piątek, 30 grudnia 2011

ciasny czerwony kalendarz

Jestem zadrutowana tej jesiennej zimy. Lima dropsa na maksa, bo wyprzedaże takie, że żal było nie kupić. Uczę się swetrów norweskich i wełnianych skarpet, i mam z tego trochę frajdy.
Oprócz tego czas rozliczeń, podsumowań, uzupełniania datami nowego kalendarza. Tym razem będzie czerwony. Może to kwestia koloru właśnie. Patrząc od tej strony - rok 2011 był szary. Więc może teraz będzie troszkę radośniej.
Jeszcze tylko nie wiem, jak na wszystkie chęci wygospodarować sobie więcej czasu. Nie lubię tak w pośpiechu żyć, ale jakoś inaczej się nie daje. Podświadomie wyczuwam, że tym razem kalendarz nie ma tutaj nic do rzeczy. Nawet gdybym zamieniła ten maleńki na większy, czasu mi raczej nie przybędzie. Co najwyżej może trochę ciężaru w torebce.

środa, 12 października 2011

karteczka z wyblakłym cytatem

Robiłam porządki w pracy. Wywaliłam szuflady do góry dnem, utknęłam w historii swoich zmagań ze służbowymi tematami. I nie tak jak zwykle, tym razem postanowiłam wyrzucić wszystko, co nie jest z kategorii "bieżące" lub "niezbędne". To dla mnie nowe doświadczenie, ale chyba dojrzałam do niego, skoro stało się moim celem.
W każdym razie wśród ton zbędnych papierzysk w ręce wpadła mi żółta karteczka z wyblakłym już ołówkowym cytatem. Zatrzymałam się nad nim na dłużej i jak relikwię minionych zdarzeń przekleiłam w obecny prywatny kalendarz. Bo cytat znowu, jak wiele lat wcześniej, wydał mi się adekwatny do wszystkich moich szarych tegorocznych samopoczuć. To z Tolkiena: "To wielkie błogosławieństwo mieć natarczywych i zdeterminowanych przyjaciół, którzy nie pozwalają człowiekowi popaść w trwałe milczenie".
Dedykuję go wszystkim moim znajomym, którzy pytali, nie odpuszczali i których oczy mówiły mi "kłamiesz", gdy zapewniałam, że u mnie wszystko w porządku.

sobota, 8 października 2011

kompoty myśli i jesienny ferment

Nie było czego zamykać w wekach w tym roku. Wyszłyby z tego same kwaśnice, pleśnie i spieniacze. Nie robię zapasów na tę zimę. Potraktuję ją odświeżająco.
Po łagodnym sierpniu i wrześniu, które wróciły mi oddech, czekam na te zapowiadane październikowe deszcze. Niech poświęcą mi jesienne dni i przeznaczą je na codzienne rutyny.
Tyle myślałam kiedyś o tym, że warto coś zrobić ze swoim życiem, przewartościować je trochę, wymyślić pozytywne zmiany. Myślałam i myślałam - na co to komu? Tyle straconej energii.
A tymczasem zmiany nadeszły same, nieprzemyślane, trudne, pozornie złe. Oswajają mnie. Przyzwyczajają do swoich niezaplanowanych zaistnień. Wpisałam je do kalendarza i pielęgnuję.
Rozebrano już uliczne ogródki niektórych warszawskich restauracji. Między kamienicami wieje wiatr, znowu rozsiewa kolejne ulotki. Nadal portier bez uśmiechu odpowiada na moje dzień dobry, ale tym razem każdy mój dzień jest dobry. I w pracy i poza nią.

