środa, 6 listopada 2013

nie warto jesienią zdejmować skarpetek

Dopadło mnie tak zwane życie. Oczywiście nie zadzwoniło kulturalnie z informacją, że właśnie szykuje zmiany i będzie jakoś inaczej i warto by się na to przygotować. Po prostu - dup i stało się. Spadły liście z jarzębin pod blokiem, ciepła kurtka wypełzła z szafy, zabolało gardło, zawiało październikiem, listopadem i zamiast na spacer wstąpiłam do apteki po jakieś wspomagacze. Jakoś inaczej wyglądają poranki, trudniej dojechać do pracy i nie jest już tak zupełnie bezstresowo, na luzie i przyjemnie. Gumka od rajtuzowych stopek za ciasno oplatała mi kostki i aby pozbyć się napuchniętej obrączki cały dzień siedziałam w balerinkach na bose stopy. Cóż, poszło w chusteczki, kasłałam na monitory i termometr pokazywał przez jakiś czas wyższe rejestry. Może trzeba było jednak nie zdejmować tych skarpetek...
Odpuściłam kilka ćwiczeń - musiałam. Poleniuchowałam nad książkami lub po prostu przy zgaszonym świetle popołudniami, bo choć nikłe i tak jakoś raziło. Poszwędałam się po cmentarzach, podpatrywałam wiewiórki, przeprosiłam się z rosołem z lubczykiem i czosnkiem, dopasowałam go do literkowego makaronu. W pracy trochę się uspokaja, zaplanowano jakieś zebrania w przedszkolu i pracy, zaczynają mi przeszkadzać nagromadzone w szafach zapasy włóczek. Ot, życie po prostu. Czekam na weekend, na dospanie, leniuchowanie, lepsze książki i ambitniejsze filmy, wybieram się na obchód blogów nieczytanych od wiosny. Zamierzam zrobić kilka par skarpetek, jedno ponczo, skończyć sweter w kolorze wieczornej szarugi. Będzie dobrze. Musi być.

1 komentarz:

  1. Ciepła, bezpretensjonalna kobiecość. Po prostu i aż.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!