środa, 11 grudnia 2013

"Deszczowa noc" Jodi Picoult

„Deszczowa noc” to powieść o miłości, ale szczególnej, takiej do granic pojmowania. Jak u Picoult, historie bohaterów przenikają się ze sobą i chociaż nie mamy tutaj „rozdziałowego” przemieszania narracji, wątek powieściowy nie jest snuty jednotorowo.

O tym, że Jamie kochał żonę i ją „zabił z miłości” dowiadujemy się już na początku. Z pozoru wydaje się, że wątek tego zabójstwa/morderstwa/aktu miłosierdzia (u Picoult nic nie jest jednoznaczne) będzie głównym wątkiem powieści. A tymczasem stanowi co prawda pierwszy plan historii, ale najważniejszym tematem powieści nie jest.

Jak rozkłada się uczucie w związku? Zawsze stanowi 100% i rzadko rozkłada się równomiernie pomiędzy partnerów. Czasem mąż kocha bardziej, czasem żona, niekiedy te proporcje ulegają zmianie na skutek wydarzeń, jakie rozgrywają się w związku lub poza nim, wywierając jednak wpływ na tak zwane pożycie.
Moim zdaniem, a w każdym razie tak właśnie czytałam „Deszczową noc”, główne pytanie powieści brzmi: Co to znaczy kochać bardziej? Roztrząsane są różne warianty.
Po pierwsze – kochać tak bardzo, by zrobić dla drugiej osoby wszystko. Nawet jeśli to oznacza zabić. Nawet nie z miłosierdzia, litości czy współczucia. Jamie zabił żonę dlatego, że go o to poprosiła. Oczywiście ważne są wszelkie okoliczności towarzyszące, długa choroba, nasilające się cierpienie, a także fakt, że pozostały Maggie czas zaczął zamieniać się w coraz boleśniejszy koszmar, prowadzący nieuchronnie do śmierci. Ale głównie Jamie zabił żonę, bo tego od niego oczekiwała.

Po drugie – kochać tak, by pozwolić drugiej osobie odejść. Tego właśnie uczy się Cameron. Abstrahuję przy tym od prawdziwości uczuć Cama, raczej na wiarę przyjmuję, że to prawdziwa miłość, a nie zauroczenie tylko. Czytelnik może sobie ocenić sam. Nie ma weryfikacji tego uczucia, nie jest ono sprawdzone, poddane testom. Jest tylko o nim mowa, w dodatku w narracji personalnej. Nie stanowi nawet powieściowego faktu – Cam tylko ją sobie uświadamia. A potem idealizuje, o czym przekonują nas zapiski na kartkach nostalgicznego pamiętnika. W zasadzie to bez znaczenia, obiektywnie wielka miłość czy nie, dla Cama – prawdziwa i emocje z nią związane są dla niego największym dramatem życia. W każdym razie w obliczu tego uczucia nic się dla niego nie liczy.

I wreszcie – kochać tak, by przebaczyć. Czytelnik widzi tylko początek tego zmagania. Miłości Allie nie potrafił zniszczyć nawet Cam. „Kocham cię, ale nadal nie bardzo lubię.” Allie nie traci miłości, tylko zaufanie. A przecież Cam był tylko jej mężem, nawet nie przyjacielem. Gdyby nim był, mogłaby chociaż opowiedzieć mu, jak bardzo ją zranił. Nie ma nawet tego.

Moim zdaniem „Deszczowa noc” to jej historia. Opowieść o dziewczynie, która bez szans na wzajemność zakochała się w super chłopaku i od początku na siebie wzięła większą procentową część uczuć w związku. Całkowicie wyzbyła się siebie, dobrowolnie złożyła się w darze w nadziei na pojawienie się coraz cieplejszych emocji, a potem miłości. I nawet brutalne odarcie jej z tych złudzeń przez męża nie zniszczyło jej miłości. Niektórym może się wydawać, że miłości trochę zaborczej, ale mogłabym z tym dyskutować.
Allie brnęła w tę beznadziejną historię niemal bez instynktu samozachowawczego, na ślepo i bezrozumnie. Ich poznaniem się rządził przypadek, pierwsze zbliżenie fizyczne przyniosło ból i frustracje i nawet na ich ślubie wciąż padał deszcz, padał też podczas ich pierwszej małżeńskiej nocy. Dla Allie – wyjątkowo trudna. Noc, gdy zaczęło się jej małżeństwo, noc świadomości, że na siebie bierze miażdżącą większość miłości, która spajać ma ich związek.

Jakże bardzo trzeba kochać, żeby przebaczyć? Powieść pokazuje jak, dokładnie i w etapach. Aż do całkowitego wyzbycia się siebie, do całkowitego podporządkowania, poprzez wszelkie drobne nieprzyjemności, poprzez większe zaniedbania, aż do bycia zdradzoną, oszukaną, zapomnianą i porzuconą. Aż do gniewu, nieudanej próby zemsty, aż do … odnalezienia swojej siły, samej siebie, swego głosu. Tak, aby dla drugiej osoby zrobić wszystko na ile się da i pozwolić odejść, jeśli zapragnie. A jak wróci … powtórzyć pewną deszczową noc, aby spróbować żyć razem od nowa, lepiej, inaczej.


A Ty - jak kochasz?


wtorek, 10 grudnia 2013

Lodowisko

Kilka dni temu jeździłam na łyżwach - cudowna sprawa! Polecam. Ostatnio - rok temu, a przedostatnio - ach! kilkadziesiąt (jak to brzmi!, no ale jednak dwadzieścia kilka) lat temu.
W tym roku było mniej traumatycznie. Nie trzymałam się kurczowo band przez pierwsze pół godziny. Dałam sobie pozwolenie na zachwiania, upadki, głupie miny i śpiewne "aaa" przy hamowaniu - zamiast alarmu.
W tym roku podeszłam do tego po prostu. Założyłam łyżwy sobie, dzieciom  i śmig! Jedno dziecię jeździ bardzo dobrze, dla drugiego - to był pierwszy raz. Dlatego poprosiłam o pingwinka. W końcu on częściej przebywa na lodzie niż ja.
A teraz myślę o tym po swojemu - spoglądając na lodowisko z sufitu. Naprawdę niezła alegoria, bogata symbolika. Nieruchome podłoże, lód, no ale nie ucieka przecież. Nieruchoma ja - w takim sensie, że nic z zewnątrz nie wprowadza we mnie zmian. Oczywiście to ostatnie dotyczy tylko uproszczonej rzeczywistości tafli lodu i tylko pod warunkiem, że nikt akurat na mnie nie wpada nie mogąc się zatrzymać. Dla ułatwienia sobie kontaktu tych dwóch bytów - lodowiska i mnie - dwie łyżwy - minimum oparcia na niekorzystnie śliskim podłożu. Trudno ocenić, czy to przypadkiem nie próba dystansu, a nie oparcia...
Wszystko razem - jak to wygląda w sufitu? Skostniała z lęku ja (dobór leksykalny nie jest przypadkowy) ogranicza kontakt ze światem do absolutnej koniecznej do zachowania jako takich pozorów poprawnego kontaktu powierzchni wydłużonych na 24,5 cm zaostrzonych milimetrów żelastwa i koncentruje się na trzymaniu pionu. Wszystko mimo wszystko (forma zamierzona). Do tego - tak zwana dobra mina - może nie uśmiech, ale też nie przerażenie. Niech się nikt nie zorientuje, jak niepewna siebie jestem, jaka nieporadna, bezradna, bezwładna.
Ćwiczenia z zachowania życiowej równowagi.
Nie, tak zupełnie źle nie było. Gdy małe stopy rozjeżdżały się mimo pingwina, jakoś udawało mi się nie pamiętać o swojej niestabilności. Nogi same szukały powłóczystych sposobów na dotarcie do zaciśniętych rączek. Udawało mi się podjechać w miarę zgrabnie, ba - zatrzymać się nawet, skręcić, a także kilka razy wykonałam coś w rodzaju przysiadu, nie zyskując przy tym większej powierzchni kontaktu z lodem. Sukces zatem.
Przez godzinę objeżdżałam potem swoje obawy, płynnie, bezwypadkowo. Upojona sukcesem tego ćwiczenia. Zauroczona niezwykłym odkryciem, że ruch dotyczący mnie w tej przestrzeni musi wyjść ode mnie. Zawsze. I niezależnie od okoliczności - to ja sama nim steruję.
A normalnie - to wiadomo - ślizgawka fajna sprawa. Nie tylko dla dzieci.

piątek, 6 grudnia 2013

Pod sufitem - wiatr

Nie przepadam za wiatrem, nie lubię go, nie cierpię po prostu, żeby nie powiedzieć, że wręcz go nienawidzę.
Ale po pierwsze - staram się nie poddawać temu uczuciu.

'Każdy Twój wyrok przyjmę twardy.
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy.
Od nienawiści strzeż mnie Boże.'

A po drugie - podobno najpierw trzeba coś kochać, aby to następnie nienawidzić. Ja i wiatr nigdy nie byliśmy w jednej drużynie.

'Czekolada' Joanne Harris, jedna z moich ulubionych powieści, zaczyna się i kończy wiatrem.
Rzekomo to on wprowadza zmiany. Żeby uporządkować szafę, najpierw trzeba zrobić bałagan, żeby wprowadzić ład - uprzednio musi być zamieszanie. Rozumiem to i zawsze sobie przypominam, gdy coś dogina mnie do ziemi i próbuje złamać. Każda zmiana to ryzyko, prawda? Czasem chciałoby się mimo wszystko dłużej pobyć w znajomym ciepełku własnego przyzwyczajenia.

A wiatr, cóż, nie pyta, czy to już czas - wieje po prostu, zmienia przestrzeń, szwęda się nad głowami, nad sufitami, miesza i prowokuje.

czwartek, 5 grudnia 2013

Dialogi poranne

Byłam w innym świecie, bardziej mglistym i nieokreślonym. Nie było ani lepiej, ani gorzej. Jakaś część mojej świadomości cieszyła się ciepłem przytulenia, miękkością poduszki, ciszą i zaciemnieniem nieba. Było błogo, jak to bywa niekiedy we śnie, zwłaszcza tym porannym.
Trzy budziki po kolei wywoływały mnie w świat, trzy okrutne kombinacje dźwięków, których nie daje się na dłuższą metę ignorować.
Wstawałam, przełączałam na drzemkę, wtulałam się w ulatujące z pościeli ciepło - i tak od nowa, i ciągle, aż było już tak późno, że powoli nerwowo.
Zerwałam się więc ostatecznie.
- Tylko mi nie mów, że to JUŻ.
- Dobrze. To JESZCZE.
- Kłamczucha!

środa, 4 grudnia 2013

zapomniałam

Znowu witam dzień rutynowo, jak zawsze. Szybko, szybko, mała kawa z cukrem, z mlekiem, z radiem i zza zziębniętej szyby na parking. Sąsiad skrobie szyby swojego samochodu, nie wiadomo po co, bo i tak znając życie – nigdzie nie pojedzie. Może skrobie dla zasady albo że zawsze tak było? Samo się nie oskrobie, a nawet jak się rozpuści to przecież nie to samo – rozpuszczone, a nie zeskrobane. A to może właśnie ma być zeskrobane, żeby było dobrze?