poniedziałek, 18 lipca 2011

dziękuję

Ktoś mnie dzisiaj wzmocnił. Nie potrafię napisać tego inaczej, mniej wzniośle. Naprawdę, było jakoś inaczej. Znowu byłam o krok i czułam, że to już za chwilę będę musiała się poddać, aż tu nagle siła taka. Jakby ktoś mnie wziął za rękę, a do głowy sączył bezpośrednio w chore struktury myśli balsam spokoju. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj.
Uspokoiłam się bez wychodzenia z zebrania. Nikt się nie zorientował. Nawet brałam udział w dyskusji, dorzuciłam swoje marne trzy grosze do niewiele znaczących służbowych dysput. Nie prosiłam o przerwę ani o otwarcie okien. Oddechem mi był ten spokój, ta obecność. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj.
Byłam jak ja sprzed dwóch lat. Skupiona na zadaniu i nie tak cyniczna jak ostatnio. W moich żartach nie było tego zadziornego na przekór, tego szpilastego komentarza osoby naznaczonej tzw. życiową wiedzą. Zapomniałam, że nie mam przekonania do celowości naszych starań w tym zadaniu. Myślałam - o dziwo - że ważne jest, abym nie zgadzała się na nic pośredniego. Żadne chwilowe rozwiązania, protezy, półprawdy. Spokojnie, ale tak, żeby było dobrze. Nie tak, jak ja uważam. Po prostu - dobrze.
Czułam ciepło na ramieniu jak od ręki kogoś życzliwego. Dało mi to siłę zadawać pytania, powstrzymać jad pesymizmu, którym pewnie oblałabym uczestników zebrania w pośpiechu opuszczając salę, aby ukryć własne przerażenie.
Tymczasem zostałam do końca. Na korytarzu całkowicie zapomniałam o konieczności kontrolowania oddechu. Świat był na swoim miejscu, a ja wciąż czułam się tak, jak pod opieką kogoś ważnego, mądrego, dobrego - w tym podstawowym sensie.
Z tego wszystkiego aż zdecydowałam się w łazience popatrzeć na siebie w lustrze. Ta sama szara twarz, zaniedbane włosy, zmęczona cera i podkrążone oczy, lecz w nich … dawny błękit. Patrzyłam zdziwiona aż lustro uśmiechnęło się do mnie nieśmiało. Niewiarygodne. Nie wiedziałam, że jeszcze to potrafi.

Pomyślałam, że to napiszę na blogu właśnie tak po prostu. W podziękowaniu za to wsparcie. Za tą obecność i spokój.

czwartek, 14 lipca 2011

pada

Niebo wkropliło mi się rankiem pomiędzy odkrytymi w sandałach palcami. Parasol nie zawsze jest skuteczny i właśnie znowu nie był.
Czasem nie uda mi się przed czymś ochronić.
Nie powinnam myśleć o tym za często, bo wtedy sufit wali mi się na łeb bez ostrzegawczych kropel.

wtorek, 12 lipca 2011

Czas w centymetrach

Jeszcze kilka centymetrów i słońce wpełznie na krzywą posadzkę mojego balkonu. Kilka centymetrów dalej i leniwy owczarek ułoży na nim swoje liniejące właśnie futro, przylgnie bokiem do nierówności nawierzchni, przymknie oczy w sennej błogości wygrzewania psiego ciała w promieniach słońca.
Po kilku dalszych centymetrach słoneczny zabór balkonu okaże się zapewne na tyle skuteczny, że koniecznym stanie się jednak zmiana “zewnątrz” na “wewnątrz” i wśród wzdechnięć na niedolę przepędzanego z kąta w kąt domowego zwierzaka, pies zmieni miejsce pobytu na tradycyjny dywan u podnóża sofy.
Dopóki promienie złocą mi parapet i nieśmiało oplatają firanki, zachwyca mnie bliskość podniebnego ciepła. Z każdym cetymetrem jednak dusznieje powietrze nad sofą, palą rozgrzane stopy na poduszce i każdy niedomyty ślad minionych deszczów zniekształca mi światłość otoczką kurzu.
Nie do wytrzymania, gdy słońce przepala szyby, przenika mizerne sznurki firanek i twarz mi czerwieni, oczy zamyka. Trudno nie bronić się na kolejnych trzech metrach.
To naturalne, że dla słońca czas mogę mierzyć w centymetrach. I oczywiste, że roleta w oknie to zaburza. 

Tak mało słońca ostatnio, a ja właśnie zauważyłam, że dawna nie podnosiłam rolet.

sobota, 26 marca 2011

Kiedyś

Znowu senny koszmar trzylatka. Nie wiem jaki, nie został mi opowiedziany. Zatuliłam go, zanim się przypomniał. Umyłam zasikaną pupę, zcałowałam wspomnienia szpitalne. Na pewno po "kujce". Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. "Taka drobna - na pewno nie uda się za pierwszym razem". Jak miałam prosić, aby udało się chociaż za drugim? Były cztery próby. Nie wiem, czy to okrucieństwo, czy naprawdę fizjologia.


