poniedziałek, 25 marca 2013

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego.


Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam.

Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower.

Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została.

Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia.

Od początku marca wróciłam na pilates. Jestem zadowolona niezmiernie i chociaż już raz mi się nie chciało iść, po prostu założyłam koszulkę i spodnie i wyszłam z domu czym prędzej, nie dyskutując z własną niechęcią. Jak już wyszłam, głupio było wracać. Zostałam. I zajęcia były super. Wyszłam uśmiechnięta i zmotywowana.

Moje dziecko chodzi na zajęcia pływania dwa razy w tygodniu, wieczorem. Mieszkam 5 minut na pieszo od basenu. We wtorki odprowadzałam ją na zajęcia, aby nie szła sama, w końcu to ciemno i licho nie śpi. W czwartki chodził mąż. On sobie zwykle pływał tę godzinkę, a ja zawsze siedziałam na pięterku i czytałam książki w tej podsufitowej duchocie. W drugim tygodniu marca kupiłam kostium, od dziecka wzięłam awaryjny czepek. Chodzę na basen raz w tygodniu, a oprócz tego zdarzyło się dwa razy, że poszliśmy wszyscy, całą czwórką.

Pływam słabo, boję się wody. Muszę mieć grunt pod nogami i nie zanurzam głowy. Korzystam głównie z tych wszystkich relaksujących bąbelków i innych masujących urządzeń, a oprócz tego zakochałam się w jacuzzi i spędzam tam zwykle 20-30 minut.

Hm, to będzie najlepsza część opowieści. Od soboty uczę się grać w squasha! Mąż był zdziwiony, ale nie odmówił, gdy zaprosiłam go do drużyny. Moja kondycja pozostawia wiele do życzenia, więc nic dziwnego, że od soboty ledwo się ruszamy. Takie zakwasy! Mimo bólu wspomnienia mamy pozytywne i już nie możemy się doczekać następnego treningu. Jak ja dzisiaj pójdę na pilates?! Chyba nogą nie ruszą, tak mnie boli moja szanowna. Ale generalnie – super! Każdemu polecam.

Niestety, to nie wszystko. Myślę o bieganiu. Tylko to lubiłam w szkole, ten jeden raz do roku, gdy trzeba było zaliczyć dziesięć okrążeń parku biegnąć swoim tempem, nie na czas. Odległość (nie pamiętam teraz) wydawała mi się porażająco duża, więc razem z koleżanką, za namową pani od w-fu, przygotowywałyśmy się do zaliczenia trenując we własnym zakresie przez prawie miesiąc. Biegałyśmy wieczorami, chyba trzy razy w tygodniu i bardzo miło to wspominam. Pamiętam, jak każdego dnia nam się zwiększał dystans.

Teraz też bym chciała spróbować. Nie wiem jak, kiedy i najgorsze – nie mam z kim. Wolałabym jednak nie latać sama. Póki co myślę o tym, ale coś czuję w kościach, a zwłaszcza w moich obolałych dzisiaj mięśniach, że pewnego dnia po prostu założę dresy, buty do biegania i … obiegnę pobliski park. Chociaż – poprawka – za pierwszym razem pewnie uda mi się tylko dobiec do parku.

Póki co nikt mnie nie motywuje, kciuków nie trzyma, nie zachęca. Zewsząd tylko zdziwienie, skąd mi się to wzięło, co to się ze mną porobiło...
Może jak ktoś w szkole fizycznie się obijał, musi po sprawiedliwości zaliczyć te wszystkie przedmioty teraz? Bo jak sobie wytłumaczyć, jak od dawna znającym mnie ludziom wytłumaczyć, że tak nagle po prostu mi się chce!

piątek, 22 marca 2013

Nie gub się


Środa, 8:30, schody z peronu Metro Świętokrzyska na górę, przed bramką jeszcze. Idę, nie spieszę się. Pozornie nikt się nie spieszy, a jednak jakoś tak w miarę energicznie ludzie zmierzają do bramki. Kilka dostępnych na prawo – tam pójdą w większości ci ze schodów ruchomych. Jedna bramka do wyjścia na lewo. To tam zmierzamy ze schodów, my gardzący tłokiem na schodach ruchomych, my energiczni, my zarażeni ideą fitnessu z rana, niechcący być podejrzani o gnuśność, my spóźnieni.

