sobota, 23 maja 2015

miejsce po rzodkiewkach


Trwam w swojej ciszy, tej wewnętrznej. Nikt się nie zorientował, że wszystko we mnie milczy. Dla niepoznaki – gadam, gadam, gadam. Zawsze tak, jak się denerwuję. Śmieję się, aby nie płakać. Inicjuję rozmowy, rozbawiam. A w środku wszystko we mnie drga z tej słów pustki, z nadmiaru emocji złych, z lęku powracającego, wciąż obecnego.


Wyciągnęłam z szafy stary sweter oliwkowy, ziemisty, niekorzystny. Otula moje obawy w bezkształtny czas oczekiwania. Jestem w nim poprzednią sobą, zapomnianą, chyba prawdziwszą.


Może tak mnie Hozier nastraja, może mijający maj. Pojechałabym do Gdańska. Czemu tam? Nie wiem. Po prostu nie tutaj.



wtorek, 5 maja 2015

smutna opowieść bez sensu


To będzie długa opowieść bez sensu i większego znaczenia. Taka skarga trochę, nudna dla niektórych, ale gdzieś się muszę wypisać. Sprawa nie nadaje się do opisania nigdzie indziej.

Byłam dzisiaj u lekarza okulisty, który to przyjmuje akurat w miejscu, gdzie jest także optyk. Chodzę tam od lat i tylko w tej firmie, chociaż nie zawsze w tym akurat oddziale, zlecam wykonanie okularów dla mnie i dla córki.

Po wizycie postanowiłam poustawiać co nieco. Mam dwie pary okularów. Nowe, plastikowe, modne, reprezentacyjne, zdecydowanie nie są moimi ulubionymi, chociaż to w nich najlepiej widzę i wyglądam. Wymagały lekkiej regulacji, dopasowania.

Drugie są stare, mniejsze moce, cieniutkie, metalowe i zdecydowanie niemodne oprawki sprzed około 15 lat. Nowe soczewki okularowe wstawiałam już w tej firmie. Poprosiłam tylko o wymianę nosków, bo lekko zżółkły. Uwielbiam te okulary, są leciutkie jak piórko. Trochę w nich niedowidzę i pewnie gorzej wyglądam, ale chodzę w nich w domu. Zawsze są idealne, zawsze pod ręką. To okulary pierwszego wyboru.

Sprawa była awaryjna z oczami, więc do lekarza wyszłam w trakcie pracy. Spieszyłam się, bo każdą nieobecność trzeba odpracować, wiadomo. Taka wizyta to dla mnie godzina pracy więcej. Odebrałam okulary i wróciłam za biurko, ale jeszcze sobie chciałam popatrzeć na nowe noski. Zatem otwieram futerał, odkładam „szmatkę”, którą nakrywam zawsze szkła, no i zakładam okulary na nos.

Nie, nie jest dobrze. Jest tragedia. Centralnie przez lewe szkło biegnie rysa. Mocno i świeżo wyryta szrama, od wewnątrz.

Myślę, że i tak są stare te okulary i przecież zrobiłam sobie nowe, żeby ich już nie nosić. Ale jestem załamana, bliska płaczu. Nie ma sensu ich wymieniać przecież. Kolejny wydatek nie wchodzi w rachubę zresztą, ale … nie wyobrażam sobie cały czas chodzić w tych nowych, bo nie są tak wygodne.

Siedzę jeszcze godzinę w pracy i biję się z myślami co zrobić. Mimo wszystko postanawiam wrócić do optyka i pokazać rysę, niezależnie co z tego wyniknie. Koleżanka mówi zresztą, że ewidentnie widać, że rysa jest od wewnątrz, na wysokości noska, mocna jakby jakimś gwoździem czy innym szpikulcem zrobiona. Jestem pewna, że ktoś, kto to zrobił, chociaż na pewno nie zrobił tego specjalnie, musiał coś poczuć.

No i się nasłuchałam, jaką jestem naciągaczką i kłamczuchą. Bo przecież tak było, nie w tak porysowanych okularach wymienia się noski, okulary są stare, bardzo stare, to normalne, że tak porysowane. Optyk się nie przyznaje, to na pewno ja porysowałam i teraz pewnie chcę wymiany.

Tłumaczę spokojnie. Staram się nie podnosić głosu. Walczę, żeby się nie rozpłakać. Chcę tylko tak, jak było, żebym mogła ich używać. Żałuję w duchu, że mi żółte noski przeszkadzały, bo były ok. Wytrzymuję tyradę zarzucanych mi kłamstw, patrzę prosto w oczy. Wiem, że stare oprawki, wiem, że niedopasowane moce, ale chcę tylko wymiany tej jednej soczewki na taką samą. Jest mi przykro, bardzo przykro. Nie potrafi mi się głos nie trząść, nie mogą mi się ręce nie pocić. Dygocę. Nie rozklejam się, gdy optyk upewnia się, że rozumiem, że zapłaci za to z własnej kieszeni. Naprawdę nie tego chcę. Chcę tylko te stare okulary.

Zadzwoni, jak będą.

Dzwonię do osób bliskich i wygaduję swój żal. Słyszę, że dziwne, że nie reklamacja, jak się optyk nie przyznaje. Bo kierownik optyka wówczas by ocenił, jak powstała rysa i uznał reklamację wymiany nosków lub nie. A tu bez reklamacji, zwykłe zlecenie, tyle że bez zapłaty. Słyszę, że jak optyk brał do wymiany moje okulary i je obejrzał dokładnie przecież, nie zgłosił mi rysy. No nie zgłosił, bo rysy nie było. Jestem pewna, bo przecież wczoraj czytałam w nich książkę, a dzisiaj owinięte w mikrofibrę przyjechały ze mną w twardym futerale. Słyszę, że głupia jestem, że się przejmuję, denerwuję, trzęsę. Że mi zniszczono i słusznie domagam się naprawy.

I trochę się uspokajam.

A potem słyszę w sobie, że dorastam. Bo to pierwszy raz, gdy poprosiłam o naprawę czegoś mi zniszczonego. Zawsze odpuszczałam. I powinnam być dumna, że w ogóle tam pojechałam, powiedziałam (nie krzyczałam), spróbowałam.

Nie wiem, jak się skończy. Może stracę te okulary, może nie będą się już nadawały. Jestem spokojniejsza, choć nadal czuję żal. Smutno mi, że takie są czasem głupie sprawy na świecie, błahe przecież, a jakoś bolesne. Dla mnie, dla optyka.

Uprzedzałam, że będzie bez sensu.