To minie. Kiedyś. Czas i tak płynie za szybko. Nie lubię tej szybkości. Jednak teraz chcę, aby było Kiedyś.

czwartek, 24 marca 2011

niebycie

Przez chwilę mnie nie było. Niebycie jest bardzo poręczne. Zakłada dowolność w określaniu działań. Skoro mnie nie ma, nie czytam, nie piszę, nie muszę. Nie wychodzę do świata, a świat niekoniecznie wchodzi do mnie. Jak chory orzeszek wewnątrz twardej skorupy toczyłam swoje bóle kopnięta po asfalcie. Dobrze, że nie było widać. Kto kopał, nie miał wyrzutów, że leżącego dobija.
Dalej sobie nie jestem. Trochę mi się skorupka przetarła. Ani to załatać, ani posklejać. Jakieś światło zaczyna mi tu mieszać w tej mojej ciasnocie. Wymaga dookreśleń. Denerwuje.
Proszę nie pocieszać, nie współczuć, nie życzyć. Udawajmy, że nic się nie stało.

Mimo wszystko niebycie było wygodniejsze.

środa, 2 marca 2011

czytam Cię

Nie mogę się jakoś zmusić, aby dodać coś od siebie do blogowego światka. Codziennie zaskakuje mnie ogrom wpisów, mnogość zdjęć, ogarniają mnie emocje wywołane wizytami na stronach nie moich kart. Zaglądam przez okno monitora do Twojego świata, oczywiście do tej jego części, jaką pokazujesz. Zastanawiam się nad podobieństwami, analizuję różnice. Ciekawe, czy równie dobrze wyszłaby nam realna znajomość.

To mój post numer 100, a 4 marca minie rok od pierwszych słów na tym blogu.
Dziękuję.

środa, 16 lutego 2011

Stany okołofryzjerskie

Na początku jest stan przedfryzjerski, kiedy to wiadomo, że iść trzeba, przydałoby się, wypada. Bo to i cięcie potrzebne, i odmiana jakaś, kolor i uśmiech na twarzy. A może nawet poczytać sobie można niezobowiązująco, przypadkiem, niespecjalnie i nie z ciekawości, ale tak mimochodem (w poczekalni raczej mimosiadem). Stan przedfryzjerski trwa i trwa, aż przeciągnięta do granic cienka nitka gumy czasu pęka nagle, a wtedy wiadomo, że to już czas, by przedfryzjerski stan przemienić. I siebie przy okazji.

I oto tak, jak nie było wcześniej spieszno, tak teraz nagle zaczyna być pewne, że to stać się musi natychmiast najlepiej, od razu dzisiaj, za minut pięć, na tej ulicy, już. No i lipa, nierozkwitła zresztą, zmarznięta nawet. Już i na tej ulicy to można sobie co najwyżej hamburgera kupić albo szybciej nawet bilet w automacie.

W drodze do domu wzrok sam ślizga się po szyldach, z rezygnacją oczywiście. Bo tak pomiędzy dzielnicami codziennych obecności to jakoś nijako do fryzjera iść. Mało to na osiedlu własnym zakładów małych i większych? Żeby to jeszcze z obcych korzystać - nie godzi się! I przedfryzjerski stan, dojrzały jak spadłe jabłko lekko pokryte kurzem chwilowej rezygnacji, niepostrzeżenie oddziałuje na decyzyjne ośrodki podwłosów.

No. Umówiona. Czekać nie będę długo ani iść daleko. Jeden telefon i znam datę przeobrażeń. A wtedy niczym odżywka bez spłukiwania wnikać mi zaczyna w struktury decyzyjne serum wątpiące. I zmianą pachnie, a jednak nagle żal. Bo przecież wcale nie układają się najbeznadziejniej na świecie. Beznadziejnie, ale nie najbeznadziejniej. To różnica przecież. No i w długich włosach jakoś samopoczucie pewniejsze mam. A zmiana za duża - też niedobrze. Chociaż włosy, niewdzięczne!, zachowują się dosłownie tak, jakby chciały sobie iść do kogoś innego... Więc zetnę jednak, dranie.

Fotel fryzjerski, och. Chyba jeden z milszych foteli w instytucjach czasem odwiedzanych, pozadomowych. Choć jednak peszy mnie widok mojej bladej twarzy w ogromnym lustrze, można poczuć się na nim naprawdę komfortowo. U fryzjera jestem jak radosna nastolatka szykująca się na randkę. Wdaję się w pogawędki z panią fryzjerką i daję się porwać muzyce z radia, którego zwykle nie słucham. I podobają mi się rzeczy, których zwykle nie zauważam. Cóż, magiczna przestrzeń zmian dziejących się na moich oczach. Czarodziejka układa mi włosy, a wraz z nimi modelują się myśli. Trochę lakieru? Oczywiście, utrwalić, utrwalić.

