niedziela, 11 stycznia 2015

filiżanka zmian

Wieje wiatr, ot i przywiał mi do głowy pomysły, coroczne, wiosenne nawet. Żeby choinkę zlikwidować, wyjeść wszystkie pierniki i zielsko jakieś kwieciste na parapet rzucić, póki co od wewnątrz nawet.


Bo tymczasem wszystko do bani. Weekend przechorowany, mieszkanie zagracone, igłami zasypane, a ran po świętach nie ukoją i te słodkie pierniki, co je skrzętnie po szafkach pochowałam, a teraz przeciwnie – na światło dzienne wyciągam, a dla odmiany, na przekór może, jakiś nikt nie chce.




Tydzień temu zakupiłam w sklepie niemal zoologicznym, bo w nazwie przecież wdzięczny owad czerwony kropkowany, kubek niewyrosłego zielska na parapet. Nie wierzyłam, że da radę w tej mojej zimnej atmosferze wyrosnąć.



A tu proszę!

I przeziębienie jakby mija, wiatr zaczyna śnieg przywiewać, a w kuchni między piernikami trafił mi się jednak pojedynczy nieśmiały przejaw nadziei.



Bo przecież wszystko kiedyś się kończy.
I ból, i zima, pierniki, a nawet rozpacz ... chyba.


wtorek, 6 stycznia 2015

nie widziałam osła

Siedzę tuż przed środą nad laptopem ze zdjęciami, popijam herbatę z rumem, bo polubiłam jakoś, dążę do perfekcji w kwestii opanowania. Staram się nie słyszeć, a że się nie udaje i jednak dociera do mnie bezsens pogawędki męża z kolegami (radio krótkofalarskie) oraz próby wzajemnych uciszań za ścianą (bo przyjdzie mama i zaraz się wścieknie, że jeszcze nie śpimy), postanowiłam wrzucić na bloga kilka ujęć braku osła.

W tym roku, dokładnie tak jak w zeszłym, co do dnia nawet, pojechaliśmy całą rodziną (bez psa) na Jasną Górę. Każdy jeździ tam po coś, prawda?

Nie pojechałam zobaczyć osła, ale gdybym pojechała ... nie zobaczyłabym go! Nie, no bez przesady, żeby zaraz jakiś skandal. Aż tak to może nie.
No ale osła nie było, a jakoś był mi przejściowo potrzebny ten osioł.



Koń jaki jest - każdy widzi. Może źle widzi, bo to ... kucyki.



Mąż był zaskoczony, że dzięki temu pięknemu stworzeniu, sweter, jaki ode mnie dostał w zeszłym roku na urodziny, nie pozwolił mu zmarznąć.

Może nie osioł, ale też ładne zwierzę.

Widok z góry. Ludzi mało, bo poniedziałek przed południem. W zeszłym roku byliśmy w niedzielę i staliśmy w kolejce niemal do każdego koryta. Ale też zwierząt było zdecydowanie więcej. Na przykład osioł był, a może i dwa, nie pamiętam dokładnie.





Poszukam osła w sobie (z całym szacunkiem dla osłów oczywiście).


niedziela, 4 stycznia 2015

być sobą choćby nieomal

Kiedyś byłaś bardziej. Jesteś o wiele mniej bardziej. - usłyszała Alicja w Krainie Czarów. Obejrzałam właśnie dzisiaj ten film, kolejny raz, nie wiem nawet który. 
W dzieciństwie nie cierpiałam tej historii, nie porwała mnie książka, nie lubiłam starego filmu, żadnych kreskówek i ogólnie wzdrygało mnie zawsze. Chyba musiałam dojrzeć.
O filmie pisałam nawet tutaj na blogu, nie będę szukać, nawet nie bardzo pamiętam co. Dziś moją uwagę zwróciły określenia bycia sobą - bardziej, mniej bardziej, no i nieomal oczywiście.