Słońca w szybach wieżowców brak – cóż za odmiana. Zimny blat, na blacie papier śniadaniowy, śmieszne koktajlowe kulki pomidorów. Sklejam kromki beżem masła. Czym posklejać swój dzień?

Buzi, buzi i jeszcze buzi, trzask drzwi i kilka schodów, dzień dobry na podwórku i poszukiwanie lewej dłoni przez prawą w rękawach kurtki - taka mufka na miarę naszych czasów, poliestrowa, doraźna, wystarczająca.

Dokonuję gimnastycznych cudów, aby nie ulec presji koncentracji na zachowaniu równowagi w tramwaju. Zamiast tego próbuję przyjąć za pewnik, że się nie wywrócę ze zjeżdżającą torbą na ramieniu, reklamówką w jednej dłoni, z drugą ręką na poręczy oparcia, z rozpostartą książką gdzieś pomiędzy – nie pamiętam, w której dłoni. Staram się nie czuć na sobie tych niezwerbalizowanych wyrzutów – tak mało miejsca, a jeszcze czyta, tak dużo toreb, a jeszcze czyta, tak wcześnie, a ona czyta. Skandal!

Praca, kawa, wszystkie te koleżeńskie powitania. W skrzynce bank się przypomina uprzejmie, że wkrótce nawiąże ze mną dodatkowy finansowy kontakt. Zaboli. Ale przecież te drobne zgryźliwości nie mogą rozkleić mi dnia, to tylko drobiazgi. Pewnie że mogłoby być inaczej, ale nie jest. Któregoś dnia pewnie nie będę mogła się nadziwić sobie, że nie doceniałam tej zwyczajności. Że mogłam świtem poderwać się do wtorku, że mogłam na czczo wypić kawę, że zanim wyszłam policzki wycałowały mi rozespane usta, z których pierwsze tego dnia padły słowa: „tobie też miłego dnia, mamusiu” lub ewentualnie „aha, już wstaję kochanie, zadzwonię”. Zanim doszłam do biurka kilkanaście osób odpowiedziało na moje „dzień dobry”, a po odpaleniu komputera ilość wiadomości upewniła mnie, że nie przyszłam tu na darmo. Mam coś konkretnego do zrobienia. Nawet wiele cosi.

Dzień mija za szybami, słońce rozświetla mi beton okolicznych kamienic, błyska w szybach. Dopiero co był poniedziałek, a tu już dalej. Listopad mignął tylko na kalendarzu, rok też pakuje się już na wyjazd do krainy wspomnień.

A tu już środa i nie pamiętam, która noga pierwsza mi wstała i na którą stronę. Miałam wczoraj opublikować, zapomniałam.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Przymiarki

Lubię przymierzać się do innych, nieznanych mi żyć. Zwiedzam jakieś miejsce, na przykład idę sobie nieznaną ulicą i zastanawiam się, czy mogłabym tu mieszkać, pracować, bywać. Jak by to było urodzić się tutaj, od zawsze przebywać - czy mogłabym czuć się tutaj szczęśliwa? Oglądam i snuję w sobie rozważania, przymierzam się na próbę, która i tak nie ma szansy na realizację. Ale przecież pomyśleć warto, prawda?
A gdy czymś się zainteresuję, gdy już postanowię pobyć sobie na przykład przez kilka lekcji adeptem jakiegoś zajęcia, staram się wpasować konwencję, obserwować i działać zgodnie z przyjętymi regułami. Jak już grać w squasha to w squasha, a nie po prostu byle jak odbijać piłeczkę o ścianę w tenisówkach i dżinsach. I nie dyskutuję z trenerem o zasadach gry - staram się je poznać, a nie krytykować od pierwszego treningu.
Uważam, że to przejaw szacunku. W każdym razie to właśnie czuję przymierzając się do czegoś dla mnie nowego. Daję sobie czas na zrozumienie. Jeśli nie zrozumiem, nie polubię - po prostu się wycofuję.

W tym roku zaczęłam chodzić na koncerty w filharmonii narodowej. Dla mnie - zupełnie nowe doświadczenie. Co prawda w dzieciństwie skończyłam szkołę muzyczną niższego stopnia (wtedy to się tak nazywało), ale nie byłam nigdy zagorzałą fanką muzyki klasyczną. Mam zresztą spore braki w wykształceniu w tej dziedzinie. Im głębiej wchodzę w ten świat, tym wydaje mi się, że te braki są większe.
W każdym razie, zgodnie z tym, jak zwykle postępuję w nowym dla mnie środowisku, chodzę do filharmonii ostrożnie, nabożnie niemal, starając się nikogo nie zgorszyć swoim zachowaniem, swoją ignorancją. Zakładam stonowany strój, nie wypowiadam niepotrzebnych słów, nie chwalę się, że coś mi nie podchodzi. Jestem wdzięczna, że można w ten świat wejść od tak z ulicy i pobyć sobie, popatrzeć, posłuchać.
W pewnym sensie uległam stereotypom sądząc, że w takich miejscach o zwiększonej dozie patosu to względnie młodzi ludzie nie potrafią się zachować. Bo przecież to nie tylko kwestia szacunku, ale też wychowania i kultury osobistej. A tymczasem ... kto najbardziej przeszkadza? Wyjadaczki cukierków w szeleszczących papierkach, konspiracyjne szeptaczki z pogłosem zagłuszającym delikatne piano ze sceny, operatorzy pukających klawiatur telefonów (dźwięk co prawda ściszony, ale jednak kilkanie słychać). Z przykrością stwierdzam, że to dużo starsze ode mnie osoby już po pierwszych nieśmiałych brawach wstają z miejsc i wychodzą w kolejkę do szatni lub damskich toalet. Oczywiście chętnie przyznają się, że komu na co taka muzyka, że chyba dobrze nie grali, bo nie było zabawy jak na koncercie Krawczyka. I skarżą się, że ktoś tam się na nich spojrzał znacząco, że ciągle kaszle i kaszle, a nos to wiadomo jak najskuteczniej wydmuchać...
Na wczorajszym koncercie siedziała koło mnie właśnie taka nobliwa pani. Jak już odwinęła z tego szeleścidełka landrynkę, przez kilkanaście minut bawiła się opakowaniem. A gdy w końcu dużo młodszy od niej pan siedzący przed nią odwrócił się karcąco, szepnęła do swojej towarzyszki "widziałaś? to skandal".

Uważam, że to nie grzech nie pasować gdzieś. To się przecież zdarza. Jak mamy znaleźć swoje miejsca, nie próbując wpasowywać się w nowe? Ale z czego wynika to poczucie rzekomego bycia ponad to, co właśnie próbujemy poznać? Skąd ta skłonność do natychmiastowej krytyki i zaznaczania swojej odrębności, zwłaszcza jeśli czujemy się niepewnie i wydaje nam się, że to jednak nie miejsce dla nas? Dlaczego nie można po prostu wytrzymać tych kilku minut, przeczekać, wycofać się w milczeniu?

Myślałam początkowo, że to wszystko przez to, że obecnie za największą wartość świat uważa egoizm i dążenie do bycia innym, czasem na siłę. Oczywiście nie wprost, lecz jakby się zastanowić nad większością masowych przekazów, sposobu prezentacji biografii i w ogóle składu grupy celebrytów to głównie o to chodzi, żeby być na tyle skomplikowanym, aby nigdy nie podlegać pod jakiś wzorzec. Ale to chyba miałoby zastosowanie głównie do naprawdę młodych ludzi, nastoletnich, a tak nie jest. W każdym razie w tym zakresie mam całkowicie odmienne spostrzeżenia.
Chyba że ... nowy świat obudził się jakieś dzikie instynkty w ludziach pamiętających inne rzeczywistości. Może poczucie, że coś stracili nie zawsze mogąc w młodości wyznawać to, co chcieli, robić to, co ich wyraża? A może to taka fala krytyki każdych rzekomo skostniałych zasad? Bo w końcu - co to znaczy, że nie dość, że płacę za bilet, to jeszcze muszę porządnie wyglądać, siedzieć nieruchomo, wyłączyć telefon, nie kichać, nie kasłać, nie jeść, nie szeleścić, nie wstawać, nie czytać i nie wysyłać smsów? A co jeśli akurat chcę? Skandal po prostu!

Nie wiem, jak jest. Może jestem niesprawiedliwa pisząc o tym na blogu w ten sposób. Może nie powinnam tak myśleć o ludziach. Ale trochę mi to nie dawało spokoju.
Na zakończenie przyznam się nieśmiało co uważam. Otóż podejrzewam, że takie zamieszania robią ludzie niezdolni do przymiarek, tych życiowych przymiarek. Są tak wspaniali sami w sobie, że jeśli występuje zgrzyt, to nie oni nie pasują, ale świat. I to on powinien dopasowywać się do nich.

wtorek, 26 listopada 2013

"Pół życia" Jodi Picoult

Zrobiłam to celowo – zaraz po „Głosie serca” z 1992 r. przeczytałam właśnie „Pół życia” z 2012 r. Najpierw debiut i zaraz potem - jedna z najnowszych książek. Lubię tak robić, gdy poznaję twórczość dopiero odkrytego autora. Chcę wiedzieć, skąd startujemy i dokąd póki co doszliśmy, a twórcze dojrzewanie, czyli cały „bolesny” środek, etapy kształtowania się głosu autora, jego stylu i wybór przez niego tematów, zostawiam sobie na deser.

Nie ma po co zmieniać schematu, który działa. W zasadzie „schemat” to złe słowo, chodzi bardziej o metodę prezentacji, sposób na wciągnięcie czytelnika w wir opowiadanej historii. W powieściach Jodi rzeka fabuły nie płynie jednym korytem. Mamy możliwość zwiedzać wszelkie meandry historii, mamy okazję oglądać tę literacką rzekę z pozycji głównych bohaterów, z każdej strony po kolei. Nie ma wszechwiedzącego narratora, który określa, co jest prawdą w świecie przedstawionym. Głos zabierają bezpośrednio bohaterowie, dlatego pytanie o prawdę nigdy nie pada. Bo każdy ma swoją.

Czytelnikowi jest wygodnie w każdej łódce, do której wsiada wędrując przez prezentowaną historię. Mnie w każdym razie przekonuje ten typ zmiennej narracji i taki sposób opowiadania, że łatwo po kilku zdaniach przyjąć punkt widzenia bohatera-narratora. A w następnym rozdziale narrator się zmienia i oto znowu nie sposób się z nim nie identyfikować lub chociażby – przyjąć jego sposobu myślenia.

„Pół życia” też nie daje jednoznacznych odpowiedzi. Mimo że czytelnik nie należy do rodziny Luka, póki historia dzieje się na jego oczach, sam nie wie, co by zrobił z wtyczką do respiratora. Jedyne co może to czytać dalej, a zaprezentowane w powieści punkty widzenia targają nim jak rzeczywiste emocje, których pewnie doświadczałby w podobnej sytuacji.

