To będzie długa opowieść bez sensu i większego znaczenia.
Taka skarga trochę, nudna dla niektórych, ale gdzieś się muszę wypisać. Sprawa
nie nadaje się do opisania nigdzie indziej.
Byłam dzisiaj u lekarza okulisty, który to przyjmuje akurat
w miejscu, gdzie jest także optyk. Chodzę tam od lat i tylko w tej firmie,
chociaż nie zawsze w tym akurat oddziale, zlecam wykonanie okularów dla mnie i
dla córki.
Po wizycie postanowiłam poustawiać co nieco. Mam dwie pary
okularów. Nowe, plastikowe, modne, reprezentacyjne, zdecydowanie nie są moimi
ulubionymi, chociaż to w nich najlepiej widzę i wyglądam. Wymagały lekkiej
regulacji, dopasowania.
Drugie są stare, mniejsze moce, cieniutkie, metalowe i
zdecydowanie niemodne oprawki sprzed około 15 lat. Nowe soczewki okularowe
wstawiałam już w tej firmie. Poprosiłam tylko o wymianę nosków, bo lekko
zżółkły. Uwielbiam te okulary, są leciutkie jak piórko. Trochę w nich
niedowidzę i pewnie gorzej wyglądam, ale chodzę w nich w domu. Zawsze są
idealne, zawsze pod ręką. To okulary pierwszego wyboru.
Sprawa była awaryjna z oczami, więc do lekarza wyszłam w
trakcie pracy. Spieszyłam się, bo każdą nieobecność trzeba odpracować, wiadomo.
Taka wizyta to dla mnie godzina pracy więcej. Odebrałam okulary i wróciłam za
biurko, ale jeszcze sobie chciałam popatrzeć na nowe noski. Zatem otwieram
futerał, odkładam „szmatkę”, którą nakrywam zawsze szkła, no i zakładam okulary
na nos.
Nie, nie jest dobrze. Jest tragedia. Centralnie przez lewe
szkło biegnie rysa. Mocno i świeżo wyryta szrama, od wewnątrz.
Myślę, że i tak są stare te okulary i przecież zrobiłam
sobie nowe, żeby ich już nie nosić. Ale jestem załamana, bliska płaczu. Nie ma
sensu ich wymieniać przecież. Kolejny wydatek nie wchodzi w rachubę zresztą,
ale … nie wyobrażam sobie cały czas chodzić w tych nowych, bo nie są tak wygodne.
Siedzę jeszcze godzinę w pracy i biję się z myślami co
zrobić. Mimo wszystko postanawiam wrócić do optyka i pokazać rysę, niezależnie
co z tego wyniknie. Koleżanka mówi zresztą, że ewidentnie widać, że rysa jest
od wewnątrz, na wysokości noska, mocna jakby jakimś gwoździem czy innym
szpikulcem zrobiona. Jestem pewna, że ktoś, kto to zrobił, chociaż na pewno nie
zrobił tego specjalnie, musiał coś poczuć.
No i się nasłuchałam, jaką jestem naciągaczką i kłamczuchą.
Bo przecież tak było, nie w tak porysowanych okularach wymienia się noski,
okulary są stare, bardzo stare, to normalne, że tak porysowane. Optyk się nie
przyznaje, to na pewno ja porysowałam i teraz pewnie chcę wymiany.
Tłumaczę spokojnie. Staram się nie podnosić głosu. Walczę,
żeby się nie rozpłakać. Chcę tylko tak, jak było, żebym mogła ich używać.
Żałuję w duchu, że mi żółte noski przeszkadzały, bo były ok. Wytrzymuję tyradę
zarzucanych mi kłamstw, patrzę prosto w oczy. Wiem, że stare oprawki, wiem, że
niedopasowane moce, ale chcę tylko wymiany tej jednej soczewki na taką samą.
