czwartek, 3 lutego 2011

Zwątpienie

Czasem zapominam dlaczego, nie można prowokować tego stanu. Już samo przyznanie sobie prawa do zwątpienia powoduje, że ono naprawdę się pojawia. To jak wejście na elipsę, pierwszy krok. Trudno zejść z linii, zwłaszcza wtedy, gdy zataczam krąg po tej najbardziej oddalonej od centrum części. Obiecałam sobie spokój. Nieliczenie czasu, doświadczanie go w sposób jak najmniej aktywny. Moje ciało żebrało o takie lenistwo. Nie, chyba złe słowo - to nie lenistwo wcale. To zwalnianie wewnętrznych napięć. Luzowanie napiętych szwów dni roboczych. Masaż nadwyrężonych ścięgien spraw.
Może zdrowieję, bo zaczyna mi się wydawać, że traciłam w tym tygodniu czas. Gdy już poczułam się lepiej, zamiast bawić się miękkością i kolorami włóczek, może warto było nadgonić zaległości w kwestii szafowych uporządkowań? Powinnam lodówkę umyć, zapasy zamrażarkowe uzupełnić, spakować za małe ciuchy dziewczynek. Ze spraw przyjemniejszych miałam zdjęcia archiwizować, obejrzeć szóstą serię "Gotowych...", wymyślić, jakie kwiaty zacząć hodować na parapecie z widokiem na zachód. A ja nic tylko pozwalam dłoniom prowokować myśli do latania.
Nie wolno mi poddawać się zwątpieniu, że to wszystko takie bez sensu. Ten pośpiech, ta praca, wieczna obawa o zdrowie dzieci, strach o wszystko. Terminy i nuda, takie wypalenie zawodowe. Brak czasu na coś innego, świeżego, nieokreślonego.
I zaraz myśl, że nawet nie o to chodzi. Że ta ewentualna zmiana czegoś z obecnego układu też byłaby bez sensu. Że to nie otoczenie trzeba zmienić, nie kolejne elementy tej układanki, bo problem jest widać we mnie.
To co jest - jest bez sensu, a zmiana tego, co jest - też jest bez sensu. Mam nadzieję, że Parmenides nie będzie mi się śnił za karę za tę nieudolną parafrazę na użytek prywatny.
No to sobie trwam. Na kanapie, z herbatą i pilotem, z włóczką i słoikiem nadziewanych czekoladek. Oszczędzam się bardzo, nie powiem, po prostu stosuję się do zaleceń lekarza. Siedzę i myślę. Wieczorami otwieram balkon i przeganiam nagromadzone przy suficie myśli. Mam czas. Jutro od nowa zbuduję teorię zwąpienia i przykładami wykleję cały ten sufit jak kasetonami. Ostatni raz. Bo potem weekend, a później poniedziałek, a w poniedziałek ... no bez sensu.

3 komentarze:

  1. Ja czasem myśli rozganiam jak muchy w lecie, które zawsze krążą pod żyrandolem. Skąd one wiedzą, że tam jest żyrandol. Wybierają to miejsce zawsze bezbłednie.
    Czasem uda mi się przegonić je skutecznie. Czasem jednak się nie udaje. Jak to z muchami i myślami. Są i zawsze będą.
    Trzeba iść do przodu.........w przyszłości zawsze będzie jakiś żyrandol i jakieś myśli i jakieś muchy.... i my.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja moje mysli segreguje, wybieram te ktorym chce poswiecic czas to sie nimi delektuje, a te upiorne co wracaja jak bumerang to grzecznie odsylam w niebyt:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Od dłuższego czasu stosuję podobną tresurę myśli, co Stardust :) I okazuje się to możliwe!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!