Oprócz narracji i szacunku autorki dla złożoności podejmowanych zagadnień, moją uwagę zwraca konstrukcja głównych męskich bohaterów przeczytanych przeze mnie powieści Jodi. W obu – mamy typy wybitnie męskie, niemal samowystarczalne, naukowcy lub praktycy z dziedziny biologii i niezbadanych stworzeń dzikich, wybitni w swoich dziedzinach, studiujący zachowania stadne wielorybów i wilków, zaniedbujący jednocześnie swoje własne rodziny. Gdzieś na swej drodze zwykle dochodzą do tego, że jakoś tam zawiedli – powiedzmy – życiowo. Że ich sukces nie jest pełny, bo nie wpisuje się integralnie w definicję ich człowieczeństwa. Tak przynajmniej było w "Głosie serca". W "Pół życia" mamy trochę inny wariant tej "męskości".

Główny dramat Luka polegał na tym, że nie był w stanie w całości poświęcić się danej sprawie. Życie oddałby za wilki, ale też za rodzinę, co uświadomił sobie potem. Lecz nie da się podzielić swojego życia na pół. Luke szanował wilki za ich zasady, które wyznaczały jasny ład ich życia, a co za tym idzie – funkcji w stadzie. Paradoksalnie cenił ich zatem za coś, w czym sam zawiódł w drugiej ważnej dla siebie dziedzinie życia. Odszedł od swojej rodziny, pozwolił się jej rozpaść. Tak nie postępuje wilk.

Cenne są także w książce wszelkie opisy dotyczące życia wilków. Jasne, niektórzy już o tym pisali, odnosili do życia ludzi w różnych sferach. Przyrównuje się watahę do gruo tworzonych naturalnie lub sztucznie przez ludzi, do rodzin, grup rówieśniczych, współpracowników. Robi się to głównie, aby wykazać pewne podobieństwa oraz wskazać skuteczność i siłę wilczych grup. Była nawet, a może nadal jest, moda na wilczą tematykę. Tak czy inaczej – w książce Picoult nie ma na szczęście ideologii. Wszystkie urywki tego swoistego dziennika Luka czytałam z dużym zainteresowaniem.

Na prywatne potrzeby wypisałam sobie nawet dwa cytaty. Jeden - ważny w kategorii samodoskonalenia: "Najważniejszy wilk w stadzie to nie ten, który używa przemocy, lecz ten, który może, ale tego nie robi".
A drugi cytat, aby go przymierzyć do własnych trudnych relacji: "Bo nienawiść to rewers miłości. Jak orzeł i reszka. Jeśli nie wiesz, co znaczy kogoś kochać, skąd możesz wiedzieć, czym jest nienawiść? Jedno nie istnieje bez drugiego".

czwartek, 21 listopada 2013

Marzenia na weekend

Wyjeżdżam na weekend - takie mam plany. Niedaleko, zaledwie dwieście parę kilometrów, nie na długo - tylko jedną noc. Na trochę.
Będziemy mieli na wyłączność pilota do telewizora, a wieczorem nie będę przygotowywała kolacji. Gdybyśmy mieli taki kaprys - możemy zaspać na śniadanie, którego - to ważne! - nie będę ja przygotowywała.
W planach mam też sobotnie zwiedzanie po trasie, basen i saunę w  hotelu, kieliszek wina po kolacji. Wszystko, by poczuć się wyjątkowo, poprzebaczać sobie za dalekie dyskusje, zbyt kolczaste słowa, oczy nagle odkochane, ogarnięte szałem wytykania wzajemnych błędów, wielokrotne odwracanie się do ściany, wzruszanie ramionami.
Może nasze stopy spotkają się w jacuzzi i mały palec wybaczy drugiemu swoją dużą ignorancję i wszystkie nietakty? Może samo się doda do pytania przy śniadaniu - przynieść ci kawę - nieużywane ostatnio słowo 'kochanie'?
Niech będzie nieśpiesznie, leniwie i razem. A po powrocie - niech tak nam zostanie.

środa, 20 listopada 2013

"Przyjaciółka z młodości" Alice Munro

Przyznam, że mam problem z tą pozycją, taki rodem z Gombrowicza. Bo jak ma zachwycać, jak ... no właśnie – nie bardzo zachwyca, choć czuję, że powinno.

"Przyjaciółka z młodości" to zbiór dziesięciu opowiadań, całkiem zgrabnie napisanych, miejscami wciągających, z wyrazistymi bohaterami, nietuzinkowymi emocjami, ściśle osadzonych w określonych realiach, rzeczywistych i prawdopodobnych. Czytając ma się jednak wrażenie, że są one wspomnieniami o osobach niegdyś znanych bardziej. Cały czas miałam takie odczucie, jakbym trzymała w dłoniach pudełko zdjęte właśnie z szafy, przewiązane zakurzoną wstążką, tylko symbolicznie broniące dostępu do dziesięciu fotografii. Podobne opowiadania snują się same podczas oglądania zdjęć z młodości, gdzie wspomnienie przeszłości miesza się z wiedzą o tym, co się stało z bohaterami później. Gdy się dostatecznie długo przytrzyma zdjęcie w dłoni, oprócz ogarniającej nas zadumy, dostrzeżemy wyraźnie uchwycone w kadrze detale.

Zatem obejrzałam te "zdjęcia" z pudełka Munro i nie żałuję. Jednak długo nie będę ich pamiętała. Podobnie, jak nie pamięta się opowieści o ludziach, których się nie znało, zdarzeń, w których się nie uczestniczyło, emocji, które nas nie dotyczyły. Ot, fotografie.

Może jeszcze nie dorosłam, a może po prostu winić trzeba moje literackie upodobania, w których zdecydowanie nie mieści się forma opowiadania. Nie tak łatwo daję się wkręcić w prezentowany mi świat, zwykle mija kilkadziesiąt pieczołowicie nafaszerowanych chwytami literackimi kartek. Tutaj, jak już zostałam porwana w wir zdarzeń, opowiadanie osiągało swój kres, pozostawiając mnie zaintrygowaną dalszym ciągiem, którego – jak to w opowiadaniach – zwykle nie ma.

wtorek, 19 listopada 2013

naszyjnik powagi

Siedzę w pracy za monitorami, nad bardzo ważnymi dokumentami, niby skupiona, znudzona lekko, trochę głodna i jakby trochę myślami już w domu w kuchni, z wypakowanymi zakupami, nad garnkami. Ale póki co czytam i zmuszam się do pracy. W pokoju półmrok, bo za oknem ciemnawo. Na każdym biurku lampka, stukają klawiatury, rolują się wałeczki myszek po elektronicznych dokumentach, ołówki komentują nieśmiało co trudniejsze akapity na papierach.
Wszyscy jesteśmy tacy poważni, skupieni. Jeśli rozmawiamy to zwykle na temat, jeśli coś roztrząsamy to tylko merytorycznie. Mało jest czasu na cokolwiek innego, choć czasem się zdarza. Lecz teraz siedzimy i niemal widać jak nam mózgi parują i dym idzie z komputerów. Każdy ma ważną sprawę do rozstrzygnięcia, opiniowania, napisania. Koleżanka zaczyna coś mówić, tak mimochodem i całkiem nie a'propos, że przerywa nagle nie czekając na koniec zdania, w zasadzie – w połowie wyrazu.
I tak to śmiesznie wychodzi, absurdalnie, irracjonalnie, lecz tak ludzko zarazem, że wybucham nieoczekiwanie śmiechem, prawdziwie dziecinnym, perlistym takim, że niemal słychać upadające perełki chichotu jak z przerwanego naszyjnika powagi.

niedziela, 17 listopada 2013

"Druga miłość" Anita Shreve

Wyobrażam sobie, że można na tę powieść popatrzeć jak na leniwie opowiedzianą nudną historię pewnego ślubu, który odbywa się w pensjonacie w obecności kolegów i koleżanek sprzed lat. On, Pan Młody, zostawił żonę, ona, Panna Młoda, ma raka i może ze dwa lata życia przed sobą. Blisko 30 lat temu omal nie ślubowali sobie miłości. Wtedy nie wyszło. Potem każde miało swoje życie, które doprowadziło ich do szkolnego zjazdu. Wróciły wspomnienia, pojawił się żal o stracone lata, a także – brawura, naiwność, odwaga? - by zmienić decyzję sprzed lat i niebycie razem zamienić na bycie.

Nieprzypadkowo napisałam "naiwność". Jeden z bohaterów wypowiedział następujące zdanie: "Nigdy nie poznamy tego, co się nam nie zdarzyło". Zatem nowe razem nie jest wcale powrotem do tamtego czasu, niczego nie naprawi, nie wykreśli przecież zdarzeń pomiędzy spotkaniami.Pewnie też nie mogłoby się zdarzyć z miliona powodów, gdyby coś kiedyś przypadkiem o mały włos...

Ktoś, kogo nigdy nie zaskoczyło zadane sobie pytanie o swoje młodzieńcze wybory, także te podjęte nieświadomie i wtedy nieprzemyślane, podjęte pod wpływem impulsu, z przekory lub fałszywej dumy czy mylnych wyobrażeń, tego ta książka znudzi, nie zrozumie jej, nie doceni. Zapewne nazwie ją banalną, bo w sumie to oczywiste, że każdy nasz krok ma znaczenie dla kierunku, w jakim idziemy. Powroty są możliwe, chociaż każde doświadczenie zmienia nas na tyle, że wracamy nie ci sami i nie dokładnie do tego, co było.

A może to też tylko pozór? Czy naprawdę się zmieniamy? Może nasze wewnętrzne "ja", niezmienne w swej istocie, konstytuujące nas, obrasta tylko zdarzeniami, minionymi latami dokładnie tak, jak drzewu przybywa słojów, wyrastają mu nowe gałęzie, ubywają konary, obumierają korzenie, ziemia się wyjaławia. Lecz jeśli ktoś zna mnie, moją wewnętrzną niezmienność, za młodu nieznacznie przecież obrosłą życiem, i potrafi pominąć wszystkie późniejsze naddatki, może powrót do miejsca podjęcia w przeszłości decyzji jest możliwy, może nie jest wykluczone, by spróbować zacząć budować alternatywną naszą historię?

Powieść nie udziela odpowiedzi, opowiada kilka różnych historii, bohaterowie opowiadają sobie je sami. Ale ważniejsze, że w powieści jest przestrzeń do snucia własnych rozważań. Fabuła, perypetie bohaterów to tylko pretekst - właściwa opowieść toczy się poza nią.
"Tylko jedno życie jest możliwe, drugie trzeba sobie wyobrazić".


czwartek, 14 listopada 2013

"Głos serca" Jodi Picoult

To pierwsza powieść tej autorki, po którą sięgnęłam i na pewno nie ostatnia. Ciekawa lektura, także pod względem literackim. Sama fabuła w zasadzie jest banalna. Mamy małżeństwo i ich piętnastoletnią córkę. Oliver jest bardzo znanym naukowcem, badającym wieloryby. Jane jest żyjącą w jego cieniu żoną, z tak zwaną mroczną przeszłością, naznaczoną rodzinną tajemnicą. Córka Rebeka jest dla niej całym światem. Wszystkie emocje między nimi rozrysowane są w najdrobniejszych szczegółach, poddane analizie, prześwietlone niemal. Nie jest zatem trudno przewidzieć, że oto Jane przełamuje istniejący rodzinny układ.
To nie jest zwykła powieść drogi i historia dojrzewania kobiety, przy czym przy okazji warto podkreślić, że bynajmniej nie chodzi o zmiany zachodzące w Rebece, ale Jane. To także nie zwykły romans, nawet w dwóch wariantach, ani nie opowieść o różnych wariantach miłości. Wszystko po trochu.

