środa, 12 października 2011

karteczka z wyblakłym cytatem

Robiłam porządki w pracy. Wywaliłam szuflady do góry dnem, utknęłam w historii swoich zmagań ze służbowymi tematami. I nie tak jak zwykle, tym razem postanowiłam wyrzucić wszystko, co nie jest z kategorii "bieżące" lub "niezbędne". To dla mnie nowe doświadczenie, ale chyba dojrzałam do niego, skoro stało się moim celem.
W każdym razie wśród ton zbędnych papierzysk w ręce wpadła mi żółta karteczka z wyblakłym już ołówkowym cytatem. Zatrzymałam się nad nim na dłużej i jak relikwię minionych zdarzeń przekleiłam w obecny prywatny kalendarz. Bo cytat znowu, jak wiele lat wcześniej, wydał mi się adekwatny do wszystkich moich szarych tegorocznych samopoczuć. To z Tolkiena: "To wielkie błogosławieństwo mieć natarczywych i zdeterminowanych przyjaciół, którzy nie pozwalają człowiekowi popaść w trwałe milczenie".
Dedykuję go wszystkim moim znajomym, którzy pytali, nie odpuszczali i których oczy mówiły mi "kłamiesz", gdy zapewniałam, że u mnie wszystko w porządku.

sobota, 8 października 2011

kompoty myśli i jesienny ferment

Nie było czego zamykać w wekach w tym roku. Wyszłyby z tego same kwaśnice, pleśnie i spieniacze. Nie robię zapasów na tę zimę. Potraktuję ją odświeżająco.
Po łagodnym sierpniu i wrześniu, które wróciły mi oddech, czekam na te zapowiadane październikowe deszcze. Niech poświęcą mi jesienne dni i przeznaczą je na codzienne rutyny.
Tyle myślałam kiedyś o tym, że warto coś zrobić ze swoim życiem, przewartościować je trochę, wymyślić pozytywne zmiany. Myślałam i myślałam - na co to komu? Tyle straconej energii.
A tymczasem zmiany nadeszły same, nieprzemyślane, trudne, pozornie złe. Oswajają mnie. Przyzwyczajają do swoich niezaplanowanych zaistnień. Wpisałam je do kalendarza i pielęgnuję.
Rozebrano już uliczne ogródki niektórych warszawskich restauracji. Między kamienicami wieje wiatr, znowu rozsiewa kolejne ulotki. Nadal portier bez uśmiechu odpowiada na moje dzień dobry, ale tym razem każdy mój dzień jest dobry. I w pracy i poza nią.