Tego dnia w domu jest jeszcze dobrze. Nie poznaję tej kobiety w łazienkowym lustrze. Ma ochotę usta malować, może oczy nawet. Taka inna, włosów więcej, profill inny i chyba warto bluzkę nową kupić, może nawet w kolorze jakimś. Nie wiem jeszcze, jak się czuję w nowej fryzurze. Jeszcze jestem w stanie wydawania mi się, że dzięki temu wszystko teraz może się zmienić. Że w centymetrach obciętych "piór" spadły na fryzjerską posadzkę wszystkie moje babskie smutki.

Pofryzjerski stan nazajutrz rozbrzmiewa gorączkowymi cholerami zza grzebienia i spod szczotki. Wprawy brak, umiejętności, a może te nowe włosy układają się jedynie przy pomocy nieznanych mi zaklęć? Włosy nowe, ale gęba w lustrze zaczyna być ta sama, oczy bure, usta popękane. Nie pasowałaby nowa bluzka, gdybym nawet ją kupiła. I za dużo zmieniać w sobie trzeba, aby usta czerwienią podkreślać.

I to mija. Z każdym milimetrem odrośniętych włosów. Aż następuje rodzaj fryzjerskiego środka. Dawno po i daleko do przed. Każdy mnie poznaje, nawet ta kobieta z domowego lustra. Nikt nie wspomina, że byłam u fryzjera (jakbym nie wiedziała). A włosy posłusznie wysychają wieczorami, przykrywając w opanowany już sposób złoża myślowej normalności.

czwartek, 3 lutego 2011

Zwątpienie

Czasem zapominam dlaczego, nie można prowokować tego stanu. Już samo przyznanie sobie prawa do zwątpienia powoduje, że ono naprawdę się pojawia. To jak wejście na elipsę, pierwszy krok. Trudno zejść z linii, zwłaszcza wtedy, gdy zataczam krąg po tej najbardziej oddalonej od centrum części. Obiecałam sobie spokój. Nieliczenie czasu, doświadczanie go w sposób jak najmniej aktywny. Moje ciało żebrało o takie lenistwo. Nie, chyba złe słowo - to nie lenistwo wcale. To zwalnianie wewnętrznych napięć. Luzowanie napiętych szwów dni roboczych. Masaż nadwyrężonych ścięgien spraw.
Może zdrowieję, bo zaczyna mi się wydawać, że traciłam w tym tygodniu czas. Gdy już poczułam się lepiej, zamiast bawić się miękkością i kolorami włóczek, może warto było nadgonić zaległości w kwestii szafowych uporządkowań? Powinnam lodówkę umyć, zapasy zamrażarkowe uzupełnić, spakować za małe ciuchy dziewczynek. Ze spraw przyjemniejszych miałam zdjęcia archiwizować, obejrzeć szóstą serię "Gotowych...", wymyślić, jakie kwiaty zacząć hodować na parapecie z widokiem na zachód. A ja nic tylko pozwalam dłoniom prowokować myśli do latania.
Nie wolno mi poddawać się zwątpieniu, że to wszystko takie bez sensu. Ten pośpiech, ta praca, wieczna obawa o zdrowie dzieci, strach o wszystko. Terminy i nuda, takie wypalenie zawodowe. Brak czasu na coś innego, świeżego, nieokreślonego.
I zaraz myśl, że nawet nie o to chodzi. Że ta ewentualna zmiana czegoś z obecnego układu też byłaby bez sensu. Że to nie otoczenie trzeba zmienić, nie kolejne elementy tej układanki, bo problem jest widać we mnie.
To co jest - jest bez sensu, a zmiana tego, co jest - też jest bez sensu. Mam nadzieję, że Parmenides nie będzie mi się śnił za karę za tę nieudolną parafrazę na użytek prywatny.
No to sobie trwam. Na kanapie, z herbatą i pilotem, z włóczką i słoikiem nadziewanych czekoladek. Oszczędzam się bardzo, nie powiem, po prostu stosuję się do zaleceń lekarza. Siedzę i myślę. Wieczorami otwieram balkon i przeganiam nagromadzone przy suficie myśli. Mam czas. Jutro od nowa zbuduję teorię zwąpienia i przykładami wykleję cały ten sufit jak kasetonami. Ostatni raz. Bo potem weekend, a później poniedziałek, a w poniedziałek ... no bez sensu.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

brąz

Prywatna terapia kolorem. Pakiet ekskluzywny. Dzisiaj - brąz. Cel - budowanie wiary.