Idę. Wygrzebuję wełniane rękawiczki z kieszeni, zakładam, przekładam reklamówkę z jedzeniem z ręki prawej do lewej, potem z lewej do prawej. Spinam kurtkę, poprawiam czapkę, w torbie namierzam kartę do pracy, lokalizuję ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Przede mną chłopak, dobra - młody mężczyzna. Na oko też spieszy się do biura, jednak chyba fajny taki, nie sztywniak. Jest odrobina luzu w jego stroju, niespieszna dynamika w chodzie, torba na lewym ramieniu, paczka skórzanych rękawiczek w prawej dłoni, jakaś rezygnacja pomieszana z pogodą ducha przysiadła mu na plecach i idzie przede mną.

Przed nim truchta dziewczyna. Modne botki nie tupią, ale idą, idą, idą. Jedna torba, druga torba, gazeta pod pachą, w dłoni czapka i rękawiczki, chyba coś jeszcze, szalik może, a może nie. Spóźniona, zmieszana we własnych sprawach, kolorowa, spięta. Ni to pędzi, ni się ogląda, chodź z pewnością nie pierwszy raz próbuje się ogarnąć w tym miejscu przed wyjściem z podziemi. Więc najpierw rękawiczki, poprawienie toreb na ramieniu, potem guziki w płaszczu, zapięcie kieszeni, no i niepostrzeżenie w tym niespokoju ruchów trochę niezgranych ląduje za nią na podłodze kolorowa czapa, z nausznikami, z warkoczami, ciepłe cudeńko. Gubi się doprawdy niechcący, zostaje w pół kroku za botkami, krok cały, dwa...

Myślę, że może zorientuje się zanim wejdzie na drugie schody, te prowadzące wprost na ulicę, poczuje chłód, bo w końcu – zima, śnieg, wiatr.

Chłopak przede mną – widać, że to odruch – płynnym ruchem schyla się po zgubę. Podnosi i widzę jego uśmiechnięty profil, zacisk dłoni na miękkiej, kolorowej czapie. I – to jest fajne, zachwyca mnie – nie goni dziewczyny, nie krzyczy, nie separuje od siebie uszatki na wyciągnięcie ręki, by zaznaczyć jej odrębność. Idzie. Po prostu idzie dalej. W jednej linii jak po sznurku za dziewczyną, za chłopakiem – ja. Zmierzamy sobie, towarzysząc anonimowo, jednorazowo, zaledwie kilka sekund razem, jedną drogą w nasze światy.

Dziewczyna wypada z rytmu, zwalnia, przystaje, odwraca się, jakby "przeczuciem zdjęta". Tyle wystarcza, aby ją dogonić, spowolnić stanowczość czarnych traperek przy korzuszkowych botkach wstrzymanych niepewnością między peronem a Marszałkowską, między podziemiem a powierzchnią, między wygodą a pośpiechem.

Nie wiem, co powiedział. Wyglądało jak „masz, nie gub się więcej”. Bezpretensjonalnie, nie za "dziękuję" i nie oficjalnie na "pani". Po prostu tak jest, to się zdarza – czapki upadają na drogach, w przejściach, w zamieszaniu i bezmyślnie, niepotrzebnie, niechcący i bez przyczyny. Trzeba je podnosić, oddawać. Po prostu.

Nie gub się.



czwartek, 21 marca 2013

prywatna mgła

Od dwóch dni mamy w domu nową zabawkę – elektroniczny ultradźwiękowy nawilżacz powietrza. Stoi w pokoju dziecinnym, płynnie zmienia kolor, wyświetla stopień wilgotności w pomieszczeniu i wytwarza mgiełkę – ciepłą lub zimną – wedle preferencji. Nie jest szczególnie piękny ani też zupełnie elektronicznie beznadziejny. Po prostu jest. Generalnie nie przeszkadza mi, zajął moją uwagę na jakieś 5 minut, kiedy to był podłączany i musiałam zadecydować, gdzie będzie stał. Lubię go, ale to dlatego, że ma być dobry dla moich dzieci. Nie wiem, czy jest – póki co działa na zasadzie udzielonego przeze mnie kredytu zaufania. Dostał filtr, a także wodę destylowaną i generalnie oczekuję od niego tylko tego, żeby niczego więcej on nie oczekiwał ode mnie.


Mój mąż – przeciwnie. Dogląda go starannie. Czyta komunikaty. Sprawdza poziom wody, stan filtra, przestawia mu wartości na wyświetlaczu informując go tym samym, jakiego stopnia wilgotności oczekuje. Nawilżacz chyba się go słucha, bo mąż wraca z małego pokoju zadowolony i wypowiada słowa pochwały.

