poniedziałek, 25 marca 2013

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego.


Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam.

Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower.

Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została.

Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia.

Od początku marca wróciłam na pilates. Jestem zadowolona niezmiernie i chociaż już raz mi się nie chciało iść, po prostu założyłam koszulkę i spodnie i wyszłam z domu czym prędzej, nie dyskutując z własną niechęcią. Jak już wyszłam, głupio było wracać. Zostałam. I zajęcia były super. Wyszłam uśmiechnięta i zmotywowana.

Moje dziecko chodzi na zajęcia pływania dwa razy w tygodniu, wieczorem. Mieszkam 5 minut na pieszo od basenu. We wtorki odprowadzałam ją na zajęcia, aby nie szła sama, w końcu to ciemno i licho nie śpi. W czwartki chodził mąż. On sobie zwykle pływał tę godzinkę, a ja zawsze siedziałam na pięterku i czytałam książki w tej podsufitowej duchocie. W drugim tygodniu marca kupiłam kostium, od dziecka wzięłam awaryjny czepek. Chodzę na basen raz w tygodniu, a oprócz tego zdarzyło się dwa razy, że poszliśmy wszyscy, całą czwórką.

Pływam słabo, boję się wody. Muszę mieć grunt pod nogami i nie zanurzam głowy. Korzystam głównie z tych wszystkich relaksujących bąbelków i innych masujących urządzeń, a oprócz tego zakochałam się w jacuzzi i spędzam tam zwykle 20-30 minut.

Hm, to będzie najlepsza część opowieści. Od soboty uczę się grać w squasha! Mąż był zdziwiony, ale nie odmówił, gdy zaprosiłam go do drużyny. Moja kondycja pozostawia wiele do życzenia, więc nic dziwnego, że od soboty ledwo się ruszamy. Takie zakwasy! Mimo bólu wspomnienia mamy pozytywne i już nie możemy się doczekać następnego treningu. Jak ja dzisiaj pójdę na pilates?! Chyba nogą nie ruszą, tak mnie boli moja szanowna. Ale generalnie – super! Każdemu polecam.

Niestety, to nie wszystko. Myślę o bieganiu. Tylko to lubiłam w szkole, ten jeden raz do roku, gdy trzeba było zaliczyć dziesięć okrążeń parku biegnąć swoim tempem, nie na czas. Odległość (nie pamiętam teraz) wydawała mi się porażająco duża, więc razem z koleżanką, za namową pani od w-fu, przygotowywałyśmy się do zaliczenia trenując we własnym zakresie przez prawie miesiąc. Biegałyśmy wieczorami, chyba trzy razy w tygodniu i bardzo miło to wspominam. Pamiętam, jak każdego dnia nam się zwiększał dystans.

Teraz też bym chciała spróbować. Nie wiem jak, kiedy i najgorsze – nie mam z kim. Wolałabym jednak nie latać sama. Póki co myślę o tym, ale coś czuję w kościach, a zwłaszcza w moich obolałych dzisiaj mięśniach, że pewnego dnia po prostu założę dresy, buty do biegania i … obiegnę pobliski park. Chociaż – poprawka – za pierwszym razem pewnie uda mi się tylko dobiec do parku.

Póki co nikt mnie nie motywuje, kciuków nie trzyma, nie zachęca. Zewsząd tylko zdziwienie, skąd mi się to wzięło, co to się ze mną porobiło...
Może jak ktoś w szkole fizycznie się obijał, musi po sprawiedliwości zaliczyć te wszystkie przedmioty teraz? Bo jak sobie wytłumaczyć, jak od dawna znającym mnie ludziom wytłumaczyć, że tak nagle po prostu mi się chce!

3 komentarze:

  1. Ja tak mówię w sklepie spożywczym kupując czekoladę. "Wie pani, muszę se stan wojenny odreagować"
    ;)
    W przyrodzie jak z tego wynika musi być równowaga.

    Życzę Ci wytrwałości.

    OdpowiedzUsuń
  2. wiesz, Portier, ,co prawda tego w poście nie napisałam, ale najpiękniejsze w moim obecnym "chce mi się" jest to, że zupełnie inaczej teraz podchodzę do moich nowych zaangażowań niż kiedyś, tj. nie muszę koniecznie sobie z nimi radzić i - co lepsze - nie muszę na siłę w nich wytrwać; ale bardzo się cieszę, że mi się chce! już dawno nic mi się nie chciało..., więc sam wiesz
    zjeść tyle czekolady, aby się nasycić, ale przestać, zanim zemdli

    OdpowiedzUsuń
  3. chyba Cię wezmę za przykład Anno, dla się i dla innych:)))buźka !!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!