Nie doceniają go. Szary, bury, nijaki. Taki brunatny jak napęczniała od wilgoci ziemia. Matowy jak niezzieleniałe strony kory odwiecznych drzew. Od natury do pordzewiałych metalowych rur, od barw zwierzęcych sierści do głębi piwnych tęczówek. Rozieńczony w złoto, skoncentrowany w heban.
Mój seans zawiera różne poziomy brązu: beż cieplastej wygodnej kamizelki (coś dla ciała), ceglasty kubek doprawionej do smaku mlekiem aromatycznej kawy (coś dla zmysłów), czekoladka z orzechem (coś dla endorfin), szybkoschnący lakier do paznokci w odcieniach nasyconego brązu (coś dla próżności) oraz zdefiniowany na dziś kasztanowy kolor czcionki w edytorze (coś dla oczu).
Wychodzi mi tak: brąz - kolor wiary. Ciepły, spokojny, bazowy, kolor z tła. Błyszczą na nim turkusy i jaśnieją beże. Powszedniość lub elegancja. Natura.
A z tą wiarą - to każda. Od zadeptanych klęczników po skrzyżowane dechy nad ołtarzem. Od rudych kitek po borowiki pod liściami. Od miłości w oczach po czułe głaskanie brązu na moich włosach.
Będzie dobrze. Wierzę w to.

sobota, 29 stycznia 2011

w poszukiwaniu zdrowia

Siedzę w domu - chora jestem. A w zasadzie nie siedzę. Ostatnie 4 dni albo leżałam albo łaziłam na żebry do przychodni, żeby mnie ktoś obejrzał, posłuchał itd. Nie to, że czułam potrzebę. I wcale nie miałam na to czasu ani siły. Poszłam ze strachu. No i dlatego, że nieodżałowany jeszcze abonament w prywatnej służbie zdrowia zadziała dopiero (co za ironia) od lutego. Ciekawe, czy wtedy będzie mi lepiej. Chciałabym, aby i wtedy zadziałała ironia, tj. żebyśmy od lutego wszyscy zawsze byli zdrowi. Będę bulić.
A teraz sobie tydzień jeszcze posiedzę.
Wszyscy już byli chorzy. Schemat jak z zeszłego roku. Wszyscy po kilka razy. Rok temu zachorowałam na koniec zimy i nie przestałam przed sierpniem. Ale pozostali byli zdrowi.
Mam nadzieję, że schemat powtórzy się w tym roku w ten sposób, że po mnie już nikt nie zachoruje aż do jesieni.
A na marginesie - jak tak dalej pójdzie, będę musiała zmienić nazwę bloga. Zamiast patrzeć w sufit, wbijam mętny wzrok w niesufit. Narzekam jak zawodowa maruda z kilkuletnim stażem. Na pewno się wszystkim wydaje, że pasjami rozdrapuję każde moje małe nieszczęście do żywej tkanki przyczyn, emocji i faktów.
Zatem chyba wprowadzę kilka zmian.
Dla zdrowotności.

wtorek, 25 stycznia 2011

bezsilność

Myśli zamykają mnie w świecie zaplanowanym. I każdy krok jest określony. Ma swój cel, wyznaczony termin, ma powód, jest i przyczyna, a wszystko tak poukładane, aby maksymalnie zintesyfikować działania i oszczędzić czas, energię, kasę, czy fatygę chociażby. A tymczasem - moje ja potrafi się otworzyć na Nowe dopiero wtedy, gdy nie mam czasu na przemyślenia.

Nie lubię być zaskakiwana. Nienawidzę niespodzianek, nawet tych miłych. Gorzej. Według mnie takie pojęcie jak "miła niespodzianka" nie istnieje. Z definicji bowiem należy do zaskoczeń, a zaskoczenia zawsze przynależą do ciemnej strony mocy. Barkuje mi na to czasu. Muszę szukać minut, gorączkowo, spiesznie i zawsze kosztem czegoś.

To pycha własna, pozycja numer jeden na liście siedmiu wspaniale potężnych, lubi utwierdzać mnie w przekonaniu, że to ja sama jestem demiurgiem własnego świata. Gdyby tak było rzeczywiście, jestem pewna, że pozostawałabym zamknięta w tym doskonale zorganizowanym grafiku układu skomplikowanych spraw. Bez zaskoczeń, niepunktualności, spraw nieprzewidzianych, nagłych zachceń, opóźnień i zaniechań. Żadna tam siła wyższa czy niespodziewany wypadek. Nic spoza listy, żadnych fuch i dodatków ani też skreśleń i redukcji. Po prostu plan doskonały ... na personalną izolatkę umysłu.