Wczoraj, jakieś trzy godziny po tym, jak dzieci poszły spać i drzwi zostały zamknięte, a nawilżacz otrzymał zadanie utrzymania 40% wilgotności w systemie intensywnej pracy (duża porcja chłodnej mgiełki oraz włączone efekty wizualne), podeszłam do balkonu i spojrzałam na termometr. Jego wskazania nie były aż tak sensacyjne, jak inne zjawiska pogodowe.

- Ale mgła! – poinformowałam męża – Niby ujemna temperatura, a taka wilgotność?
- Acha – odparł niewzruszenie – muszę trochę przykręcić nawilżacz.

:)



wtorek, 19 marca 2013

złudzenia do stracenia

Życie nie jest zbyt skomplikowane. To tylko ja muszę się jakoś z nim poukładać, przemyśleć sobie albo i nie myśleć. Nie wiem już.


Większość detali codzienności nie powinny stanowić dla mnie problemu, a jednak czasem ich wielość mnie przeraża. Kolejna sprawa do załatwienia, następny aspekt do zorganizowania i następny, i jeszcze jeden. A tu jakaś mała draka, kaszel czy odwołany basen i nagle wali się cały misterny plan, upada koncepcja i co dalej? Znowu trzeba układać, a choćby się nie chciało myśleć o tym, to i tak trzeba jakoś wpisać w kalendarz, zamknąć w słowach przyporządkowanych choćby ogólnie do godzin.

Rano zbyt zaganiana, w pracy zbyt zamieszana zajęciami i jednak za bardzo widoczna, by kreślić na kartkach zapytania lub klecić odpowiedzi, popołudniami zbyt zajęta, a wieczorem zmęczona, by przemyśleć siebie.

Co mogłabym zrobić, aby poczuć się lepiej? Jak zrealizować pewne życzenie, wypowiedziane przez jakiegoś życzliwego w przeszłości „złap życie za bary i duś jak cytrynkę”? Wydaje mi się, że wiem co zmienić, a ciągle nie próbuję sprawdzić, czy mam rację. Paradoks? A może naprawdę mi się tylko wydaje, skoro nie znajduję motywacji? Co mnie blokuje? Czego się boję? Przecież nic do stracenia… no może tylko złudzenia.


poniedziałek, 18 marca 2013

szybciej

Biec, biec, biec!
Nie trzeba aż tak. Można trochę odpuścić. Nawet jak się za bardzo zwolnić nie da, wystarczy ponoć bardziej świadomie rozglądać się na boki i zadawać sobie wciąż jedno pytanie - jak się czuję w tym Teraz.
Rozwiązaniem byłaby zatem większa uwaga, większe zaangażowanie. Nie zawsze się udaje.
Nie pamiętam szczegółów chwilowych Teraz. Jaką miałam koszulę w pracy w piątek?  Z kim piłam kawę do drugiego śniadania? O czym myślałam podczas rutynowych działań biurowych? Czy siedziałam w tramwaju?
Dwa dni minęły, a już nie pamiętam tych szczegółów bez znaczenia. A może powinnam?
Nawet weekend nie był niespieszny. Bieg po relaks. Oczywiście przyjemniejszy niż w tygodniu, ale jednak bieg. Mimo to udało mi się więcej zauważać. Może dlatego, że towarzyszyli mi moi bliscy i to na nich się koncentrowałam. Niewiele pamiętam z siebie, kilka detali zaledwie. Ale pamiętam z weekendu zachwycone buźki dzieci, ogniki zadowolenia w oczach dorosłych, drobne gesty wnoszące pewność, że dobrze nam razem, że nadal chcemy razem biec, kolekcjonować miliony Teraz w klaserze My.

piątek, 15 marca 2013

W pułapce


To nic nowego. Chciałabym opisać swoje sprawy, uczucia, wydarzenia, ale świadomość, że nie są jakieś szczególnie zajmujące dla każdego oprócz mnie powoduje, że przede wszystkim czuję bezsens tego pragnienia. Siadam i poraża mnie konieczność podjęcia decyzji, czy stukać klawiszami, czy porcjować atrament w bezduszne kratki. Na marginesie – sądziłam, że to one są winne, blokują mi myśli, wyznaczają tory i akcentują koślawość liter. Dlatego, gdy tylko skończył mi się kratkowany zeszyt zwany notatnikiem, nabyłam taki gładki, czysty, bez marginesów – po prostu przestrzeń bez blokad gotowa do przyjęcia osobistych wynurzeń.

Niespodzianka? Nie, nie było. Tak samo nie idzie. W punktach – proszę bardzo, ale tak jakoś bardziej opisowo - nie wychodzi. Bo, jestem przekonana, nie chodzi o to jak, ale o to - co. A tutaj kolejny problem.