Narracja jest ciekawa, pierwszoosobowa, ale z pięciu perspektyw, bo wypowiadają się wszyscy główni bohaterowie. Oprócz już wymienionych przeze mnie, głos zabiera także brat Jane Joley oraz Sam, jego pracodawca i kochanek Jane. Narracje przeplatają się, przy czym Rebeka przedstawia swoje spojrzenie nie chronologicznie, ale od końca. Dzięki temu uzyskano ciekawy efekt historii, która zatacza koło. Znalazłam tylko jedno potknięcie, mało istotne.

Generalnie – bardzo udany debiut autorki, która ma już na koncie naprawdę wiele pozycji, po które nie omieszkam sięgnąć.


poniedziałek, 11 listopada 2013

czarny sweter

Czarny sweter, golf, niedopasowany w talii, standardowy w ramionach i dodatkowo nieprzyjemnie sztuczny, bo w 100% z akrylu – już do mnie nie pasuje. Ten maszynowo wykonany kamuflaż, bezpieczny, bo niezauważalny mundurek już mnie nie wyraża, nie uosabia "mojej indywidualności i wiary w wolność jednostki". Sprawdziłam.
Pół liceum przechodziłam w czymś takim i zawsze czułam się w nim niewidzialna, taka sama, jednakowa. Wtedy miałam taką potrzebę widocznie, bo wcześniej, pamiętam, często słyszałam, że jestem dziwna. Nie chciałam być wyjątkowa, chciałam swetrem realizować pierwotną potrzebę przynależności do stada. Połowicznie się udało, ale potem, jak to zwykle bywa – przeszło mi i zaczęłam się wyodrębniać, różnicować, kolorować swetry i nosić na szyi przyklejone do sznurka włoskie orzechy. A co!
Czarny sweter jest moim prywatnym symbolem tamtego trudnego okresu, etapu, z którym jeszcze się przed sobą nie rozprawiłam.
Ten licealny egzemplarz został zniszczony albo oddany, nie pamiętam. Myślałam, że w "dorosłej"szafie nie mam już takich masek. A jednak kilka dni temu znalazłam go gdzieś na dnie, wyprałam, wysuszyłam i bladym świtem na wpół śpiąc założyłam znowu po latach czarny golf, tym razem do pracy.
Nie czułam się komfortowo. Długo przebijałam się przez swoje odbicie w lustrze. Myśli i odczucia wracały do mnie, cała ta niepewność, nieporadność, lęk, ale sweter nie chował mnie w bezpieczną kieszeń rzeczywistego "teraz". Przede wszystkim – szpecił. Nie ocieplał jednakowością, nie przydawał elegancji czernią, nie zapewnił luzu swym niedopasowaniem. Kaleczył mnie, uwsteczniał, zamykał w dawnych niepewnościach i o mało co nie uwierzyłam, że niewiele się we mnie od tamtej pory zmieniło.
Praca wciągnęła mnie w swoje zamknięte w tabelach rozbudowane struktury. Czerń swetra nie przenikała monitorów, a z lustra jednak patrzyła na mnie twarz kobiety, a nie dziewczyny z rozpuszczonymi długimi włosami w kolorze raptem o kilka odcieni jaśniejszym od golfa. Teraz w moich oczach niepewność nie wynika z niewiedzy, lęk ma inną gęstość, rzęsy są dokładniej wypłukane w roztworze krzywdy i żalu, urażonej dumy, utraconych chwil i nadziei. Pamiętam, że gdy czułam się źle, zakładałam czarny sweter i sądziłam, że tego nie widać, choć czułam się tak samo źle. Mając wtedy ten golf na sobie nie potrafiłam pokonać czerni.
A teraz? Z miłością i wyrozumiałością oraz mając świadomość swojej dziwności – uśmiechnęłam się w lustrze do tej przerażonej nastolatki o głębokich oczach w kolorze swetra. Może to ją trochę ośmieli, może ułatwi mi zbliżenie się do niej...


środa, 6 listopada 2013

nie warto jesienią zdejmować skarpetek

Dopadło mnie tak zwane życie. Oczywiście nie zadzwoniło kulturalnie z informacją, że właśnie szykuje zmiany i będzie jakoś inaczej i warto by się na to przygotować. Po prostu - dup i stało się. Spadły liście z jarzębin pod blokiem, ciepła kurtka wypełzła z szafy, zabolało gardło, zawiało październikiem, listopadem i zamiast na spacer wstąpiłam do apteki po jakieś wspomagacze. Jakoś inaczej wyglądają poranki, trudniej dojechać do pracy i nie jest już tak zupełnie bezstresowo, na luzie i przyjemnie. Gumka od rajtuzowych stopek za ciasno oplatała mi kostki i aby pozbyć się napuchniętej obrączki cały dzień siedziałam w balerinkach na bose stopy. Cóż, poszło w chusteczki, kasłałam na monitory i termometr pokazywał przez jakiś czas wyższe rejestry. Może trzeba było jednak nie zdejmować tych skarpetek...
Odpuściłam kilka ćwiczeń - musiałam. Poleniuchowałam nad książkami lub po prostu przy zgaszonym świetle popołudniami, bo choć nikłe i tak jakoś raziło. Poszwędałam się po cmentarzach, podpatrywałam wiewiórki, przeprosiłam się z rosołem z lubczykiem i czosnkiem, dopasowałam go do literkowego makaronu. W pracy trochę się uspokaja, zaplanowano jakieś zebrania w przedszkolu i pracy, zaczynają mi przeszkadzać nagromadzone w szafach zapasy włóczek. Ot, życie po prostu. Czekam na weekend, na dospanie, leniuchowanie, lepsze książki i ambitniejsze filmy, wybieram się na obchód blogów nieczytanych od wiosny. Zamierzam zrobić kilka par skarpetek, jedno ponczo, skończyć sweter w kolorze wieczornej szarugi. Będzie dobrze. Musi być.

wtorek, 5 listopada 2013

"Ja, Klaudiusz" Robert Graves

Powieść historyczna, chociaż czyta się jak niezłą obyczajówkę, tylko imiona inne i zwyczaje cokolwiek barbarzyńskie, za to jakie - cesarskie!

W powieści jak to w dobrej powieści, uznanej wielokrotnie zresztą na pozycję szczególnie godną uwagi - jest wiele płaszczyzn, które nadają się do wnikliwej analizy. Można zatem popatrzeć sobie na tę powieść tradycyjnie jak na wspomnienia formie pamiętnika spisane przez członka rodziny cesarskiej, a że okazuje się on wnikliwym obserwatorem swoich czasów to naprawdę sporo można się dowiedzieć o słabościach jego rod. Historycy znajdą wiele smaczków, bo tak zwane tło nie jest mgliste, ale przekonująco wyraźne i sięga daleko poza cesarską dynastię. Na przykład nienazwane wprost straszy po kątach widmo nadciągającego chrześcijaństwa.

Druga płaszczyzna to oczywiście postać głównego bohatera i konwencja „nieudanego” chorowitego dziecka odrzucanego przez własnych bliskich, później niedocenianego historyka oraz oczywiście kolejne literackie wcielenie idioty niebędącego idiotą. Zaryzykować można by twierdzenie, że w tak ukazanym starożytnym świecie przedstawionym przetrwać możne tylko jednostka uznawana za ułomną, czyli konsekwentnie – niegroźną. Klaudiuszowi nie tylko udaje się przeżyć, ale też wbrew swoim ambicjom zostaje obdarzony zaszczytem uznawanym w tym świecie za najwyższy. Cóż, cokolwiek byś nie robił, rodzina i tak cię dopadnie!

Moją uwagę najbardziej przyciągały jednak te fragmenty, w których była mowa o kobietach. Bynajmniej nie tylko w kontekście sprawowanej przez nie władzy, choć rzeczywiście takiego jawnego okrucieństwa jednak się nie spodziewałam, dlatego każda kolejna intryga babki Klaudiusza wywoływała dreszcze. Fascynujące było jednak coś innego – w tym świecie nikt nie kwestionuje ukrywanej dzisiaj prawdy, że wartość mężczyzny potwierdza jego małżeństwo z odpowiednią kobietą. Zwykle – nie tylko w literaturze – twierdzenie to jest odwrócone, bo piętnuje się raczej niezamężne niewiasty. Tutaj kobieta jest nagrodą i pieczęcią potwierdzającą status społeczny. Szkoda tylko, że niestety raczej w sposób swobodny i niewybredny w metodzie mężczyźni mogli sobie ten status sami zmieniać, od ręki.

Generalnie – przyznam na zakończenie, że przeczytałam tę książkę jedynie z sentymentu, bo przypomniałam sobie, że wiele lat temu była to ulubiona powieść mojej koleżanki. Jej samej nigdzie nie mogę odnaleźć. Pomyślałam, że pokonując miniony od liceum czas i nieznaną mi przestrzeń, w której teraz się znajduje, poszukam śladów znanej mi niegdyś Gosi w powieści, o której opowiadała na korytarzach między fakultetami.

Przeczytałam i nie żałuję. Jestem gotowa do dyskusji z nastoletnią Gosią, gdziekolwiek jest.


piątek, 25 października 2013

"Żart" Milan Kundera

Ach, ta słowiańska dusza! Młodość wpleciona w dzieje narodu, upodobanie do muzyki, wódki i kobiet, a także to przekonanie o swojej nieujawnionej wyższości, ważności, specjalnym przeznaczeniu indywidualnych losów. A przy tym dystans do własnych zaangażowań – ot choćby do partyjnej zasadniczości, do miłości, której nie daje się szansy objawić, do siebie, gdy trzeba wyrzec się w imię czegoś, w co się już nie wierzy.

Tutaj indywidualnie pojmowana sprawiedliwość miesza się nie tylko z zemstą, którą podobno najlepiej wymierzać na zimno, ale także z próbą osiągnięcia jakiejś narodowej, dziejowej sprawiedliwości. A tymczasem krzywda narodu to szereg nieszczęść jego obywateli, w dodatku niezawinionych, ot połączonych luźnym splotem spędzanej w jednym mieście młodości. Coś, co miało być żartem wyrośniętego młokosa, sztuczką, na którą nie złapała się nieco sztywniacka dziewczyna, wtrąca Ludwika w machinę, która losuje dla niego całkowicie odmienny życiorys niż ten, do którego wydawał się być przeznaczony.

