wtorek, 29 grudnia 2015

świątecznie

Jakoś nie mogłam się powstrzymać. Żal mi. Pierwszy stroik, jaki pojawił się w domu, w dodatku pierwszy zrobiony własnoręcznie przez młodszą córkę i tak po prostu pozwolić mu zwiędnąć?
Chociaż kilka zdjęć:






A już niedługo czas jakiś podsumowań. O ile się pokuszę o jakieś podsumowania. Bo chyba raczej być może zapewne nie bardzo ;)


poniedziałek, 28 grudnia 2015

grudzień w lesie


Mało zimowo, mało świątecznie. Ale pięknie, spokojnie, niedzielnie. Spacer rodzinny po lesie jakiś tydzień przed świętami. Mógł je zastąpić.
Pod pozorem robienia zdjęć mogłam podpatrzyć, jak można próbować w przyrodzie przetrwać. Mnie tego nie uczono, na żadnym etapie.


Korony pochylone, niemal złożone do ziemi. Lecz niezłamane. Jestem pewna, że na nich wiosną najszybciej pojawi się nadzieja.


Wystarczy odrobina słońca, by wszystko wyglądało o wiele lepiej. Wszystko.


Chociaż nawet badyle niepozałatwianych spraw mogą wyglądać malowniczo...




Moja ulubiona alejka brzozowa. W "moim" lesie jest ich zresztą kilka.
Daję słowo, zawsze mi lepiej, lżej i radośniej, gdy sobie po niej drepczę.


niedziela, 27 grudnia 2015

Aniołów potrzeba

Nie mam świątecznego nastroju ani nie wypoczywam tak, jak sobie obmyśliłam. Oj tam śnieg, jego mi akurat wcale nie brakuje.
Generalnie, nie było w ogóle u mnie atmosfery jakiejkolwiek, nie tylko bożonarodzeniowej.
Zamiast tego chorujemy nie wiadomo na co, gorączkujemy. Takie atrakcje.

Znowu się muszę pozbierać, choć jeszcze zdaje się nie koniec. Ale muszę być silna, bo co dziecku choremu po załamanej matce? I jeszcze tak się poskarżę, że jestem w tym sama. Uwikłana w zamartwianie się. Padnięta nad ranem byle gdzie.
A, no i taka melodramatyczna, że aż mi wstyd się przyznać.


Aniołów potrzeba mi.

wtorek, 22 grudnia 2015

Pomieszanie

Zaraz wracam. Za chwilę. Jestem stęskniona nieśpieszności, opieszałości, snu za długiego, porannych rozmemłań. Zima pasowałaby do tych marzeń, ale zimy nie ma.

Jakoś ze wszystkim tym razem jest inaczej.

Od jutra - urlop. Do 3 stycznia. Sama sobie zazdroszczę ☺

Staram się nie planować minut odpoczynku, bo szczegółowo planuję na co dzień. I kalendarz na 2016 rok też kupię dopiero w styczniu! 

czwartek, 26 listopada 2015

na początek

Jeszcze tkwię w jesieni, a tu już zima nadciąga coraz śmielej. Nie straciłam barw, wiele z nich jeszcze pozostało mi do zrzucenia. I każdy upadek przydałoby się przemyśleć.
A tu już szron hibernuje mi uczucia, alienuje wewnątrz, rysuje kontur. Odczula wspomnienia.
Choćbym chciała się rozmyć w burości – nie daje się.
Ginę w masie spraw do przemyśleń, do zrobień, do odłożeń. Nieposkładana, rozdygotana na porannym przystanku pod murem nadal ceglanym, pod badylami cmentarnych drzew i w cieniu zaciągniętego szczelnie chmurami nieba, hoduje mi się po kieszeniach i w szalik wkręca - żal. Ten do siebie.
 

