środa, 28 września 2016

sezon na dynię się zbliża


Dzienniczek ucznia, a w nim ogłoszenia. A to się wycieczka zbliża, a to zawody klasowe w sporcie rozmaitym. Oprócz tego trzeba zielnik robić (nienawidzę!), liście zbierać, suszyć, wklejać, wrr.

I tylko jedno ogłoszenie mnie zainspirowało - planowane w klasie święto dyni. Za miesiąc. 
Mam dość dyskusji na temat pogańskości i innych przymiotników dotyczących ostatniego dnia października. Święto dyni to przecież coś zgoła innego! Chociaż nie mam pojęcia, jak będzie to święto moja młodsza córka obchodziła w klasie, postanowiłam się jakoś po swojemu przygotować. 
Może już za tydzień, dwa, podam do obiadu pieczoną dynię? Uwielbiam!

A póki co - dynia na parapet.


poniedziałek, 26 września 2016

poranny spacer z psem

 Ponuro jakoś. Pewnie, że mi się wcale nie chciało. Ale rano jakiś niedoczas był, a że ja zostaję w domu, do pracy nie jadę... Obiecałam wyjść z kundlem. Podprowadziliśmy małą do przejścia dla pieszych z sympatycznym panem stopkiem. Dalej pobiegła już do szkoły sama. A my, to jest ja i pies, skręciliśmy w alejkę pod kasztanami na łąkę.

Taka psina wiele ma do załatwienia z rana i to nie tylko swoich spraw. Nie inaczej niż ludzie. Wlokłam się noga za nogą dając jej czas na powąchanie wszystkiego, co widać trzeba, na znalezienie idealnych skrzynek kontaktowych do czworonożnych przyjaciół z popołudniowych spacerów. Przyjdą, powąchają, będą wiedzieć, że jej udało się już tutaj być z rana. A co!


Szłam i rozmieniałam tę godzinkę na drobne. Nieco myśli mi marzły i na wspomnienia mnie wzięło raczej tkliwe przy przedszkolu. A potem znowu jakoś tak na obietnice sobie składane latami bez pokrycia mnie tknęło, że trzeba by w końcu kimś się stać, zawalczyć, wziąć się w garść i ruszyć zdecydowaniej do przodu.



Pozazdrościłam jej trochę. Skończona psia perfekcja. Wybiegana z rana, pozałatwiane sprawy. Ile razy bym jej od kundlów nie wygrażała, to jednak z nas wszystkich ona jest mimo wszystko najbardziej rasowa.

I żadnego dnia nie musi sobie niczego udowadniać, farciara.


czwartek, 22 września 2016

kapcie na jesień

Obiecane kapcie do łażenia po bezdywanach na bosaka, czyli z absolutnym pominięciem skarpetek, wczoraj z wieczora zrobiły się same. 
I tylko dzisiaj machnęłam jeszcze ze dwa kwiatki do przyczepienia po bokach, bo stópki dziewczęce, ośmioletnie, to bez kwiatków, motylków czy ewentualnie serduszek byłyby zupełnie nie do przyjęcia.
A tak - są.




Jesień! Bezkarnie można będzie dziergać wieczorami na kanapie rzeczy potrzebne i te potrzebne mniej. W tym roku zaczęłam od kapci, ale mam już od pewnej ośmiolatki z ciepłymi stopami zamówienie na czapkę ;)

środa, 21 września 2016

szarlotka z marzeniami


Nie dało się wczoraj siedzieć z książką na balkonie. Jednak jesień wdziera mi się zza barierki i chłodzi moje zapędy co do odpoczynku na tak zwanym świeżym powietrzu. Póki co jedyne takie dostępne mi powietrze to mój własny balkon w granicach Warszawy.
Ale jak dom pachnie szarlotką z jabłek, gdzie ich winność obłaskawia cynamon... O, to można posiedzieć przy oknie, na kanapie, z książką lub planami na przyszłość z pogranicza marzeń.

Poczekam na zimę, gdy wszystko się zmieni. Ale nie będę czekała biernie. Spisałam sobie grzecznie w notatniku niczym nastolatka od myślników, co będę robić przedpołudniami, gdy cisza, spokój, dzieci w szkole, a obiad podgotowany. I może nie dam sobie rady z tymi planami, ale ... gdy tak pachnie szarlotką, nie sposób nie marzyć.

wtorek, 20 września 2016

same środki


A te kwiatki to ... dziwne, ponoć margerytki. Dla mnie jakieś takie oskubane. Nie mają płatków. Zostały same środki.
Zupełnie jakby odrzuciły swoje największe atuty, kolor, blichtr, elegancję. Została czysta esencja, zieleń, istota. Złudzenia opadły. Nie ma czym pomachać do powiewów życia, do wiatru.

Wybrałam je sobie z wiadra przy kasach, spośród barw. Na pewno by zostały na zwiędnięcie. Ale ja wzięłam - na pierwszy dzień mojego kolejnego długiego pobytu w domu, na przemyślenia, na symbol środka.