I oczywiście po latach wraca. Literacki motyw powrotu do elementu przeszłości bohatera, tutaj sprzężony z miejscem, świetnie się sprawdza do takich rozliczeń. Przy okazji wychodzi na to, że zemsta na zimno nie pasuje do Słowianina. Nie daje satysfakcji realizacja po latach wyliczonego rachunku krzywd, choć może kalkulacje były poprawne. Trzeba było wtedy, w tej innej rzeczywistości, dać oprawcy w gębę, potrafić mu się przeciwstawić… ale żeby to umieć – trzeba było przeżyć najpierw to wszystko, co okazało się skutkiem doznanych krzywd. A tego słowiańska dusza na trzeźwo na klatę wziąć nie potrafi.


czwartek, 24 października 2013

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen

„Pożegnanie z Afryką” dla mnie okazało się bardziej przywitaniem. Niektórym wyda się może dziwne, że nie widziałam filmu, nie czytałam wcześniej tej pozycji, chociaż oczywiście - o jednym i o drugim całkiem sporo słyszałam. Z grubsza znana mi też była biografia autorki, ot - tyle tylko, ile potrzeba, by nadać dziełu etykietkę „na faktach autentycznych”. Czasem to zachęca odbiorcę, mnie raczej odrzuca. Pewnie dlatego tyle lat zajęła mi decyzja o przeczytaniu książki.

To nie jest pożegnanie z czymś egzotycznym. Może dla ludzi nie do końca wkręconych w temat Afryka i zamieszkanie gdzieś w jej przestrzeni wydaje się jakąś obcą ideą, nowością, odwagą. Pożegnanie byłoby zatem w tej konwencji powrotem do europejskiej normalności. Lecz ja czytałam to inaczej, jak opowieść o zakończeniu pewnego rozdziału w życiu, odejściu z domu wymuszonym przez okoliczności, koniecznej zmianie statusu. Spokojna narracja utrzymana w stylu niespiesznej opowieści metodycznie wprowadza czytelnika w świat kobiety „nie z tej bajki”, która w początkowo obcej przestrzeni mierzy się ze sobą. Obserwuje świat, swoje uczucia, myśli, uczy się ludzi o innej wrażliwości i sposobach na teraźniejszość, nie porównując, nie wartościując, niewiele w sumie mówiąc o sobie. Nie ma tutaj mowy o smutku, a jednak w każdym opisie piękna przyrody widzę cień w obserwujących ten świat z zachwytem oczach właścicielki plantacji kawy.

Ta książka jest zbiorem fotografii, tych najcenniejszych, które się wynosi wyprowadzając się z domu rodziców w inne, nowe życie. Pudełko wspomnień, aby pamiętać, jakim się kiedyś było, zanim ostatecznie stało się jasne, że mimo najlepszych chęci i ziaren nie wyrośnie w tych warunkach prawdziwie wartościowa kawa. I aby wyjść ponad siebie, trzeba odejść, choć niby wcale się nie chce.

Każdy może napisać w życiu co najmniej jedną książkę. Zna przecież jedną historię na pewno – swoją, i jednego bohatera – siebie. Ale też jedno jest pewne – nie każdy z tych, co się odważa, powinien to robić.

Lecz dobrze, że Karen Blixen postanowiła pożegnać się ze sobą z afrykańskiego okresu. Zrobiła to moim zdaniem z prawdziwą klasą. Mało jest „ja” w tej pozycji, choć pierwszoosobowa narracja do tego upoważnia. Emocje ukryte są opisach widoków, maskują je safari i funkcje społeczne głównej bohaterki, problemy codzienności otaczających ją ludzi. Niby Afryka, plantacja, słabo znane plemiona i egzotyczna przyroda, a mimo to w odbiciu w szybie okna, przez które patrzyła, w szklistych oczach ludzi, o których pisała, zwierząt, o które dbała lub które zabijała i w politurze mebli, które musiała sprzedać, widziałam przede wszystkim twarz dojrzałej kobiety, która znów musi zacząć wszystko od nowa, nie chcąc przyznać, jak bardzo ją to przytłacza.

poniedziałek, 21 października 2013

nalewka z aronii wieczorową porą w połowie października

Jak wygląda wieczór? Cóż, raczę się naleweczką z aronii. Pyszna, domowa, słodziutka - niebo w gębie! I pomyśleć, że nie doceniałam takich specjałów... Głupia byłam. Nie ma nic lepszego po całym dniu, zabieganym, rozedrganym tysiącem ważnych i mniej ważnych spraw i sprawek. Cisza w domu, co prawda pora dosyć późnawa i długo raczyć się nie mogę, bo to jednak poniedziałek i do weekendu daleko, ale tych kilka minut doprawdy warto świadomie zaliczyć do plusów. Chociaż siedzę samotnie.
Na balkon podeszła już noc, wilgotna i lekko wietrzna. Zaczynam jak co jesień czuć wyraźnie, że mam gardło, a rankami jakoś gorzej się wstaje niż latem, ale mimo wszystko przecież nie jest zupełnie bez sensu. Znalazłam kilka nowych spraw w tym roku do załatwienia, a czas przeznaczył dla mnie kilka nowych wzruszeń do przemyśleń. Będę się z nimi rozprawiać jesienią, może zimą nawet.
Ta nalewka - cudo! - rozgrzewa mi nie tylko ciało, ale i ducha jakby. Mocna czerwień napełnia mnie optymizmem, podnosi nastrój. Tyle rzeczy do zrobienia, jakieś domowe zaległości, niedobory snu i jakby się nad tym głębiej zastanowić - ten rok okazał się trudny. Myślałam już, że nie podniosę się ze złych doświadczeń, że znowu zaciemnią mi pole widzenia, zredukują dni do listy spraw do załatwienia. A tu proszę - są takie wieczory, przecież mogą być po prostu takie: niespieszne w ciągu wyrwanych z kontekstu kilkunastu minut, kiedy nieważne, że okna nieumyte i szafy nieposprzątane, a ja siedzę sobie z małym kieliszeczkiem intensywnej jak krew słodyczy.

środa, 16 października 2013

czy jestem? jestem

Czy jestem tu? Jestem. Wpadałam zresztą czasem oglądać pustkę.
Znudziło mi się.

Ale nie będzie deklaracji, obietnic, planów. Może się uda zbudować coś znowu, może nie. Generalnie lubię zaczynać od jesieni.
Przyznam się, że straciłam pomysł, zapomniałam, jak to miało być. Zdaje się, że słowa same, bez obrazów, bez kolorów, a wszystkie wydumane z sufitu, moje z głębi, ale tak, aby nikt się nie poznał, że ja to ja.
Pogubiłam się w moich ja. Teraz nie wiem, które mieszka pod sufitem, które spogląda spod oka, które trzyma ręce na klawiaturze i czyje myśli pisze.
Ale słowo to zawsze kreacja, więc proszę mnie w pełni nie utożsamiać.

Może będzie częściej, bo w torebce zamieszkał mi taki pomocnik smart. Ułatwia mi kilka spraw. Może się da, aby i blogiem się zajął. Póki co szukam „apki” na czytanie Was. Jest jakiś smart czytnik blogów? Ktoś poleca, zna?

wtorek, 3 września 2013

środa, 8 maja 2013

po długim weekendzie

Dni mijają, śliczne, słoneczne. Byłam na krótkim wypadzie w Krynicy, wróciłam zadowolona. Dawno nie byłam w górach, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak spacerowałam, smakowałam inne ścieżki, smaki, doznania. Było świetnie, niespiesznie, lekko wspinaczkowo, leniwie w basenie, w saunie, w jacuzzi z widokiem na góry. Sama sobie zazdroszczę.
A w Warszawie - cóż, alergia pełnym nosem, piekącymi oczami, zapchanymi zatokami i niestety jakimiś problemami ze ścięgnem, więc z biegania póki co nic nie wychodziło. Początki podobno bywają trudne. Ale początek znaczy, że będzie ciąg dalszy, więc się nie załamuję. Noga jest oszczędzana, tabletki łykane grzecznie i póki co nie mogę wyjść z powyjazdowego prania.
W sobotę na szczęście znowu squash, a wieczorem filharmonia. Nie mogę się doczekać, lecz przyspieszać nie będę. Niech się równie leniwie czwartek przeradza w następny weekend, miejski, ale mam nadzieję - równie udany.



piątek, 19 kwietnia 2013

lokalnie o żonkilach przez wielkie H

Dziś jest mi smutno nie tylko z mojego powodu. Jest mi smutno tak globalnie, z powodu 19 kwietnia, z powodu mojej obecności w Warszawie i tego, jak niewiele wiem o ulicach, po których czasem chodzę.

Ot, taka Karmelicka. Donikąd z niej dojść. Po prostu zwyczajnie zabłądziłam kiedyś od Jana Pawła, szukałam czegoś, spieszyłam się. Dziś wiem, że może to taka ulica od pośpiesznych przejść, ale wtedy spieszyłam się, bo wiał wiatr i wiosna nie do końca jeszcze rozpaliła miasto.

Sądzę, że niektóre wiosny nie dają nadziei. Niektóre ulice prędzej rozpalają negatywne emocje niż słońce, niezrozumiałe emocje, takie, dla których brakuje mi przymiotników.

Męczy mnie niejednoznaczność postawy niektórych mieszkańców dawnej Warszawy. Męczy mnie, że nawet dzisiaj zaprzeczyć się chce historii, tej trudnej Historii. Nie próbuję zrozumieć, bo nie zrozumiem. Chciałabym poczuć. Chciałabym wiedzieć.

Dziwne, że te dawniej płonące ulice, miejsca naznaczone gwiezdnym cierpieniem, to nie moje rejony. Mijam je zaledwie, jakoś obrzeżem, przy okazji, tramwajami. Nie patrzę na błękitny wieżowiec inaczej jak na górę szkła. A w tym miejscu stała kiedyś inna góra, pod pewnymi względami większa. I miała nawet coś z błękitu. Nie wiedziałam.

Oczywiście, można powiedzieć, że to nie moja historia, nie moja tradycja. Nie sprawdzałam, ale chyba też nikogo z moich przodków. Niestety. Choć nie wstydzę się tego, z jakiego „Domu” się wywodzę, dziś wolałabym być po drugiej stronie niewidzialnego muru, skoro wciąż nie udaje się całkowicie zastąpić go ulotnością żonkili.

I kim w tym wszystkim jestem?

Przede wszystkim chcę zobaczyć kładkę dwóch świetlistych wydarzeń nad historią miasta, w którym żyję. Trzy razy od dziś, żeby nie było, trzy razy o 21:30, u tych, którzy nie pytali, czemu o 10:00 wyły syreny, bohaterowie obu Powstań upomną się o pamięć.

Dowiedz się o tym.
Poczuj.



wtorek, 16 kwietnia 2013

Fault start

Kolory za oknem nie zachęcały do wstania. A jednak, zanim rozdzwoniły się brutalnie budziki, w połowie snu o jakiejś zagmatwanej strukturze, otworzyłam oczy i pomyślałam, że to doskonały pomysł, by ranek rozpocząć inaczej.

5:30. Szkoda czasu na kawę. Gdy poczuję jej aromat, natychmiast przypomnę sobie, że nie jestem w stanie bez niej dojść dalej niż do tramwaju. Zatem tylko założyłam soczewki, zamieniłam piżamę na dresik i dokładnie zawiązałam sznurówki na moich nowych, pierwszych w zasadzie, butach do biegania.

Na klatce, zanim zeszłam na dół, obwiązałam sobie nadgarstek lewej ręki czerwoną bandamą, w którą owinęłam klucze do drzwi. Jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej, że problemem może nie być wyjść z domu, ale dostać się do środka. Z braku kluczy. A telefon? Jak zabrać telefon?