Lecz już się dalej nie dam odkładać przez rozmemłane ja. Bo cóż z tego, że minął czas? Zawsze mija, odkąd pamiętam. Jest jak wprawiony biegacz, spokojny, miarowy. Tak ma. Kondycja, że hej! Wciąż do przodu i do przodu, więc nawet nie staram się z nim trenować. Nie dałabym rady z moją skłonnością do nagłych zatrzymań, do blokad nieuzasadnionych, do przyrodniczych zastygań i ludzkich zapatrzeń.
I choć nie dobiegam nigdzie na czas, idę przecież, nieszczęśliwa od spóźnień, od niedomknień i wiecznych pospieszań. Idę i marzę, że kiedyś jak mnie znowu szron osrebrzy to bez żalu poczekam do wiosny nawet, aż mi się zmiana barw przemyśli i zagoją siniaki od oderwań. Choćbym miała zgnić poza czasem w tych klejnotach doświadczeń, poczekam.
Oczekiwanie - takie piękne słowo na koniec roku. Na początek.


czwartek, 12 listopada 2015

jak jesienne ogrodowe kwiaty


Siedzę na kanapie. Nie jest perfekcyjnie. Trudno mi się skupić. 
Przygasiłabym górne światło i zostawiła tylko tę małą zapaloną świeczkę na małym stoliku.
Wyłączyłam radio, bo i tak jest wokoło mnie za głośno. Słuchałam akurat muzyki filmowej, ale niestety, nie da się.

Ostatnio, nawet żeby czytać, muszę mieć jednak spokój. Najlepiej ciszę. Głowę zajętą tylko książką, a nie gotującą się zupą do doprawienia czy kończącym się właśnie programem pralki. Przede wszystkim - nie potrafię już ignorować dźwięków rozmowy, która się toczy tuż obok. Nie jestem sama.

Jestem bezsilna w tej głupiej niemocy.


Nikt nie chce być sam na zawsze. Ale czasem tak tylko przez chwilę. Ot, w spokoju policzyć krople na płatkach, czy płatki chociaż. I żeby nikt nie pocieszał historiami własnych deszczy, nie ocierał kwiatowej korony swoimi płatkami.


Tyle że tak nas posadzono - gromadnie. Nie da się ocalić indywidualnych cierpień złączonych wspólnym dramatem. Choć jednocześnie niby tak raźniej, zrozumialej. Można przeżycia zwalić na los przeznaczony gatunkom czy klimatom. A z góry jakby lepiej wygląda niewdzięczna mnogość. Tracą się krople wzruszeń nawet przed wyparowaniem.


wtorek, 10 listopada 2015

w otarciu o banał

Miał to być post o wysokim poziomie listopadowej smętliwości. Nie czuję się najlepiej, gdy tak silnie wieje wiatr, gdy dopadają mnie wyimaginowane potwory za- i przedwyobraźni. Pod kocem mi zimno, przy świecy za ciemno, a żadna książka nie koi, włóczka się plącze. Wszyscy marudzą najbardziej, ale ... nikt jak ja.

Dobrze to sobie przemyślałam. To takie usprawiedliwione i bardzo w moim stylu z sufitu - narzekać ponad miarę. Z litością na siebie patrzeć jak na ofiarę, z oczami suchymi po niedawnym otarciu. Naprawdę! Nawet mam zanotowane na karteluszku pośpiesznym z pracy, w notatniku sekretnym pochowane, poskładane, że cała jestem bólem, tym niepotrzebnym oczywiście, niezawinionym. I jeszcze, że najbardziej mnie bolą szkielety słów co padły i co się pomyślały na serio. I że sobie ponaciągałam włókna uczuć, a na koniec samotnie rozsypałam się wśród łazienkowych chusteczek. Może bym nawet dalej pociągnęła w tym stylu, bla bla bla.

Ale...

Jesień taka piękna była. Kilka dni temu podróżowałam trochę. Może faktycznie ta moja szosa życia trochę jakby szara, ale przecież dookoła ogrom barw. Nie wszystkie moje ulubione, ale czy to jest ważne? Jadę. Nadal jadę!






Taką sobie wymyśliłam na szybko rehabilitację - zdjęcia. Siedzę, oglądam, herbatkę popijam z nocnika (pieszczotliwe określenie mojego półlitrowego kubala na zamoczone fusy) i niech tam sobie wieje po szarościach, po nocach, po strachach. No nie jest najlepiej, nie jest. Ale żeby z tego powodu zaraz tak się rozdygotywać? Bez sensu.
Jak mi się serce uspokoi, a dom zaśnie, może coś jednak poczytam.


poniedziałek, 2 listopada 2015

zmiana


Dziwnie się czuję. 
Nigdy tyle nie pisałam. Zawsze chciałam, ale jak już znajdowałam kawałek biurka czy ołówek, biały potencjał kartki bezwzględnie obnażał moje niedostatki. Więc już nawet nie zaczynałam, aby nawet przed sobą się nie ośmieszać.
A teraz piszę codziennie. Hm, kilka razy dziennie.
I nawet przez to dostaje się jakaś treść tutaj, do "spod oka". Chociaż jakoś coraz mniej przyjmuję tę właśnie optykę.



