piątek, 8 marca 2013

interpretacja poranka


Zdarzenia po prostu się zdarzają.
Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci.
Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku.
Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredni, więc nie musiałam przesiadać się metro, czego nie lubię bardzo. W metrze zwykle nie udaje mi się czytać.
Wpadłam do pracy spóźniona i już przed rytualną poranną kawą miałam na biurku pismo z napisem „pilne”. Dobra, nie tylko to. Jeszcze pyszną drożdżówkę od kolegi.

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Interpretacji dokonujemy potem.

Nie byłam przygotowana na poranek, bo wczoraj tak miło mi się siedziało do późna, gadało z mężem, robiło na drutach itd.
Czułabym się nieswojo, gdybym rano po prostu wstała i wyszła do pracy. Ta odrobina adrenaliny budzi mnie realnie, te buziaczki, rozespane łapki wzmacniają mnie na cały dzień.
Wyrecytowanie rano planu minimum na dzień daje mi poczucie, że panuję nad sytuacją. Niestety, jest mi to potrzebne. Wiem, pracuję nad tym.
Nie biegłam za autobusem. Kiedyś bym biegła. Od jakiegoś roku nie biegam za autobusami. Nic się nie stanie, jeśli z powodu autobusu spóźnię się gdziekolwiek. Nie zdarza się prawie wcale, a jak się zdarzy – przeproszę przecież, postaram się naprawić to spóźnienie. Za to miałam dodatkowo poranną chwilę dla siebie na świeżym powietrzu. Zauważyłam, że kostkę przy przystanku remontują już drugi tydzień, nie ma jeszcze zieleni, ale na kasztanowcach takie nieznaczne kulki na końcach łysych gałęzi jednak już się pojawiają.
Miałam czas pogadać z Szefem. Zwykle muszę w autobusie, a teraz – proszę jaki bonus – mogłam gadać patrząc na park, na bloki, przed siebie gdzieś.
Do pracy dotarłam na czas. Z pilnościami wyrobiłam się do dziesiątej. Z drożdżówką też :) Do herbaty też smakuje wybornie.

Jestem zdumiona, że kiedyś, całkiem niedawno, dokonałabym zupełnie innej interpretacji poranka i to już podczas zadyszki w dogonionym autobusie. Byłabym zła, spocona i całą winę za wszystko zwaliłabym na wszystkich, tylko nie na siebie. Bo przecież jak mogłabym zarzucić cokolwiek sobie, skoro i tak wstałam pierwsza i oczywiście sama wszystko przygotowałam!
A dzisiaj – wyszedł z tego całkiem udany poranek. I byłam dla siebie dobra. A moja interpretacja tego poranka nie naruszyła szacunku do nikogo, także do samej siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!