I dopiero bezsilność, to wstrętne uczucie, gdy nie tylko nie wiesz, co zrobić, ale też masz pewność, że cokolwiek zrobisz - i tak okaże się nieadekwatne i niczego nie zmieni, powoduje, że minuta przestaje być kolejnym numerem w kalendarzu. Za to jest jak czuły dotyk Kogoś, kto wie, jak bezmyślne jest moje szamotanie pomiędzy tygodniami plannera. Kogoś, kto pobłażliwie mi na to zezwala, chociaż wie, co ukryte jest w każdej podarowanej minutowej niespodziance. Kogoś, kto dziwi się, że potrafię tego nie dostrzegać.

Bezsilność otwiera okna na zatęchłych od myślowych wędrówek korytarzach. Nie trzeba się z niczym i nigdzie spieszyć. Wystarczy być, a minuty znajdują cię same.

piątek, 7 stycznia 2011

ślisko

Jakże łatwo się poślizgnąć! Spiesząc do zadań pilnych i ważnych po prostu stąpnąć nierozważnie podniesionym na słupku butkiem. Jeden ślizg, zamachanie brakiem skrzydeł, zignorowanie potencjalnie wyciągniętej pomocnej dłoni i można naprawdę dotkliwie zredukować dystans do najbliższej nam planety, namacalnej przeważnie gumowymi podeszwami.
I jak tylko tyłek z tego boli to naprawdę uznać należy zdarzenie za prawie nie byłe, chociaż ... gdzie tyłek tam i duma. A ona źle znosi wywrotki.

Moja ziemia spraw osobistych też przechodzi śliską zimę właśnie. Woda na grubym lodzie. Lezę po tym niezgrabnie, a wilgotna teraźniejszość maluje mi solną breją wymyślne wzorki na butach. Na pociechę pewnie. Albo z tak zwanej potrzeby piękna może.
 
Koncentruję się na tym, by nie wmieszać w tym kontekście tyłka w ziemskie sprawy. Aby kurtka nie była utytłana światem, a i poczucie panowania nad równowagą zachowane.
Idę powoli. I chociaż rzadko oglądam się za siebie, z każdym krokiem wdzięczna jestem, że nie wywaliłam się gdzieś na początku.

wtorek, 4 stycznia 2011

ja - kobieta

Zostały cztery dni, aby przebrać się za kobietę. Mam ten problem przy okazji nielicznych rodzinnych zjazdów, no i corocznego styczniowego balu karnawałowego.

Nic nie pomaga, że sobie obiecam uwrażliwić się na delikatność, na piękno dyndających wisiorków, na obcisłe bluzki i dobrze skrojone sukienki, pantofle. Co jakiś czas lądują w koszu ujędrniające i wygładzające skórę zestawy do różnych części mojego ciała, maseczki, mleczka, palety cieni i zaschnięte tusze do rzęs. Wszystko - na co nie znalazłam czasu więcej niż kilka razy podczas ich terminu użycia. Widać - kupić to za mało. Nie używa się samo. W każdym razie - starałam się. Dobra, trochę za mało, fakt.
Szkoda. Tak bym chciała mieć to we krwi i na pytanie o to, kim jestem, zaczynać odpowiedź od słów: "jestem kobietą ...". Chciałabym bawić się fasonami w różnych kolorach, dodatkami, torebkami, apaszkami. Chciałabym drżeć przy wystawach biżuterii i mieć przyspieszone tętno podczas relacji z pokazów mody. Chciałabym umieć codziennie czarować łazienkę w domowe spa i z uśmiechem znosić pachnące tortury mazideł, kadzidełek i innych takich.
I gdyby tak chociaż raz - szczerze, z głębi serca i z pełnym wewnętrznym przekonaniem westchnąć mimowolnie przy szafie, że nie mam co na siebie włożyć... Ale ja zawsze mam - lekko za duże spodnie, bawełniana koszulka w kolorze burym, za duży sweter, płaskie podeszwy wygodnych butów. Z biżuterii - zegarek. Mam kilka takich zestawów.
Z wyjątkiem zegarka, ale on naprawdę pasuje do wszystkiego.