Może po prostu się odnajduję dla siebie, jak ten zagubiony orzech wśród kamieni? Może byłam zamknięta w łupinkach na świat, wewnątrz z jakimś zapisanym planem, mimo że niezrealizowanym.
No i pewnie pękłam, zniknęłam ze środka, wyrosłam. Moja samowystarczalność nie okazała się jednak wystarczająca. I pojawiła się potrzeba gadania, pisania, fotografowania.


 

Może teraz czas dojść do siebie wśród innych podobnych, w miękkiej otulinie pozornej jednakowości? Zobaczyć, że każdy taki w sobie zamknięty, asekuracyjny, w twardym pancerzu od świata? Każdy po upadku z wysoka i po utracie zielonej łupiny nadziei, że nie będzie przecież tak źle, inaczej zaledwie.

Lecz - jak te orzechy - trudno się dopasować do siebie. Chociaż - to między nimi jest się u siebie...

piątek, 30 października 2015

smętarz

Bywam na cmentarzu co tydzień. Mieszkam niedaleko - to pewnie wiele wyjaśnia. 
Zasadniczo nie przepadam za tym miejscem, mam wiele szacunku do niego. Przeszkadzają mi zwykle ludzie - ci żywi.
Początek listopada to dla mnie trudny czas. Moje chodniki osiedlowe będą zaśmiecone przez plastikowe torby po zniczach. Pod kasztanami handlarze rozstawią chryzantemy w doniczkach. Będę miała problem z przejściem, kłopoty z dojazdem do parkingu. Będę się czuła jak w markecie z alejką sezonową.

Wiem, to wszystko trzeba. Bo przecież można i tak. Każdy inaczej maskuje żal, odmiennie wyraża smutek i generalnie po swojemu radzi sobie z samotnością lub chociaż wyrzutami sumienia.
Nie każdy ma potrzebę zadumy.

Poniżej wersja jesiennego cmentarza z połowy października. 
Taki lubię najbardziej. Niby zapomniany.
Cmentarz do przemyśleń i wspominań, do smęceń, do modlitwy.






Róż na patykach


Jesień oplotła mi włosy żółcią rudą, brązem, beżem. Oczy mam z nieba mglistego porankiem, z wieczora pochmurnego od rezygnacji.

Ale na patykach - róż blady, fioletowawy. Emocje poplątań zaplecione na ramionach.


Gładki tył, gładki przód i tylko dwie kieszonki na dziewczyńskie skarby, na słodkie sekreciki kilkulatki.



Powstaje sweter na jesienne otulenia, wdzianko z marzeń, nie z melancholii.


wtorek, 27 października 2015

pytanie do siebie

Na prośbę Erraty  
Pytanie do siebie - dlaczego masz problem z zadaniem sobie pytania?

Odkąd tylko zostałam o to poproszona, myślę nad pytaniem. Trochę mnie to przerasta. Nie chciałam zapytać o nic nudnego, ot, chociażby o ulubiony kolor, zwierzaka czy imiona, jakie nadałam swoim dzieciom. To by było pójście na łatwiznę.
Ale każde inne pytanie, a w zasadzie odpowiedź na nie, stanowi dla mnie wyzwanie. Jednocześnie chciałabym nie za dużo powiedzieć, nie odsłaniać się nadmiernie, ale też nie potrafiłabym uniknąć szczerości. Z nią akurat nie mam co prawda problemów, ale z moją skłonnością do poddawania w wątpliwość wszystkiego - już tak. Wykazuję chronicznie nieznośną tendencję do prowadzenia dyskusji i - co gorsza - do przyznawania racji każdej ze stron. Przesiadam się swobodnie pomiędzy krzesłami polemicznego kręgu, mogąc być obrońcą i oskarżycielem każdego. Jestem w stanie zanegować każdą moją odpowiedź, a jeśli nawet nie zanegować, to wyciągnąć w okno blogowego edytora kilka słabości mojego rozumowania. Z bezwzględną szczerością przyznam się także, że to, co napisałam, nie jest całkowitą prawdą. 
Oczywiście cecha ta jest niezwykle widoczna, gdy prowadzę dyskusję o rzeczach ważniejszych niż kolor noszonego stanika, czy rozmiar buta. Ujawnia się natychmiast, gdy roztrząsam sprawy ważne życia, śmierci, upodobań i sądów. Dość chyba powiedzieć, że moja praca magisterska w jednej trzeciej składała się z przypisów do treści zasadniczej, w których to przypisach zanegowałam tezę główną pracy, obaliłam jej główne dowody i - było nie było - wykazałam ponad wszelką wątpliwość, że raczej na pewno się mylę. A przecież mogłam od razu dać w treści zasadniczej wywód prowadzony w przypisach, ale obawiam się, że nie na wiele by się to zdało.