Chciałoby się być oryginalnym, nowatorskim, niepowtarzalnym, a tymczasem jest tak, jak w tym cytacie z Fromma: „Wolność słowa stanowi co prawda ważkie zwycięstwo w bitwie przeciw dawnym ograniczeniom; zapominamy jednak, że człowiek nowoczesny znajduje się w sytuacji, w której wiele z tego, co „sam” myśli i mówi, myślą i mówią wszyscy inni; że nie osiągnął jeszcze zdolności myślenia w sposób odrębny – tj. samodzielny – a przecież tylko to może nadać sens jego twierdzeniu, że nikt nie przeszkadza mu w wyrażaniu myśli”.

Co ciekawe, będąc oryginalnym, chciałoby się jednocześnie być rozumianym, akceptowalnym, nawet jeśli chodziłoby tylko w podobieństwo życiowych doświadczeń. W końcu słowa „nie przejmuj się, mam tak samo” często padają jako pocieszenie i stanowią dowód współczucia. Fromm akcentuje tę dychotomię: „Albo dumni jesteśmy, iż w kierowaniu swym życiem człowiek wyzwolił się od zewnętrznych autorytetów, mówiących mu, co robić, a czego nie robić. Zapominamy przy tym o roli anonimowych autorytetów, takich jak opinia publiczna i „zdrowy rozum”; są one tak potężne tylko dzięki naszej całkowitej gotowości zastosowania się do tego, czego się od nas oczekuje, oraz dzięki równie potężnej obawie przed odróżnianiem się od innych. Innymi słowy, jesteśmy zafascynowani rosnącą wolnością od autorytetów zewnętrznych, a ślepi na istnienie wewnętrznych hamulców, przymusów i lęków, które wyraźnie podkopują znaczenie zwycięstw odniesionych przez wolność nad jej tradycyjnymi wrogami”.

Ostatnie zdanie nie daje mi spokoju, co wybitnie świadczy o tym, że powinnam wziąć je sobie do serca, przemyśleć gruntownie i spróbować nazwać te osobiste hamulce, przymusy i lęki. A może wtedy uda mi się po prostu siadać i pisać wszystko jedno czym na obojętnie czym, nie roztrząsając uprzednio żadnych paradoksów, dychotomii oraz problemów filozoficzno-światopoglądowych, o cywilizacyjno-kulturalnych nie wspominając, a psychologicznych nie wywołując z lasu mojej podświadomości, nadświadomości czy jak to teraz zgodnie z przyjętym nazewnictwem wypada powiedzieć.


Wszystkie cytaty pochodzą oczywiście z następującej pozycji: Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. Olga i Andrzej Ziemilscy, wyd. Czytelnik, Warszawa 2004.

poniedziałek, 11 marca 2013

trzecia kawa o trzeciej

15:00. Czas na trzecią kawę. Bez niej trudniej jest przetrwać codzienny kryzys godziny trzeciej. Zwykle wszystko mam pokończone. Mogłabym zaczynać zatem, ale woli brak. Palce zaczynają dotykać literek netu, takie równomierne staccato na www. Od pasmanterii do podróży. Choćbym z rana bardziej realistką była, po trzeciej zaczynam marzyć o kolejnej włóczce, materiale na sukienkę, chociaż nie chodzę w sukienkach, a swetry do pracy w zasadzie są niedozwolone. Szukam wycieczek, zajęć sportowych, ciekawych miejsc, o których wiem, że czasu nie mam, by tam podjechać. Organizuję zajęcia dodatkowe dzieciom, chociaż szans nie ma na ich realizację, a w zasadzie nawet potrzeby.


I obiecuję sobie, co to ja nie zrobię, jak tylko do domu przyjdę! Jak to się wspaniale zorganizuję, że nawet zostanie mi godzinka dla siebie, gdzieś przy kuchennym blacie, aby zanotować sobie kilka spostrzeżeń. Lecz z każdym łykiem kawy pewność wieczornego sukcesu maleje. Zupełnie tak, jakby ta trzecia filiżanka o trzeciej urealniała mi poziom zamierzeń. W końcu i tak wiele uda się zrobić, chociaż nie wszystko.

Z drugiej strony – będzie do czego dążyć choćby jutro, bo może wtorek okaże się bogatszy w popracowy czas niż poniedziałek…

piątek, 8 marca 2013

interpretacja poranka


Zdarzenia po prostu się zdarzają.
Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci.
Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku.
Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredni, więc nie musiałam przesiadać się metro, czego nie lubię bardzo. W metrze zwykle nie udaje mi się czytać.
Wpadłam do pracy spóźniona i już przed rytualną poranną kawą miałam na biurku pismo z napisem „pilne”. Dobra, nie tylko to. Jeszcze pyszną drożdżówkę od kolegi.