Jest mi przykro, bardzo przykro. Nie potrafi mi się głos nie trząść, nie mogą
mi się ręce nie pocić. Dygocę. Nie rozklejam się, gdy optyk upewnia się, że
rozumiem, że zapłaci za to z własnej kieszeni. Naprawdę nie tego chcę. Chcę
tylko te stare okulary.
Zadzwoni, jak będą.
Dzwonię do osób bliskich i wygaduję swój żal. Słyszę, że
dziwne, że nie reklamacja, jak się optyk nie przyznaje. Bo kierownik optyka
wówczas by ocenił, jak powstała rysa i uznał reklamację wymiany nosków lub nie.
A tu bez reklamacji, zwykłe zlecenie, tyle że bez zapłaty. Słyszę, że jak optyk
brał do wymiany moje okulary i je obejrzał dokładnie przecież, nie zgłosił mi
rysy. No nie zgłosił, bo rysy nie było. Jestem pewna, bo przecież wczoraj
czytałam w nich książkę, a dzisiaj owinięte w mikrofibrę przyjechały ze mną w
twardym futerale. Słyszę, że głupia jestem, że się przejmuję, denerwuję,
trzęsę. Że mi zniszczono i słusznie domagam się naprawy.
I trochę się uspokajam.
A potem słyszę w sobie, że dorastam. Bo to pierwszy raz, gdy
poprosiłam o naprawę czegoś mi zniszczonego. Zawsze odpuszczałam. I powinnam
być dumna, że w ogóle tam pojechałam, powiedziałam (nie krzyczałam), spróbowałam.
Nie wiem, jak się skończy. Może stracę te okulary, może nie
będą się już nadawały. Jestem spokojniejsza, choć nadal czuję żal. Smutno mi,
że takie są czasem głupie sprawy na świecie, błahe przecież, a jakoś bolesne.
Dla mnie, dla optyka.
Uprzedzałam, że będzie bez sensu.
Delikatna jesteś...
OdpowiedzUsuńRozumiem, bo kiedyś wywalczyć swoje było mi bardzo trudno.
To, co u Ciebie przeczytałam pokazało mi, jak bardzo się zmieniłam.
Tak jak teraz jest o wiele lepiej.
Tobie też tego życzę.
I bądź, bądź dumna.
Koniecznie!
Ciesz się, że masz tylko takie sprawy. Widzisz w sobie zmiany na lepsze, to dobrze, progres charakteru. Nie taka całkiem bez sensu ta notka.
OdpowiedzUsuńJakbym o sobie czytała :)Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńAgnieszka
Z sensem, z sensem
OdpowiedzUsuńOptyk, to oszust, powinien przyznać się do zniszczenia i zaproponować wymianę, sam z siebie. Jednak w Polsce to wciąż klient musi obrywać, za niekompetencje pracowników.
Przykre. Bądź dzielna i nie miej poczucia winy, własność, to własność!
Nie ma znaczenia, czy stara, czy nie... zawsze mógł odmówić wymiany, jak widział, że nie ma sensu. Co za wredny typ, nie daj się.
Moim zdaniem oczywiście masz rację, a denerwować się nie ma czym. Nie kłócisz się z człowiekiem, tylko z efektem jego pracy jeśli się tak można wyrazić. Sam kilka dosłownie dni temu walczyłem z lombardem w którym przez internet kupiłem monitor, a który to w sklepie normalnie działał, a przysłany mi bez pudełka, zawinięty w folię bąbelkową tylko widowiskowo się zadymił. No bo przecież ileś razy ktoś nim walnął, ktoś na nim coś postawił itp. Więc napisałem spryciulom, że za nieudolność ich pracowników odpowiadać nie zamierzam i żądam zwrotu kasy. Otrzymałem po małej przepychance zwrot za sprzęt, za kuriera i jeszcze za paczkę, którą monitor musiałem odesłać. I nadal uważam, że nie mogło się to skończyć inaczej :)
OdpowiedzUsuńPozdrowienia