poniedziałek, 31 stycznia 2011

brąz

Prywatna terapia kolorem. Pakiet ekskluzywny. Dzisiaj - brąz. Cel - budowanie wiary.

Nie doceniają go. Szary, bury, nijaki. Taki brunatny jak napęczniała od wilgoci ziemia. Matowy jak niezzieleniałe strony kory odwiecznych drzew. Od natury do pordzewiałych metalowych rur, od barw zwierzęcych sierści do głębi piwnych tęczówek. Rozieńczony w złoto, skoncentrowany w heban.
Mój seans zawiera różne poziomy brązu: beż cieplastej wygodnej kamizelki (coś dla ciała), ceglasty kubek doprawionej do smaku mlekiem aromatycznej kawy (coś dla zmysłów), czekoladka z orzechem (coś dla endorfin), szybkoschnący lakier do paznokci w odcieniach nasyconego brązu (coś dla próżności) oraz zdefiniowany na dziś kasztanowy kolor czcionki w edytorze (coś dla oczu).
Wychodzi mi tak: brąz - kolor wiary. Ciepły, spokojny, bazowy, kolor z tła. Błyszczą na nim turkusy i jaśnieją beże. Powszedniość lub elegancja. Natura.
A z tą wiarą - to każda. Od zadeptanych klęczników po skrzyżowane dechy nad ołtarzem. Od rudych kitek po borowiki pod liściami. Od miłości w oczach po czułe głaskanie brązu na moich włosach.
Będzie dobrze. Wierzę w to.

sobota, 29 stycznia 2011

w poszukiwaniu zdrowia

Siedzę w domu - chora jestem. A w zasadzie nie siedzę. Ostatnie 4 dni albo leżałam albo łaziłam na żebry do przychodni, żeby mnie ktoś obejrzał, posłuchał itd. Nie to, że czułam potrzebę. I wcale nie miałam na to czasu ani siły. Poszłam ze strachu. No i dlatego, że nieodżałowany jeszcze abonament w prywatnej służbie zdrowia zadziała dopiero (co za ironia) od lutego. Ciekawe, czy wtedy będzie mi lepiej. Chciałabym, aby i wtedy zadziałała ironia, tj. żebyśmy od lutego wszyscy zawsze byli zdrowi. Będę bulić.
A teraz sobie tydzień jeszcze posiedzę.
Wszyscy już byli chorzy. Schemat jak z zeszłego roku. Wszyscy po kilka razy. Rok temu zachorowałam na koniec zimy i nie przestałam przed sierpniem. Ale pozostali byli zdrowi.
Mam nadzieję, że schemat powtórzy się w tym roku w ten sposób, że po mnie już nikt nie zachoruje aż do jesieni.
A na marginesie - jak tak dalej pójdzie, będę musiała zmienić nazwę bloga. Zamiast patrzeć w sufit, wbijam mętny wzrok w niesufit. Narzekam jak zawodowa maruda z kilkuletnim stażem. Na pewno się wszystkim wydaje, że pasjami rozdrapuję każde moje małe nieszczęście do żywej tkanki przyczyn, emocji i faktów.
Zatem chyba wprowadzę kilka zmian.
Dla zdrowotności.

wtorek, 25 stycznia 2011

bezsilność

Myśli zamykają mnie w świecie zaplanowanym. I każdy krok jest określony. Ma swój cel, wyznaczony termin, ma powód, jest i przyczyna, a wszystko tak poukładane, aby maksymalnie zintesyfikować działania i oszczędzić czas, energię, kasę, czy fatygę chociażby. A tymczasem - moje ja potrafi się otworzyć na Nowe dopiero wtedy, gdy nie mam czasu na przemyślenia.

Nie lubię być zaskakiwana. Nienawidzę niespodzianek, nawet tych miłych. Gorzej. Według mnie takie pojęcie jak "miła niespodzianka" nie istnieje. Z definicji bowiem należy do zaskoczeń, a zaskoczenia zawsze przynależą do ciemnej strony mocy. Barkuje mi na to czasu. Muszę szukać minut, gorączkowo, spiesznie i zawsze kosztem czegoś.

To pycha własna, pozycja numer jeden na liście siedmiu wspaniale potężnych, lubi utwierdzać mnie w przekonaniu, że to ja sama jestem demiurgiem własnego świata. Gdyby tak było rzeczywiście, jestem pewna, że pozostawałabym zamknięta w tym doskonale zorganizowanym grafiku układu skomplikowanych spraw. Bez zaskoczeń, niepunktualności, spraw nieprzewidzianych, nagłych zachceń, opóźnień i zaniechań. Żadna tam siła wyższa czy niespodziewany wypadek. Nic spoza listy, żadnych fuch i dodatków ani też skreśleń i redukcji. Po prostu plan doskonały ... na personalną izolatkę umysłu.

