Tasia sama nie wie, czego chce, bo niby skąd ma wiedzieć.
Ten wianek - no cóż. Fakt faktem tylko przy tej okazji może go założyć. Ale czy to powód, by robić coś tylko dlatego, że tak zawsze było? Symbolicznie przecież chyba nie ma znaczenia. To ślubny welon i kolor sukni podobno coś mówić ma o nieskalaniu. Więc chyba brak wianka niczego Tasi nie pozbawi. Oj.
I lost myself again.