Są takie bezbronne w gruncie rzeczy, nieosłonięte, nieprzyozdobione, skoncentrowane. Nie, nie to, że mi ich jakoś żal, nie o to chodzi. Dla mnie są piękne w tej bezkompromisowej prawdzie.

niedziela, 18 września 2016

działka

Las, a przy lesie działka. Na niej najlepiej prawie nic. Nie kwietniki i nie trawa, ot może kilka wyrośniętych samosiejek dla zbłąkanych wiewiórek.
Gdzieś przy końcu drewniany dom, chatka taka niewyględna. Z tarasem, stołem, no może jeszcze jakieś stokrotki w szklance dla ozdoby. Choćby takie:


Może być kilka winorośli, ale niekoniecznie. Wolę jednak słońce niż fioletowe kulki słodyczy. No ale niech tam:


Może być karmnik na drzewie:


i zbłąkany motyl na obrusie:


i koniecznie zapas drewna do kominka na chłodniejsze jesienne wieczory:


I niech się nawet miesza czerwień bólu z zielenią nadziei na płocie, jak tutaj:


Może kiedyś... Takie ładne słowo, jak leniwe szczęście, błogość, obietnica.

w lesie

W zeszły weekend byłam w lesie, tylko nie miałam czasu o tym napisać. Że było początkowo nawet miło, poniekąd rodzinnie, ciepło i sielsko. Widziałam nawet jakiegoś węża, nie rozpoznałam gada, ale byłam dla niego wystarczająco hałaśliwa, bo zlęknął się mnie, biedaczek.
Grzyby były, ale tylko kolorowe, z tych pięknięjszych do zdjęć, a nie do talerza. Może lepiej nawet, bo w tym roku nie powinnam jeść grzybów. To i żal nie będzie.



W lesie dobrze się myśli, nie wiem czemu. Najlepiej na zielonych dywanach. Choć czasem trochę straszno, bo ciszy nie ma. Wszystko o sobie gada, pęka, skrzeczy, popiskuje.


Albo siły zbiera. Zupełnie jak ja.


czwartek, 8 września 2016

spacer po parku


Jak na osobę siedzącą (chwilowo) w domu, jestem niezwykle zajęta. Oprócz tego, że jak wiadomo nie da się siedzieć w domu i po prostu nic nie robić, znalazło mnie kilka dodatkowych zaangażowań poza domem. E, no nic szczególnego. Choćby ta wyprawa do parku, jeszcze letniego, zielonego, z ludźmi na kocykach w biustonoszach, z oranżadą na miejscu pod parasolami, z bosymi stópkami machającymi w wózkach.



Jak tu nie lubić brzóz? A ja się właśnie dowiedziałam, że moje ciało ich nie lubi. A także olch i leszczyn. Oraz że na podstawie pokrętnej logiki krzyżowych uwikłań nie mogę też jeść (kategorycznie!) orzechów i m.in. surowych jabłek, moreli, czereśni, śliwek... Oj, czemu ja zawsze tak słabo wypadam w testach?!



Więc sobie szłam po alejkach i nie po alejkach, myślałam o tym, o czym się samo chciało pomyśleć. Dzięki słońcu nawet udało mi się nawet oczy trochę zmrużyć na te ostatnie szczęścia, nieszczęścia.

niedziela, 4 września 2016

balkonowa niedziela


Obłożyłam się słowami, tymi z książek i myślami. Oparta o poduszki patrzę na wrzosy. Za balkonem popaduje sobie deszcz, jakby od niechcenia. Dziwna aura.
Pachnie zupą z zielonej soczewicy i na pozór to taka normalna niedziela. Późny poranek, krótki spacer, kilka telefonów, spokój.
Jeszcze nie nadrobiłam czasu w miarach odpoczynku. Jeszcze mnie powolność nie zamienia w gnuśność. Nie mam wyrzutów z powodu lenistwa, jak to zapewne wygląda.
Przyzwyczajam się do tempa, do niepatrzenia na zegar. Do wyszukiwania detali zwykle pomijanych, do doceniania czynności lekceważonych.
Siedzę na balkonie i cieszę się niedzielnym popołudniem, które mogę powtórzyć choćby jutro, pojutrze. A wiatr niech mi z serca wywiewa te niepokoje, niech sobie niebo płacze nad wrzosami. Nie ja.

piątek, 2 września 2016

odpoczynek



Dom opustoszał. Wszyscy wyszli do swoich światów, a ja zostałam w skrzynkach między wrzosami, w myślach między słowami, z kawą bez rogalika. Zdaje się miałam jakieś plany, nie pamiętam. Słońce jeszcze nie wpełzło na balkon, nie odpoczęły mi zmysły. Nawet obiad zagubił się gdzieś w domysłach. Siedzę i nie wiem, co dalej. Nogi mi odpoczywają na kocu, uszy otuliłam ciszą, przymykam oczy na domowy nieporządek. Odsuwam od siebie wszelką niecodzienną potencjalność. Chyba zdążę jeszcze i to, i tamto...

Iluzja, że mam dużo czasu.
Na wszystko.
Na poniedziałek.