Zawsze rano schodzę z trudem, a teraz zbiegłam po prostu i z ostatniego schodka zeskoczyłam lekko w chłodne miasto. Puste podwórko, ostre powietrze, jeszcze niepozbierane butelki po nocnych spotkaniach sfrustrowanych sąsiadów. Po prostu wybiec z osiedla – pomyślałam – i najkrótszą z możliwych dróg dobiegłam do ulicy. Puste przejście dla pieszych, jacyś skuleni przechodnie w oddali, kilka samochodów – ot, zwyczajny chyba początek. Przez pierwsze dwieście metrów, na oko, nie czułam bardzo, że biegnę. Patrzyłam łakomie na ulice, których zwykle nie widuję o tej porze.

I tak trzeba samotnie zmagać się ze sobą. Choćby ci ktoś towarzyszył, choćby dawał wskazówki, podpowiadał, nie wyreguluje ci oddechu do twoich spraw, nie przybliży dystansu do przebycia. Zresztą, nie jestem przekonana, że trzeba go koniecznie przybliżać.

Biegłam coraz ledwiej, a chłód coraz mniej pomagał na moje truchtające myśli. Brak oddechu zaczął stawać się zwyczajną zadyszką, a nie życiowym problemem krępującym ciało. Przypomniałam sobie, że pomaga, gdy się zwolni do marszu i kilka minut w ten sposób powędruje dalej.

Szłam więc energicznie, skoncentrowana na oddechu, czynności pozornie prostej i dostępnej większości od urodzenia. Chciałam uspokoić tę moją niespodziewaną zachłanność, natarczywość względem świata, poskromić ekspansję płuc. Jeśli nie dam rady biec, przecież mogę wrócić idąc – pomyślałam.

Tylko... od którego momentu zaczyna się powrót? Do kiedy na tej pętli, osobistej bieżni podarowanego mi czasu, jeszcze idę dalej? A kiedy już wracam?

Myśl zaczęła mi się mieszać z oddechem, ni to szłam ni biegłam. Nogi mi drżały jakoś niespokojnie, kolana utykały. Zamiast świszczącego oddechu słyszałam tykanie zegara. W jakimś pomieszaniu strasznym wpadłam na ulicę, nie patrząc zupełnie, że nie jest pusta. Nadjeżdżający samochód zatrąbił na mnie znajomą melodią fałszującego co rano elektronicznego budzika.

Na schodach odwinęłam bandamę, otworzyłam kluczem drzwi, podeszłam do biblioteczki i wyłączyłam budzik. 7:00. Założyłam soczewki, włączyłam wodę na kawę, wyjęłam z szafy wyprasowaną koszulę.

- Może gdybyś wypiła wtedy tę kawę, dobiegłabyś dalej - szyderczo stuknęły moje nieużywane buty do biegania.



czwartek, 11 kwietnia 2013

niepowtarzalność

Znowu za dziesięć siódma, pośpieszna kawa na stojąco w kuchni, budzenie dnia, pakowanie kanapek. Albo ma być pogoda, albo nie, będzie słońce/deszcz albo nie będzie. Nie pamiętam już, co tam dzisiaj akurat mówili. Te same spodnie co wczoraj, a może i przedwczoraj, nie kojarzę jakoś. Niewiele się różnią dni od siebie, tylko popołudniami trochę. Poranki są jednakowe. I buziaczki, i „miłego dnia”, „zadzwoń”, „zadzwonię” i po schodach w dół, ze dwa „dzień dobry” i pierwszy haust jeszcze nie wiosennego albo już trochę wiosennego powietrza. W drodze na przystanek tradycyjnie żałowałam, że nie wstałam wcześniej, nie włożyłam stóp w turkus butów do biegania, nie wchłonęłam porannej porcji Warszawy tuż przed pustoszeniem parkingów sypialnianej dzielnicy.


Zamiast tego, jak co dzień, w grupie ludzi znajomych z widzenia, a którym zgodnie z obecnie panującym nie wiedzieć czemu trendem nie mówimy sobie „dzień dobry”, kontemplowałam barierki przystanku w wiecznym remoncie, hipnotyzowały nas zmiany świateł na skrzyżowaniu, a słońce, którego nikomu z nas nie udało się odnaleźć za blokami, wygrywało z nami w zabawie w chowanego.

Siedziałam w tramwaju albo stałam, w uszach blues albo nie, a może nawet to nie muzyka a myśli zagłuszały mi telefoniczne rozmowy zdążających do szkół nastolatek. Czytałam książkę, pachniały mi kanapki z torebki i jak zwykle w ostatniej chwili zorientowałam się, że czas na przesiadkę do metra.

Od wczoraj nawet o kilka metrów nie przesunął się ani Pałac Kultury ani pani rozdająca gazety, tymczasowe przejścia przez Marszałkowską wypadają w tych samych miejscach i zupełnie tak samo pachną drożdżówki z Sezamu. Może śnieg trochę stopniał, a może to już wczoraj było tej szarości chodników więcej niż zadymionej bieli na krawędziach ulic? Nie wiem.

Nie pamiętam wczorajszego poranka i czym różnił się od dzisiejszego. Nie wskazałabym różnic bez większego zastanowienia. Mijam te dni jak kolejne stacje metra; są trochę podobne, trochę różne, inaczej nazwane, powtarzające się w określonych interwałach. Na każdej zdarzyło mi się zbudować doraźnie znaczenie swoją obecnością, przemyśleniami, spostrzeżeniami, zapomnieniami, nami. Na każdej byłam. Wyjątkowości żadnej z nich nie pamiętam.

Trudno jest pamiętać o niepowtarzalności każdego przeżytego dnia. Ale wszystkie składają się na moją podróż.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

buty do biegania

Kupiłam je. To śmieszne trochę. Takie buty do czegoś. Zwykle miałam po prostu buty, takie dla mnie. A te – są nie tylko przeznaczone na moje stopy, ale też do konkretnej ich działalności. Nadmienię, że to moje drugie buty do czegoś. Te pierwsze buty sportowe są do squasha i … działają!

Buty do biegania stoją w dużym pokoju od wczoraj i niezliczona ilość oczek w siateczce, która zapewnić ma moim stopom oddech z każdą mijaną płytką chodnikową, patrzą na mnie pytająco – odważysz się?

Nie wiem. Ale posiadanie butów do czegoś jednak zobowiązuje. To bez sensu mścić się akurat na nich, że kiedyś jakieś pantofle mnie zawiodły. To nie fair. Nowe buty – nowa szansa. Nie będę ich zawodzić swoją nieobecnością. Są do biegania, będą biegać. Nie mogę oszukiwać tylu wpatrzonych we mnie ok.

I tylko nie mam z kim biegać.

To głupie, że sama bardziej się wstydzę, boję. Moje małe demony. To pierwsze, wstyd, pokonam. Kilka barier już przełamałam, np. założyłam sportowy strój i ośmieliłam się ćwiczyć, choć wiedziałam, że marnie to wygląda. Jednak po jakimś czasie odkryłam, że nie ma dla mnie znaczenia, jak to wygląda. Może i koślawo, cóż z tego? Zaczęłam się koncentrować na tym, jak się czuję. Oddycham. Staram się nie porównywać z innymi. Dlatego często zamykam oczy gdy ćwiczę pilates w grupie – nie potrzebuję luster, choćby w postaci sylwetek osób razem ze mną biorących udział w treningu.

Ale ten strach, znowu ten strach, że mi się coś stanie. Irracjonalne. Wolałabym biec za kimś lub przed kimś. Raz wyznaczać tempo, raz gonić. Wszystko jedno z kim, bo nie o znajomość chodzi, nie o gadanie, o nic. Czyste towarzyszenie, współudział. Próbowałam wśród znajomych, sąsiadek nawet, rodziców dzieci chodzących z moimi dziećmi do tzw. placówek oświatowych. Bezskutecznie.

Zanim wyjdę w nowych butach czeka mnie do przepracowania jedna sprawa. Wiem, że towarzysz nie jest mi potrzebny, bo co niby mi się może stać na ścieżce rowerowej na obrzeżach pobliskiego parku? Mimo to wyobrażę sobie, że biegnę z przodu. Po prostu zawsze z przodu, wyznaczam tempo, wybieram trasę, biegnę. Za mną niewidoczny może, ale obecny przecież, towarzysz. Na wszelki wypadek.

Podobno w bieganiu dobrze jest wyznaczać sobie cele. Mówią, że mogą być nimi kolejne trasy, dystanse, nawierzchnie. Mój cel jest inny.

Gdy pewnego dnia zmęczona po biegu zatrzymam się odpocząć i spostrzegę się, że naprawdę jestem sama, że wymyślony towarzysz od wszelkich wypadków zgubił się gdzieś po drodze albo nie nadążył za mną, uznam, że dobiegłam do pierwszej z wielu osobistych met, które chciałabym osiągnąć.



poniedziałek, 25 marca 2013

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego.


Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam.

Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower.

Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została.

Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia.

Od początku marca wróciłam na pilates. Jestem zadowolona niezmiernie i chociaż już raz mi się nie chciało iść, po prostu założyłam koszulkę i spodnie i wyszłam z domu czym prędzej, nie dyskutując z własną niechęcią. Jak już wyszłam, głupio było wracać. Zostałam. I zajęcia były super. Wyszłam uśmiechnięta i zmotywowana.

Moje dziecko chodzi na zajęcia pływania dwa razy w tygodniu, wieczorem. Mieszkam 5 minut na pieszo od basenu. We wtorki odprowadzałam ją na zajęcia, aby nie szła sama, w końcu to ciemno i licho nie śpi. W czwartki chodził mąż. On sobie zwykle pływał tę godzinkę, a ja zawsze siedziałam na pięterku i czytałam książki w tej podsufitowej duchocie. W drugim tygodniu marca kupiłam kostium, od dziecka wzięłam awaryjny czepek. Chodzę na basen raz w tygodniu, a oprócz tego zdarzyło się dwa razy, że poszliśmy wszyscy, całą czwórką.

Pływam słabo, boję się wody. Muszę mieć grunt pod nogami i nie zanurzam głowy. Korzystam głównie z tych wszystkich relaksujących bąbelków i innych masujących urządzeń, a oprócz tego zakochałam się w jacuzzi i spędzam tam zwykle 20-30 minut.

Hm, to będzie najlepsza część opowieści. Od soboty uczę się grać w squasha! Mąż był zdziwiony, ale nie odmówił, gdy zaprosiłam go do drużyny. Moja kondycja pozostawia wiele do życzenia, więc nic dziwnego, że od soboty ledwo się ruszamy. Takie zakwasy! Mimo bólu wspomnienia mamy pozytywne i już nie możemy się doczekać następnego treningu. Jak ja dzisiaj pójdę na pilates?! Chyba nogą nie ruszą, tak mnie boli moja szanowna. Ale generalnie – super! Każdemu polecam.

