środa, 20 listopada 2013

"Przyjaciółka z młodości" Alice Munro

Przyznam, że mam problem z tą pozycją, taki rodem z Gombrowicza. Bo jak ma zachwycać, jak ... no właśnie – nie bardzo zachwyca, choć czuję, że powinno.

"Przyjaciółka z młodości" to zbiór dziesięciu opowiadań, całkiem zgrabnie napisanych, miejscami wciągających, z wyrazistymi bohaterami, nietuzinkowymi emocjami, ściśle osadzonych w określonych realiach, rzeczywistych i prawdopodobnych. Czytając ma się jednak wrażenie, że są one wspomnieniami o osobach niegdyś znanych bardziej. Cały czas miałam takie odczucie, jakbym trzymała w dłoniach pudełko zdjęte właśnie z szafy, przewiązane zakurzoną wstążką, tylko symbolicznie broniące dostępu do dziesięciu fotografii. Podobne opowiadania snują się same podczas oglądania zdjęć z młodości, gdzie wspomnienie przeszłości miesza się z wiedzą o tym, co się stało z bohaterami później. Gdy się dostatecznie długo przytrzyma zdjęcie w dłoni, oprócz ogarniającej nas zadumy, dostrzeżemy wyraźnie uchwycone w kadrze detale.

Zatem obejrzałam te "zdjęcia" z pudełka Munro i nie żałuję. Jednak długo nie będę ich pamiętała. Podobnie, jak nie pamięta się opowieści o ludziach, których się nie znało, zdarzeń, w których się nie uczestniczyło, emocji, które nas nie dotyczyły. Ot, fotografie.

Może jeszcze nie dorosłam, a może po prostu winić trzeba moje literackie upodobania, w których zdecydowanie nie mieści się forma opowiadania. Nie tak łatwo daję się wkręcić w prezentowany mi świat, zwykle mija kilkadziesiąt pieczołowicie nafaszerowanych chwytami literackimi kartek. Tutaj, jak już zostałam porwana w wir zdarzeń, opowiadanie osiągało swój kres, pozostawiając mnie zaintrygowaną dalszym ciągiem, którego – jak to w opowiadaniach – zwykle nie ma.

1 komentarz:

  1. bo pamięta się ludzi ze zdjęć we własnych pudełkach, a i to nie zawsze...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!