środa, 16 lutego 2011

Stany okołofryzjerskie

Na początku jest stan przedfryzjerski, kiedy to wiadomo, że iść trzeba, przydałoby się, wypada. Bo to i cięcie potrzebne, i odmiana jakaś, kolor i uśmiech na twarzy. A może nawet poczytać sobie można niezobowiązująco, przypadkiem, niespecjalnie i nie z ciekawości, ale tak mimochodem (w poczekalni raczej mimosiadem). Stan przedfryzjerski trwa i trwa, aż przeciągnięta do granic cienka nitka gumy czasu pęka nagle, a wtedy wiadomo, że to już czas, by przedfryzjerski stan przemienić. I siebie przy okazji.

I oto tak, jak nie było wcześniej spieszno, tak teraz nagle zaczyna być pewne, że to stać się musi natychmiast najlepiej, od razu dzisiaj, za minut pięć, na tej ulicy, już. No i lipa, nierozkwitła zresztą, zmarznięta nawet. Już i na tej ulicy to można sobie co najwyżej hamburgera kupić albo szybciej nawet bilet w automacie.

W drodze do domu wzrok sam ślizga się po szyldach, z rezygnacją oczywiście. Bo tak pomiędzy dzielnicami codziennych obecności to jakoś nijako do fryzjera iść. Mało to na osiedlu własnym zakładów małych i większych? Żeby to jeszcze z obcych korzystać - nie godzi się! I przedfryzjerski stan, dojrzały jak spadłe jabłko lekko pokryte kurzem chwilowej rezygnacji, niepostrzeżenie oddziałuje na decyzyjne ośrodki podwłosów.

No. Umówiona. Czekać nie będę długo ani iść daleko. Jeden telefon i znam datę przeobrażeń. A wtedy niczym odżywka bez spłukiwania wnikać mi zaczyna w struktury decyzyjne serum wątpiące. I zmianą pachnie, a jednak nagle żal. Bo przecież wcale nie układają się najbeznadziejniej na świecie. Beznadziejnie, ale nie najbeznadziejniej. To różnica przecież. No i w długich włosach jakoś samopoczucie pewniejsze mam. A zmiana za duża - też niedobrze. Chociaż włosy, niewdzięczne!, zachowują się dosłownie tak, jakby chciały sobie iść do kogoś innego... Więc zetnę jednak, dranie.

Fotel fryzjerski, och. Chyba jeden z milszych foteli w instytucjach czasem odwiedzanych, pozadomowych. Choć jednak peszy mnie widok mojej bladej twarzy w ogromnym lustrze, można poczuć się na nim naprawdę komfortowo. U fryzjera jestem jak radosna nastolatka szykująca się na randkę. Wdaję się w pogawędki z panią fryzjerką i daję się porwać muzyce z radia, którego zwykle nie słucham. I podobają mi się rzeczy, których zwykle nie zauważam. Cóż, magiczna przestrzeń zmian dziejących się na moich oczach. Czarodziejka układa mi włosy, a wraz z nimi modelują się myśli. Trochę lakieru? Oczywiście, utrwalić, utrwalić.

Tego dnia w domu jest jeszcze dobrze. Nie poznaję tej kobiety w łazienkowym lustrze. Ma ochotę usta malować, może oczy nawet. Taka inna, włosów więcej, profill inny i chyba warto bluzkę nową kupić, może nawet w kolorze jakimś. Nie wiem jeszcze, jak się czuję w nowej fryzurze. Jeszcze jestem w stanie wydawania mi się, że dzięki temu wszystko teraz może się zmienić. Że w centymetrach obciętych "piór" spadły na fryzjerską posadzkę wszystkie moje babskie smutki.

Pofryzjerski stan nazajutrz rozbrzmiewa gorączkowymi cholerami zza grzebienia i spod szczotki. Wprawy brak, umiejętności, a może te nowe włosy układają się jedynie przy pomocy nieznanych mi zaklęć? Włosy nowe, ale gęba w lustrze zaczyna być ta sama, oczy bure, usta popękane. Nie pasowałaby nowa bluzka, gdybym nawet ją kupiła. I za dużo zmieniać w sobie trzeba, aby usta czerwienią podkreślać.

I to mija. Z każdym milimetrem odrośniętych włosów. Aż następuje rodzaj fryzjerskiego środka. Dawno po i daleko do przed. Każdy mnie poznaje, nawet ta kobieta z domowego lustra. Nikt nie wspomina, że byłam u fryzjera (jakbym nie wiedziała). A włosy posłusznie wysychają wieczorami, przykrywając w opanowany już sposób złoża myślowej normalności.

4 komentarze:

  1. Swieta prawda, sama mam teraz rozterke, bo wiem ze powinnam, bo to co rosnie, rosnie zupelnie na dziko i wymaga fachowej reki. Z drugiej strony, co ja zrobie jak ta reka obetnie za duzo i na lato zostane z piorami, ktorych nawet nie da sie do gory podniesc? No i tak czekam na zbawienie:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Odkrywcze. Kurka wodna! I jakie prawdziwe!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ania to jest świetny artykuł do jakiejś poczytnej gazety i na dodatek nie jakiejś tam bylejakiej!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!