Niestety, to nie wszystko. Myślę o bieganiu. Tylko to lubiłam w szkole, ten jeden raz do roku, gdy trzeba było zaliczyć dziesięć okrążeń parku biegnąć swoim tempem, nie na czas. Odległość (nie pamiętam teraz) wydawała mi się porażająco duża, więc razem z koleżanką, za namową pani od w-fu, przygotowywałyśmy się do zaliczenia trenując we własnym zakresie przez prawie miesiąc. Biegałyśmy wieczorami, chyba trzy razy w tygodniu i bardzo miło to wspominam. Pamiętam, jak każdego dnia nam się zwiększał dystans.

Teraz też bym chciała spróbować. Nie wiem jak, kiedy i najgorsze – nie mam z kim. Wolałabym jednak nie latać sama. Póki co myślę o tym, ale coś czuję w kościach, a zwłaszcza w moich obolałych dzisiaj mięśniach, że pewnego dnia po prostu założę dresy, buty do biegania i … obiegnę pobliski park. Chociaż – poprawka – za pierwszym razem pewnie uda mi się tylko dobiec do parku.

Póki co nikt mnie nie motywuje, kciuków nie trzyma, nie zachęca. Zewsząd tylko zdziwienie, skąd mi się to wzięło, co to się ze mną porobiło...
Może jak ktoś w szkole fizycznie się obijał, musi po sprawiedliwości zaliczyć te wszystkie przedmioty teraz? Bo jak sobie wytłumaczyć, jak od dawna znającym mnie ludziom wytłumaczyć, że tak nagle po prostu mi się chce!

piątek, 22 marca 2013

Nie gub się


Środa, 8:30, schody z peronu Metro Świętokrzyska na górę, przed bramką jeszcze. Idę, nie spieszę się. Pozornie nikt się nie spieszy, a jednak jakoś tak w miarę energicznie ludzie zmierzają do bramki. Kilka dostępnych na prawo – tam pójdą w większości ci ze schodów ruchomych. Jedna bramka do wyjścia na lewo. To tam zmierzamy ze schodów, my gardzący tłokiem na schodach ruchomych, my energiczni, my zarażeni ideą fitnessu z rana, niechcący być podejrzani o gnuśność, my spóźnieni.

Idę. Wygrzebuję wełniane rękawiczki z kieszeni, zakładam, przekładam reklamówkę z jedzeniem z ręki prawej do lewej, potem z lewej do prawej. Spinam kurtkę, poprawiam czapkę, w torbie namierzam kartę do pracy, lokalizuję ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Przede mną chłopak, dobra - młody mężczyzna. Na oko też spieszy się do biura, jednak chyba fajny taki, nie sztywniak. Jest odrobina luzu w jego stroju, niespieszna dynamika w chodzie, torba na lewym ramieniu, paczka skórzanych rękawiczek w prawej dłoni, jakaś rezygnacja pomieszana z pogodą ducha przysiadła mu na plecach i idzie przede mną.

Przed nim truchta dziewczyna. Modne botki nie tupią, ale idą, idą, idą. Jedna torba, druga torba, gazeta pod pachą, w dłoni czapka i rękawiczki, chyba coś jeszcze, szalik może, a może nie. Spóźniona, zmieszana we własnych sprawach, kolorowa, spięta. Ni to pędzi, ni się ogląda, chodź z pewnością nie pierwszy raz próbuje się ogarnąć w tym miejscu przed wyjściem z podziemi. Więc najpierw rękawiczki, poprawienie toreb na ramieniu, potem guziki w płaszczu, zapięcie kieszeni, no i niepostrzeżenie w tym niespokoju ruchów trochę niezgranych ląduje za nią na podłodze kolorowa czapa, z nausznikami, z warkoczami, ciepłe cudeńko. Gubi się doprawdy niechcący, zostaje w pół kroku za botkami, krok cały, dwa...

Myślę, że może zorientuje się zanim wejdzie na drugie schody, te prowadzące wprost na ulicę, poczuje chłód, bo w końcu – zima, śnieg, wiatr.

Chłopak przede mną – widać, że to odruch – płynnym ruchem schyla się po zgubę. Podnosi i widzę jego uśmiechnięty profil, zacisk dłoni na miękkiej, kolorowej czapie. I – to jest fajne, zachwyca mnie – nie goni dziewczyny, nie krzyczy, nie separuje od siebie uszatki na wyciągnięcie ręki, by zaznaczyć jej odrębność. Idzie. Po prostu idzie dalej. W jednej linii jak po sznurku za dziewczyną, za chłopakiem – ja. Zmierzamy sobie, towarzysząc anonimowo, jednorazowo, zaledwie kilka sekund razem, jedną drogą w nasze światy.

Dziewczyna wypada z rytmu, zwalnia, przystaje, odwraca się, jakby "przeczuciem zdjęta". Tyle wystarcza, aby ją dogonić, spowolnić stanowczość czarnych traperek przy korzuszkowych botkach wstrzymanych niepewnością między peronem a Marszałkowską, między podziemiem a powierzchnią, między wygodą a pośpiechem.

Nie wiem, co powiedział. Wyglądało jak „masz, nie gub się więcej”. Bezpretensjonalnie, nie za "dziękuję" i nie oficjalnie na "pani". Po prostu tak jest, to się zdarza – czapki upadają na drogach, w przejściach, w zamieszaniu i bezmyślnie, niepotrzebnie, niechcący i bez przyczyny. Trzeba je podnosić, oddawać. Po prostu.

Nie gub się.



czwartek, 21 marca 2013

prywatna mgła

Od dwóch dni mamy w domu nową zabawkę – elektroniczny ultradźwiękowy nawilżacz powietrza. Stoi w pokoju dziecinnym, płynnie zmienia kolor, wyświetla stopień wilgotności w pomieszczeniu i wytwarza mgiełkę – ciepłą lub zimną – wedle preferencji. Nie jest szczególnie piękny ani też zupełnie elektronicznie beznadziejny. Po prostu jest. Generalnie nie przeszkadza mi, zajął moją uwagę na jakieś 5 minut, kiedy to był podłączany i musiałam zadecydować, gdzie będzie stał. Lubię go, ale to dlatego, że ma być dobry dla moich dzieci. Nie wiem, czy jest – póki co działa na zasadzie udzielonego przeze mnie kredytu zaufania. Dostał filtr, a także wodę destylowaną i generalnie oczekuję od niego tylko tego, żeby niczego więcej on nie oczekiwał ode mnie.


Mój mąż – przeciwnie. Dogląda go starannie. Czyta komunikaty. Sprawdza poziom wody, stan filtra, przestawia mu wartości na wyświetlaczu informując go tym samym, jakiego stopnia wilgotności oczekuje. Nawilżacz chyba się go słucha, bo mąż wraca z małego pokoju zadowolony i wypowiada słowa pochwały.

Wczoraj, jakieś trzy godziny po tym, jak dzieci poszły spać i drzwi zostały zamknięte, a nawilżacz otrzymał zadanie utrzymania 40% wilgotności w systemie intensywnej pracy (duża porcja chłodnej mgiełki oraz włączone efekty wizualne), podeszłam do balkonu i spojrzałam na termometr. Jego wskazania nie były aż tak sensacyjne, jak inne zjawiska pogodowe.

- Ale mgła! – poinformowałam męża – Niby ujemna temperatura, a taka wilgotność?
- Acha – odparł niewzruszenie – muszę trochę przykręcić nawilżacz.

:)



wtorek, 19 marca 2013

złudzenia do stracenia

Życie nie jest zbyt skomplikowane. To tylko ja muszę się jakoś z nim poukładać, przemyśleć sobie albo i nie myśleć. Nie wiem już.


Większość detali codzienności nie powinny stanowić dla mnie problemu, a jednak czasem ich wielość mnie przeraża. Kolejna sprawa do załatwienia, następny aspekt do zorganizowania i następny, i jeszcze jeden. A tu jakaś mała draka, kaszel czy odwołany basen i nagle wali się cały misterny plan, upada koncepcja i co dalej? Znowu trzeba układać, a choćby się nie chciało myśleć o tym, to i tak trzeba jakoś wpisać w kalendarz, zamknąć w słowach przyporządkowanych choćby ogólnie do godzin.

Rano zbyt zaganiana, w pracy zbyt zamieszana zajęciami i jednak za bardzo widoczna, by kreślić na kartkach zapytania lub klecić odpowiedzi, popołudniami zbyt zajęta, a wieczorem zmęczona, by przemyśleć siebie.

Co mogłabym zrobić, aby poczuć się lepiej? Jak zrealizować pewne życzenie, wypowiedziane przez jakiegoś życzliwego w przeszłości „złap życie za bary i duś jak cytrynkę”? Wydaje mi się, że wiem co zmienić, a ciągle nie próbuję sprawdzić, czy mam rację. Paradoks? A może naprawdę mi się tylko wydaje, skoro nie znajduję motywacji? Co mnie blokuje? Czego się boję? Przecież nic do stracenia… no może tylko złudzenia.


poniedziałek, 18 marca 2013

szybciej

Biec, biec, biec!
Nie trzeba aż tak. Można trochę odpuścić. Nawet jak się za bardzo zwolnić nie da, wystarczy ponoć bardziej świadomie rozglądać się na boki i zadawać sobie wciąż jedno pytanie - jak się czuję w tym Teraz.
Rozwiązaniem byłaby zatem większa uwaga, większe zaangażowanie. Nie zawsze się udaje.
Nie pamiętam szczegółów chwilowych Teraz. Jaką miałam koszulę w pracy w piątek?  Z kim piłam kawę do drugiego śniadania? O czym myślałam podczas rutynowych działań biurowych? Czy siedziałam w tramwaju?
Dwa dni minęły, a już nie pamiętam tych szczegółów bez znaczenia. A może powinnam?
Nawet weekend nie był niespieszny. Bieg po relaks. Oczywiście przyjemniejszy niż w tygodniu, ale jednak bieg. Mimo to udało mi się więcej zauważać. Może dlatego, że towarzyszyli mi moi bliscy i to na nich się koncentrowałam. Niewiele pamiętam z siebie, kilka detali zaledwie. Ale pamiętam z weekendu zachwycone buźki dzieci, ogniki zadowolenia w oczach dorosłych, drobne gesty wnoszące pewność, że dobrze nam razem, że nadal chcemy razem biec, kolekcjonować miliony Teraz w klaserze My.

piątek, 15 marca 2013

W pułapce


To nic nowego. Chciałabym opisać swoje sprawy, uczucia, wydarzenia, ale świadomość, że nie są jakieś szczególnie zajmujące dla każdego oprócz mnie powoduje, że przede wszystkim czuję bezsens tego pragnienia. Siadam i poraża mnie konieczność podjęcia decyzji, czy stukać klawiszami, czy porcjować atrament w bezduszne kratki. Na marginesie – sądziłam, że to one są winne, blokują mi myśli, wyznaczają tory i akcentują koślawość liter. Dlatego, gdy tylko skończył mi się kratkowany zeszyt zwany notatnikiem, nabyłam taki gładki, czysty, bez marginesów – po prostu przestrzeń bez blokad gotowa do przyjęcia osobistych wynurzeń.

Niespodzianka? Nie, nie było. Tak samo nie idzie. W punktach – proszę bardzo, ale tak jakoś bardziej opisowo - nie wychodzi. Bo, jestem przekonana, nie chodzi o to jak, ale o to - co. A tutaj kolejny problem.