Hm, mam nadzieję Errato, że przyjmujesz moją odpowiedź. Trochę z przymrużeniem oka, choć jednak na poważnie. Dziękuję za wyróżnienie i miłe słowa na temat mojego bloga, kompletnie niezasłużone.

Szybko wciskam "opublikuj" zanim się nie rozmyślę i nie zastąpię tego posta choćby czymś takim:
- Jaki masz kolor oczu?
- Zasadniczo ... niebieskie, ale granatowieją z wieczora.

piątek, 23 października 2015

pytanie o pytanie

Zaparował mi błękit na powieki, osiadł tuż przy rzęsach. Zewnętrzne kąciki oczu zabarwił, te od zadziwień.
Stanęłam przy murze, niezgrabnie przymierzając pytajniki do potencjalnych ładunków blogowej treści. Obiecałam bowiem ujawnić zapisy erraty do siebie, w jednym wybranym aspekcie.
Najtrudniej zadać pytanie sobie. Bo odpowiedzieć to trochę jak liść stracić. Niby żółcią dojrzały, gotowy, a jednak … który?
Jak zwykle traktuję wszystko za poważnie.
Lecz jak mam oczy zmrużyć wilgocią kredki malowane?


czwartek, 22 października 2015

brzydactwo

Obiecany post o brzydkiej Warszawie z krzywym pałacem. Z jakiegoś powodu nie potrafię wykonać chociażby znośnej fotografii tej budowli. Ile bym zdjęć nie robiła, a trochę tego napstrykałam, mój pałac zawsze przechyla się na którąś stronę. W rzeczywistości, proszę mi wyjątkowo uwierzyć na słowo, pałac stoi całkiem prosto.

Zdjęcia zrobione są z 12 piętra budynku, który stoi na tyłach rotundy. 
Warszawa wyjątkowo paskudnie wygląda z tej perspektywy. A dziś jej nie lubię od rana. Moje oczy nie chciałyby jej oglądać, a pantofle deptać. Serce chciałoby dłońmi bilet kupić daleko. 
Niech mnie nie ma przez kilka dni, przez kilkanaście. Aż mi złość na nią przejdzie, minie, aż wybaczę sobie mój dawny pomysł na życie. 






Polin

Dzisiaj byłam w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.

Taki ponury był dzień i nawet miałam zrobić zdjęcia brzydkiej szarej Warszawy z październikowej mżawce (prawdę mówiąc zrobiłam, ale pokażę jak będę na Warszawę zła).
Ale około 16:00 na Anielewicza nie dało się Warszawy nie kochać, mimo wilgoci, jesieni i zapadającego zmierzchu. Nie miałam aparatu, tylko telefon. Zdjęcia byłyby pewnie lepsze, ale nawet takie oddają powód, dla którego łaziłam pół godziny z parasolem na zewnątrz muzeum.











Zwiedzałam muzeum z bardzo dobrym przewodnikiem. Po tych trzech godzinach wiem już na co zwrócić uwagę za drugim, trzecim, czwartym razem. Znam miejsca, do których muszę wrócić, gdzie koniecznie chcę się zatrzymać, posiedzieć. I wiem, gdzie muszę doczytać, dooglądać.

Poniżej tylko kilka wybranych fotek.






I jeszcze jedna. Dla mnie szczególna, z cytatem. Naprawdę mocne! Oczywiście uderza od razu historyczny kontekst warszawskiego getta.
Ale ... przeczytałam to także jako tekst kultury, tj. w oderwaniu od dat i miejsca, a nawet z pominięciem religii i jakiejkolwiek tradycji.
Dla mnie ten tekst odnosi się do kondycji człowieka w ogóle i to człowieka współczesnego. W każdym razie, jeśli chodzi o mnie, autor oddał całą prawdę o mojej egzystencji.


Cóż, naprawdę zachęcam, by poszukać siebie w tej przestrzeni.