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Interpretacji dokonujemy potem.

Nie byłam przygotowana na poranek, bo wczoraj tak miło mi się siedziało do późna, gadało z mężem, robiło na drutach itd.
Czułabym się nieswojo, gdybym rano po prostu wstała i wyszła do pracy. Ta odrobina adrenaliny budzi mnie realnie, te buziaczki, rozespane łapki wzmacniają mnie na cały dzień.
Wyrecytowanie rano planu minimum na dzień daje mi poczucie, że panuję nad sytuacją. Niestety, jest mi to potrzebne. Wiem, pracuję nad tym.
Nie biegłam za autobusem. Kiedyś bym biegła. Od jakiegoś roku nie biegam za autobusami. Nic się nie stanie, jeśli z powodu autobusu spóźnię się gdziekolwiek. Nie zdarza się prawie wcale, a jak się zdarzy – przeproszę przecież, postaram się naprawić to spóźnienie. Za to miałam dodatkowo poranną chwilę dla siebie na świeżym powietrzu. Zauważyłam, że kostkę przy przystanku remontują już drugi tydzień, nie ma jeszcze zieleni, ale na kasztanowcach takie nieznaczne kulki na końcach łysych gałęzi jednak już się pojawiają.
Miałam czas pogadać z Szefem. Zwykle muszę w autobusie, a teraz – proszę jaki bonus – mogłam gadać patrząc na park, na bloki, przed siebie gdzieś.
Do pracy dotarłam na czas. Z pilnościami wyrobiłam się do dziesiątej. Z drożdżówką też :) Do herbaty też smakuje wybornie.

Jestem zdumiona, że kiedyś, całkiem niedawno, dokonałabym zupełnie innej interpretacji poranka i to już podczas zadyszki w dogonionym autobusie. Byłabym zła, spocona i całą winę za wszystko zwaliłabym na wszystkich, tylko nie na siebie. Bo przecież jak mogłabym zarzucić cokolwiek sobie, skoro i tak wstałam pierwsza i oczywiście sama wszystko przygotowałam!
A dzisiaj – wyszedł z tego całkiem udany poranek. I byłam dla siebie dobra. A moja interpretacja tego poranka nie naruszyła szacunku do nikogo, także do samej siebie.

środa, 6 marca 2013

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie.

Co to znaczy naprawię?

Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu.

Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „psychologicznych bzdur”, do niedawna interesowało mnie jedynie incydentalnie. Od jakiegoś czasu jednak, chcąc nie chcąc, „bzdury” te dopadły mnie w ciemnym zaułku, przydusiły, przytrzymały, aż zrozumiałam.

Jest kilka aspektów mnie do uzdrowienia. Jest kilka rzeczy, które muszę zaakceptować. Jedyne chyba, co powinnam zmienić, to własne nastawianie do siebie, spraw, świata itd. Wymiana "muszę" na "chcę".

Całkiem niedawno mówiłam, że jeszcze nie wiem, kim będę, jak dorosnę. Po ostatnich bolesnych przewartościowaniach dorosłam do tego, by przyznać, że nie jest to istotne, o ile sama ze sobą nie dojdę do ładu.

Na początek postanowiłam zaprzyjaźnić się … ze sobą. Uczucie całkowicie mi obce, szczerze przyznam. Nie zastanawiałam się nad tym do czasu, aż przeczytałam gdzieś takie pytanie – czy jesteś dobra dla siebie? Po zastanowieniu odpowiedziałam sobie, że nie. Oprócz tego – jak to się stało, że nie mam i nigdy nie miałam żadnej przyjaciółki w tym znaczeniu „od serca”? Kiedyś mówiono mi, że potrafię słuchać ludzi i może dlatego było kilka głębszych znajomości. O sobie mówiłam niewiele, a raczej – pozornie mówiłam coś tam, ale raczej nie to, co bolało naprawdę.

Słuchałam innych. Nie siebie.

Dobrze będzie na początek spróbować zaprzyjaźnić się ze sobą. Może po drodze znajdzie się i ktoś jeszcze. Bo teraz, no teraz to ja właśnie chcę rozmawiać, rychło w czas.

Naprawy wymaga mój stosunek do siebie. Zaczęłam już. Poczyniłam pewne kroki, aby to sobie ułatwić. Przeczytałam kilka książek, artykułów, rad. Zapisałam się na zajęcia mające mi ułatwić poczucie się dobrze ze sobą.

Pomyślałam, że o tym mam coś do powiedzenia.