piątek, 14 października 2016

bez okazji


Proszę - takie ładne. W dodatku bez okazji, w środku tygodnia, wieczorem i po prostu. 
Nie, nie dopatruję się podstępu, nie szukam ukrytych wyrzutów sumienia za jakieś tam popełnione winy. Naprawdę się cieszę. Jak dzieciak. A w zasadzie jak sentymentalna baba z telenoweli, platonicznie zakochana nastolatka, zwyczajnie jak nie ja.
Może po prostu dorosłam do spontanicznej radości? Może mam taki jej deficyt, że chłonę każdy najmniejszy przejaw sympatii, piękna, przyjemności? Może ciało mi podświadomie wie, że rzeczywistość wystarczająco martwi, by stać mnie było na marnotrawienie niespodziewanym życzliwości?

Rzadko dostaję kwiaty. Nawet z okazji rzadko, a bez to już w ogóle prawie nigdy. Chciałoby się od razu pociągnąć wątek radykalniej i stwierdzić, że w zasadzie cokolwiek dostaję rzadko. Ale ... to nie byłaby prawda.
Patrzę na te kwiaty wielokrotnie w ciągu dnia i wciąż przypominam sobie otrzymane drobne i większe radości. Nie byłam tego świadoma, ale mogłabym z nich układać bukiety. 

Naprawdę.

piątek, 7 października 2016

osioł

Zatem pierwsze, co zrobiłam z rana w ramach terapii to spisałam na kartce wszystko to, co powinnam zrobić dzisiaj. Drobiazgowo, metodycznie, bezwzględnie, czarnym bic'em w kratkach kartki z notatnika. Bieżące, zaległe, no i niepobożne chciejstwa chwili, że fajnie by było zrobić, choć pojęcia nie mam po co, ale zwyczajnie mi się wydaje, że tak.

Następnie, już po śniadaniu, po którym nawet nie chciało mi się posprzątać, chociaż to było ujęte w planie w zgrabny punkt, usiadłam na sofie i z premedytacją zaczęłam robić wszystko inne, byle nie z listy.

Na pierwszy ogień poszło ... czytanie.



Wytrwam w tym. Konsekwentna będę, twarda. Nie będzie mnie jakaś lista wstrętna terroryzować przecież. Położyłam sobie na niej zakładkę, a sama przybieram wymyślne pozy na sofie, obłożona poduszkami, czasem finezyjnie kocem przykryta lazurowym, w zależności od potrzeb i ... czytam po prostu. Jestem po prostu. Wartownika poszłam postawić, bo wstyd przyznać - zaległy był.

Osioł ze mnie. Szary.

czwartek, 6 października 2016

niepogodzenie


Dzisiaj park był zapłakany, zasypany. Parasole przykrywały niebo, asfalt ścieżek mścił się na moich nogawkach wilgocią. Mimo to pustki ławek mnie przyciągały, mokry wszędobylski brak.


Ostatkiem sił wlokłam się po liściach, przeciągałam się po słowach rozpamiętywanych, a emocje miałam tak rozmiękczone jak trawniki pod drzewami.


Cóż, załatwiam swoje sprawy. Wciąż się nie udaje, nie tak, jak bym chciała. Trudno. Nie szkodzi. Przede mną wiele decyzji, lecz na większość spraw nie mam wpływu. Muszą się stać. 

Powoli godzę się z moim niepogodzeniem.