I dopiero bezsilność, to wstrętne uczucie, gdy nie tylko nie wiesz, co zrobić, ale też masz pewność, że cokolwiek zrobisz - i tak okaże się nieadekwatne i niczego nie zmieni, powoduje, że minuta przestaje być kolejnym numerem w kalendarzu. Za to jest jak czuły dotyk Kogoś, kto wie, jak bezmyślne jest moje szamotanie pomiędzy tygodniami plannera. Kogoś, kto pobłażliwie mi na to zezwala, chociaż wie, co ukryte jest w każdej podarowanej minutowej niespodziance. Kogoś, kto dziwi się, że potrafię tego nie dostrzegać.

Bezsilność otwiera okna na zatęchłych od myślowych wędrówek korytarzach. Nie trzeba się z niczym i nigdzie spieszyć. Wystarczy być, a minuty znajdują cię same.

piątek, 7 stycznia 2011

ślisko

Jakże łatwo się poślizgnąć! Spiesząc do zadań pilnych i ważnych po prostu stąpnąć nierozważnie podniesionym na słupku butkiem. Jeden ślizg, zamachanie brakiem skrzydeł, zignorowanie potencjalnie wyciągniętej pomocnej dłoni i można naprawdę dotkliwie zredukować dystans do najbliższej nam planety, namacalnej przeważnie gumowymi podeszwami.
I jak tylko tyłek z tego boli to naprawdę uznać należy zdarzenie za prawie nie byłe, chociaż ... gdzie tyłek tam i duma. A ona źle znosi wywrotki.

Moja ziemia spraw osobistych też przechodzi śliską zimę właśnie. Woda na grubym lodzie. Lezę po tym niezgrabnie, a wilgotna teraźniejszość maluje mi solną breją wymyślne wzorki na butach. Na pociechę pewnie. Albo z tak zwanej potrzeby piękna może.
 
Koncentruję się na tym, by nie wmieszać w tym kontekście tyłka w ziemskie sprawy. Aby kurtka nie była utytłana światem, a i poczucie panowania nad równowagą zachowane.
Idę powoli. I chociaż rzadko oglądam się za siebie, z każdym krokiem wdzięczna jestem, że nie wywaliłam się gdzieś na początku.

wtorek, 4 stycznia 2011

ja - kobieta

Zostały cztery dni, aby przebrać się za kobietę. Mam ten problem przy okazji nielicznych rodzinnych zjazdów, no i corocznego styczniowego balu karnawałowego.

Nic nie pomaga, że sobie obiecam uwrażliwić się na delikatność, na piękno dyndających wisiorków, na obcisłe bluzki i dobrze skrojone sukienki, pantofle. Co jakiś czas lądują w koszu ujędrniające i wygładzające skórę zestawy do różnych części mojego ciała, maseczki, mleczka, palety cieni i zaschnięte tusze do rzęs. Wszystko - na co nie znalazłam czasu więcej niż kilka razy podczas ich terminu użycia. Widać - kupić to za mało. Nie używa się samo. W każdym razie - starałam się. Dobra, trochę za mało, fakt.
Szkoda. Tak bym chciała mieć to we krwi i na pytanie o to, kim jestem, zaczynać odpowiedź od słów: "jestem kobietą ...". Chciałabym bawić się fasonami w różnych kolorach, dodatkami, torebkami, apaszkami. Chciałabym drżeć przy wystawach biżuterii i mieć przyspieszone tętno podczas relacji z pokazów mody. Chciałabym umieć codziennie czarować łazienkę w domowe spa i z uśmiechem znosić pachnące tortury mazideł, kadzidełek i innych takich.
I gdyby tak chociaż raz - szczerze, z głębi serca i z pełnym wewnętrznym przekonaniem westchnąć mimowolnie przy szafie, że nie mam co na siebie włożyć... Ale ja zawsze mam - lekko za duże spodnie, bawełniana koszulka w kolorze burym, za duży sweter, płaskie podeszwy wygodnych butów. Z biżuterii - zegarek. Mam kilka takich zestawów.
Z wyjątkiem zegarka, ale on naprawdę pasuje do wszystkiego.