Kim jestem? Sądzę, że jestem już nieomal, ale walczę o bardziej, tyle że - nowe bardziej. Nie to poprzednie bardziej, którym byłam. Filmowa Alicja odzyskuje swoje bardziej z przeszłości. W tym celu musi sobie przypomnieć, jakie były jej wizyty w Krainie Czarów dawniej. Dopiero przypomniane emocje dają jej siłę do walki. Cóż, podobno każdy terapeuta już na pierwszym spotkaniu przykłada łopatę do dzieciństwa i wykopuje skamieliny do nazwania. Co gorsza - w czytanej obecnie przeze mnie książce o powtórnym narodzeniu się, która jest zasadniczo z obszaru wiary, a nie psychologii, na dzień dzisiejszy zapisano konieczność wyrobienia w sobie pewnej szczególnej wrażliwości, tj. dostrzegania w swoim obecnym życiu śladów swoich emocji przeżywanych w dzieciństwie.
Póki co nie było mi dane doświadczenie terapii, ale szczerze przyznam, że powtórne przeżywanie dzieciństwa byłoby chyba dla mnie traumą większą niż ono samo. 
Jedno nie daje mi spokoju, choć pewnie wynika to z mojej ignorancji. W wizji Alicji bardziej już było. Zupełnie tak, jakbyśmy nigdy nie wychodzili poza coś, co zostało ustalone w dzieciństwie i potem utracone. I nawet jak to odzyskujemy, mamy szansę stać się tylko tym, czym byliśmy.

A ja walczę o bardziej bardziej. Zupełnie jakbym kiedyś była tylko nieomal, potem bardziej, potem prawie wcale, a teraz znowu nieomal. Ale nie zadowoli mnie to bardziej, co było. 

Cóż, pewnie po tych dywagacjach pozostaje mi tylko bezpośrednio odnieść do siebie te oto słowa: Odbiło ci, zbzikowałaś, dostałaś fioła.

sobota, 3 stycznia 2015

beżowe coś przy płocie


Zobaczyłam takie coś w zaprzyjaźnionym ogródku jeszcze wtedy, gdy był śnieg, 30 grudnia.
Blade takie, zasuszone, widać, że zasadniczo wiatr tego nie oszczędzał. Bida nie roślina.

Trochę tak się czuję. E, no nie będę narzekać. Po prostu fakt stwierdzam w pełnej prawdzie. Boję się, czy do wiosny dotrwam, ot tyle refleksji. Dopiero 2 stycznia, a mój Nowy Rok z wielkimi planami odległy się wydaje jak ten śnieg na fotografii. Moje zamierzenia wypełniały delikatnym beżem całe pole danego mi czasu, a teraz - pustka. Nawet beż, zwyczajny, nudny, nawet beż wywiało.
Zapomniane, przy płocie, mało widoczne - trwa sobie mimo wszystko.




Trudno jest się odbudować. No ale przecież ... będę próbować.



czwartek, 1 stycznia 2015

uciec stąd

Chciałabym być gdzieś indziej.

Nie pierwszy raz. Ale napisane zdanie nie miało zabrzmieć jak narzekanie na nieudany Sylwester. nie Ostatni wieczór roku 2014 nie był zresztą całkiem do bani.
Traktuję to pragnienie bycia gdzieś indziej jak marzenie. Oto najlepiej na końcu świata, może być na zboczu jakiegoś wzgórza z lasem za plecami i widokiem na góry z tarasu dla lepszego efektu, chociaż mróz nie trzaskający, dokładam do kominka zgrabne polana, lekko zmarznięta po długim spacerze. Kubek do ręki, książka lub zeszyt w połowie już zapisany, ołówek, i troskliwa ręka otulająca mnie kocem na fotelu. Oprócz tego - uśmiech zrozumienia, iskra w oczach akceptacji, że zamiast przed telewizorem z pilotem latającym pomiędzy koncertami, wolę ten trzaskający między drukowanymi słowami ogień.

I chciałabym się tak bezkarnie zagapić w tej ciszy, zgubić w słowach, opić zrozumieniem i wyrozumiałością, że aż przegapić północ. Toast niekoniecznie szampanem wzniesiony wypić z nim w śmiesznych kapciach, w swetrze z łatami na łokciach, przynaglana gorączkowym pośpiechem, że oboje jak zwykle inaczej, wydawać się może, że na opak, nie jak każdy, zachowujemy się nie do pomyślenia beztrosko, poza tradycją, niezgodnie ze standardami uznanymi w oczach wszędobylskich innych.

Mieć tydzień tej ciszy, choćby kilka dni, więc może nawet i noc właściwą przegapić, a nie tylko godzinę. I odkryć, że końce można żegnać w dowolnym, właściwym dla nas momencie, i początki witać nadzieją nie w huku narzuconych godzin, nie na wyliczony precyzyjnie akord, bez nieznaczących nic życzeń i zaklęć.

Chciałabym taki mieć Sylwester. Zawsze, gdy będzie potrzeba.