Obłożyłam się słowami, tymi z książek i myślami. Oparta o poduszki patrzę na wrzosy. Za balkonem popaduje sobie deszcz, jakby od niechcenia. Dziwna aura.
Pachnie zupą z zielonej soczewicy i na pozór to taka normalna niedziela. Późny poranek, krótki spacer, kilka telefonów, spokój.
Jeszcze nie nadrobiłam czasu w miarach odpoczynku. Jeszcze mnie powolność nie zamienia w gnuśność. Nie mam wyrzutów z powodu lenistwa, jak to zapewne wygląda.
Przyzwyczajam się do tempa, do niepatrzenia na zegar. Do wyszukiwania detali zwykle pomijanych, do doceniania czynności lekceważonych.
Siedzę na balkonie i cieszę się niedzielnym popołudniem, które mogę powtórzyć choćby jutro, pojutrze. A wiatr niech mi z serca wywiewa te niepokoje, niech sobie niebo płacze nad wrzosami. Nie ja.
Teraz jest przepięknie. Co prawda może na dzień dzisiejszy Warszawa jest innego zdania, ale ja lubię gdy niebo płacze. Ma to taki swój swoisty urok naprawdę niebanalny.
OdpowiedzUsuńto prawda, w deszczu jest jakaś niebanalność
UsuńZ przyjemną książką, poduchami, wrzosami i kawą, to ja też tak lubię :) co tam nam deszcz :)
OdpowiedzUsuńI już kasztany, o raju :)
Usuńo tak! nieśmiałe kasztany
UsuńCzas na tarasie, z książką, kawa...a jeszcze deszczem...miodzio
OdpowiedzUsuńto prawda, po dzisiejszym dniu tak zaganianym, aż sama sobie zazdroszczę tamtej błogości
Usuń