Chciałoby się być oryginalnym, nowatorskim, niepowtarzalnym, a tymczasem jest tak, jak w tym cytacie z Fromma: „Wolność słowa stanowi co prawda ważkie zwycięstwo w bitwie przeciw dawnym ograniczeniom; zapominamy jednak, że człowiek nowoczesny znajduje się w sytuacji, w której wiele z tego, co „sam” myśli i mówi, myślą i mówią wszyscy inni; że nie osiągnął jeszcze zdolności myślenia w sposób odrębny – tj. samodzielny – a przecież tylko to może nadać sens jego twierdzeniu, że nikt nie przeszkadza mu w wyrażaniu myśli”.

Co ciekawe, będąc oryginalnym, chciałoby się jednocześnie być rozumianym, akceptowalnym, nawet jeśli chodziłoby tylko w podobieństwo życiowych doświadczeń. W końcu słowa „nie przejmuj się, mam tak samo” często padają jako pocieszenie i stanowią dowód współczucia. Fromm akcentuje tę dychotomię: „Albo dumni jesteśmy, iż w kierowaniu swym życiem człowiek wyzwolił się od zewnętrznych autorytetów, mówiących mu, co robić, a czego nie robić. Zapominamy przy tym o roli anonimowych autorytetów, takich jak opinia publiczna i „zdrowy rozum”; są one tak potężne tylko dzięki naszej całkowitej gotowości zastosowania się do tego, czego się od nas oczekuje, oraz dzięki równie potężnej obawie przed odróżnianiem się od innych. Innymi słowy, jesteśmy zafascynowani rosnącą wolnością od autorytetów zewnętrznych, a ślepi na istnienie wewnętrznych hamulców, przymusów i lęków, które wyraźnie podkopują znaczenie zwycięstw odniesionych przez wolność nad jej tradycyjnymi wrogami”.

Ostatnie zdanie nie daje mi spokoju, co wybitnie świadczy o tym, że powinnam wziąć je sobie do serca, przemyśleć gruntownie i spróbować nazwać te osobiste hamulce, przymusy i lęki. A może wtedy uda mi się po prostu siadać i pisać wszystko jedno czym na obojętnie czym, nie roztrząsając uprzednio żadnych paradoksów, dychotomii oraz problemów filozoficzno-światopoglądowych, o cywilizacyjno-kulturalnych nie wspominając, a psychologicznych nie wywołując z lasu mojej podświadomości, nadświadomości czy jak to teraz zgodnie z przyjętym nazewnictwem wypada powiedzieć.


Wszystkie cytaty pochodzą oczywiście z następującej pozycji: Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. Olga i Andrzej Ziemilscy, wyd. Czytelnik, Warszawa 2004.

poniedziałek, 11 marca 2013

trzecia kawa o trzeciej

15:00. Czas na trzecią kawę. Bez niej trudniej jest przetrwać codzienny kryzys godziny trzeciej. Zwykle wszystko mam pokończone. Mogłabym zaczynać zatem, ale woli brak. Palce zaczynają dotykać literek netu, takie równomierne staccato na www. Od pasmanterii do podróży. Choćbym z rana bardziej realistką była, po trzeciej zaczynam marzyć o kolejnej włóczce, materiale na sukienkę, chociaż nie chodzę w sukienkach, a swetry do pracy w zasadzie są niedozwolone. Szukam wycieczek, zajęć sportowych, ciekawych miejsc, o których wiem, że czasu nie mam, by tam podjechać. Organizuję zajęcia dodatkowe dzieciom, chociaż szans nie ma na ich realizację, a w zasadzie nawet potrzeby.


I obiecuję sobie, co to ja nie zrobię, jak tylko do domu przyjdę! Jak to się wspaniale zorganizuję, że nawet zostanie mi godzinka dla siebie, gdzieś przy kuchennym blacie, aby zanotować sobie kilka spostrzeżeń. Lecz z każdym łykiem kawy pewność wieczornego sukcesu maleje. Zupełnie tak, jakby ta trzecia filiżanka o trzeciej urealniała mi poziom zamierzeń. W końcu i tak wiele uda się zrobić, chociaż nie wszystko.

Z drugiej strony – będzie do czego dążyć choćby jutro, bo może wtorek okaże się bogatszy w popracowy czas niż poniedziałek…

piątek, 8 marca 2013

interpretacja poranka


Zdarzenia po prostu się zdarzają.
Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci.
Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku.
Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredni, więc nie musiałam przesiadać się metro, czego nie lubię bardzo. W metrze zwykle nie udaje mi się czytać.
Wpadłam do pracy spóźniona i już przed rytualną poranną kawą miałam na biurku pismo z napisem „pilne”. Dobra, nie tylko to. Jeszcze pyszną drożdżówkę od kolegi.

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Interpretacji dokonujemy potem.

Nie byłam przygotowana na poranek, bo wczoraj tak miło mi się siedziało do późna, gadało z mężem, robiło na drutach itd.
Czułabym się nieswojo, gdybym rano po prostu wstała i wyszła do pracy. Ta odrobina adrenaliny budzi mnie realnie, te buziaczki, rozespane łapki wzmacniają mnie na cały dzień.
Wyrecytowanie rano planu minimum na dzień daje mi poczucie, że panuję nad sytuacją. Niestety, jest mi to potrzebne. Wiem, pracuję nad tym.
Nie biegłam za autobusem. Kiedyś bym biegła. Od jakiegoś roku nie biegam za autobusami. Nic się nie stanie, jeśli z powodu autobusu spóźnię się gdziekolwiek. Nie zdarza się prawie wcale, a jak się zdarzy – przeproszę przecież, postaram się naprawić to spóźnienie. Za to miałam dodatkowo poranną chwilę dla siebie na świeżym powietrzu. Zauważyłam, że kostkę przy przystanku remontują już drugi tydzień, nie ma jeszcze zieleni, ale na kasztanowcach takie nieznaczne kulki na końcach łysych gałęzi jednak już się pojawiają.
Miałam czas pogadać z Szefem. Zwykle muszę w autobusie, a teraz – proszę jaki bonus – mogłam gadać patrząc na park, na bloki, przed siebie gdzieś.
Do pracy dotarłam na czas. Z pilnościami wyrobiłam się do dziesiątej. Z drożdżówką też :) Do herbaty też smakuje wybornie.

Jestem zdumiona, że kiedyś, całkiem niedawno, dokonałabym zupełnie innej interpretacji poranka i to już podczas zadyszki w dogonionym autobusie. Byłabym zła, spocona i całą winę za wszystko zwaliłabym na wszystkich, tylko nie na siebie. Bo przecież jak mogłabym zarzucić cokolwiek sobie, skoro i tak wstałam pierwsza i oczywiście sama wszystko przygotowałam!
A dzisiaj – wyszedł z tego całkiem udany poranek. I byłam dla siebie dobra. A moja interpretacja tego poranka nie naruszyła szacunku do nikogo, także do samej siebie.

środa, 6 marca 2013

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie.

Co to znaczy naprawię?

Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu.

Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „psychologicznych bzdur”, do niedawna interesowało mnie jedynie incydentalnie. Od jakiegoś czasu jednak, chcąc nie chcąc, „bzdury” te dopadły mnie w ciemnym zaułku, przydusiły, przytrzymały, aż zrozumiałam.

Jest kilka aspektów mnie do uzdrowienia. Jest kilka rzeczy, które muszę zaakceptować. Jedyne chyba, co powinnam zmienić, to własne nastawianie do siebie, spraw, świata itd. Wymiana "muszę" na "chcę".

Całkiem niedawno mówiłam, że jeszcze nie wiem, kim będę, jak dorosnę. Po ostatnich bolesnych przewartościowaniach dorosłam do tego, by przyznać, że nie jest to istotne, o ile sama ze sobą nie dojdę do ładu.

Na początek postanowiłam zaprzyjaźnić się … ze sobą. Uczucie całkowicie mi obce, szczerze przyznam. Nie zastanawiałam się nad tym do czasu, aż przeczytałam gdzieś takie pytanie – czy jesteś dobra dla siebie? Po zastanowieniu odpowiedziałam sobie, że nie. Oprócz tego – jak to się stało, że nie mam i nigdy nie miałam żadnej przyjaciółki w tym znaczeniu „od serca”? Kiedyś mówiono mi, że potrafię słuchać ludzi i może dlatego było kilka głębszych znajomości. O sobie mówiłam niewiele, a raczej – pozornie mówiłam coś tam, ale raczej nie to, co bolało naprawdę.

Słuchałam innych. Nie siebie.

Dobrze będzie na początek spróbować zaprzyjaźnić się ze sobą. Może po drodze znajdzie się i ktoś jeszcze. Bo teraz, no teraz to ja właśnie chcę rozmawiać, rychło w czas.

Naprawy wymaga mój stosunek do siebie. Zaczęłam już. Poczyniłam pewne kroki, aby to sobie ułatwić. Przeczytałam kilka książek, artykułów, rad. Zapisałam się na zajęcia mające mi ułatwić poczucie się dobrze ze sobą.

Pomyślałam, że o tym mam coś do powiedzenia.

sobota, 5 stycznia 2013

bez postanowień

Jak to dobrze, że nie robiłam postanowień na Nowy Rok! Zwykle było coś o intensywnej nauce angielskiego, porządkach w szafie oraz ogólnowłasnej miłości do ludzi i innych stworzeń ludziopodobnych. Całe szczęście! Teraz, właśnie 5 stycznia, miałabym mega wyrzuty sumienia, że znowu się nie udaje. Ani jedna godzina Nowego Roku nie towarzyszyła mi przy uzupełnianiu ćwiczeń w bardzo obcym języku. Moje  ręce ani razu nie sięgnęły do szafy głębiej niż po dżinsy i koszulę do pracy - no, żelazko stoi głębiej, więc po nie jednak sięgnęłam. Oraz po deskę rzecz jasna - taki pakiecik. Co do miłości do ludzi, dużym sukcesem jest moim zdaniem, jeśli uda mi się znosić ich działania lub w niektórych przypadkach choćby milczącą obecność w moim pobliżu bez komentarza. Takiego w myślach. Sukces pracy nad sobą z lat ubiegłych, wymagający zresztą powtórki, bo ostatnio coś szwankuje. Gdy już zjadliwa uwaga ciśnie mi się na myśli i włącza się analizator krytyczny, ostatkiem sił władczych wydaję sobie jak psu polecenie "zostaw, nie rusz!". Zwykle działa. No chyba że nie. A że częściej nie, tresurę wypadałoby powtórzyć.
Bez napinania, spokojnie. Niech ten rok będzie bez planów, bez uwag, bez wysiłków. Bez postanowień naprawy zwłaszcza. Po napięciach ostatnich dwóch lat, póki co najtrudniejszych w moim życiu, należy mi się rok spokoju.


"Free fall flow, river flow
On and on it goes
Breath under water 'till the end"

Ciekawe, czy ktoś wie, z czego to cytat. Tak wie od razu. Ogłosiłabym mały konkurs, ale w dobie internetu, gdzie można dotrzeć do cytatu w kilka chwil, chyba nie ma sensu. Ale jeśli ktoś wie bez patrzenia gdziekolwiek, niech się odezwie!