piątek, 22 marca 2013

Nie gub się


Środa, 8:30, schody z peronu Metro Świętokrzyska na górę, przed bramką jeszcze. Idę, nie spieszę się. Pozornie nikt się nie spieszy, a jednak jakoś tak w miarę energicznie ludzie zmierzają do bramki. Kilka dostępnych na prawo – tam pójdą w większości ci ze schodów ruchomych. Jedna bramka do wyjścia na lewo. To tam zmierzamy ze schodów, my gardzący tłokiem na schodach ruchomych, my energiczni, my zarażeni ideą fitnessu z rana, niechcący być podejrzani o gnuśność, my spóźnieni.

Idę. Wygrzebuję wełniane rękawiczki z kieszeni, zakładam, przekładam reklamówkę z jedzeniem z ręki prawej do lewej, potem z lewej do prawej. Spinam kurtkę, poprawiam czapkę, w torbie namierzam kartę do pracy, lokalizuję ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Przede mną chłopak, dobra - młody mężczyzna. Na oko też spieszy się do biura, jednak chyba fajny taki, nie sztywniak. Jest odrobina luzu w jego stroju, niespieszna dynamika w chodzie, torba na lewym ramieniu, paczka skórzanych rękawiczek w prawej dłoni, jakaś rezygnacja pomieszana z pogodą ducha przysiadła mu na plecach i idzie przede mną.

Przed nim truchta dziewczyna. Modne botki nie tupią, ale idą, idą, idą. Jedna torba, druga torba, gazeta pod pachą, w dłoni czapka i rękawiczki, chyba coś jeszcze, szalik może, a może nie. Spóźniona, zmieszana we własnych sprawach, kolorowa, spięta. Ni to pędzi, ni się ogląda, chodź z pewnością nie pierwszy raz próbuje się ogarnąć w tym miejscu przed wyjściem z podziemi. Więc najpierw rękawiczki, poprawienie toreb na ramieniu, potem guziki w płaszczu, zapięcie kieszeni, no i niepostrzeżenie w tym niespokoju ruchów trochę niezgranych ląduje za nią na podłodze kolorowa czapa, z nausznikami, z warkoczami, ciepłe cudeńko. Gubi się doprawdy niechcący, zostaje w pół kroku za botkami, krok cały, dwa...

Myślę, że może zorientuje się zanim wejdzie na drugie schody, te prowadzące wprost na ulicę, poczuje chłód, bo w końcu – zima, śnieg, wiatr.

Chłopak przede mną – widać, że to odruch – płynnym ruchem schyla się po zgubę. Podnosi i widzę jego uśmiechnięty profil, zacisk dłoni na miękkiej, kolorowej czapie. I – to jest fajne, zachwyca mnie – nie goni dziewczyny, nie krzyczy, nie separuje od siebie uszatki na wyciągnięcie ręki, by zaznaczyć jej odrębność. Idzie. Po prostu idzie dalej. W jednej linii jak po sznurku za dziewczyną, za chłopakiem – ja. Zmierzamy sobie, towarzysząc anonimowo, jednorazowo, zaledwie kilka sekund razem, jedną drogą w nasze światy.

Dziewczyna wypada z rytmu, zwalnia, przystaje, odwraca się, jakby "przeczuciem zdjęta". Tyle wystarcza, aby ją dogonić, spowolnić stanowczość czarnych traperek przy korzuszkowych botkach wstrzymanych niepewnością między peronem a Marszałkowską, między podziemiem a powierzchnią, między wygodą a pośpiechem.

Nie wiem, co powiedział. Wyglądało jak „masz, nie gub się więcej”. Bezpretensjonalnie, nie za "dziękuję" i nie oficjalnie na "pani". Po prostu tak jest, to się zdarza – czapki upadają na drogach, w przejściach, w zamieszaniu i bezmyślnie, niepotrzebnie, niechcący i bez przyczyny. Trzeba je podnosić, oddawać. Po prostu.

Nie gub się.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!