czwartek, 29 kwietnia 2010

zatoki zmian

No jestem chora. Ale spokojnie, nie jakoś dramatycznie szczególnie czy masakrycznie dosadnie. Po prostu zwykły sobie taki stan bardzo przewlekły. A teraz także ostry. Pod policzkami w wygodnych przestrzeniach zatok szczękowych zamieszkały sobie wszystkie moje wilgotne zmartwienia. Latami nie chciały wychodzić, bolały, ale zostawały, a teraz ... cóż.
Mogłam ich nie prowokować. Sama sobie jestem winna. Mogłam zdjęć im nie cykać, nie zakraplać do wygodnych kątów zawłaszczonych pomieszczeń soli morskich i bardziej złożonych składowo kropli. Tabletek nie łykać itd. Mogłam polubić, skoro już i tak skazani zostaliśmy na siebie. Tolerować wiosenne balangi zakończone stanami zapalnymi. W końcu - tyle lat wytrzymaliśmy razem.
Ale jakoś nie polubiłam. W ramach akcji PPŻ (Permanentna Przemiana Życia) postanowiłam znowu zrobić coś dla siebie w kategorii Zdrowie. No i mam za swoje.
Boli dalej. A wilgotne zaszłości trzaskają moim ciałem jak drzwiami. Wylewają się, czasem mniej lub bardziej chętnie, marszczą mi obolały nos i zostawiają po sobie stada papierzastych wydmuchań oraz wymuszone ścieżki leniwych łez.
Tak. Ciało mi płacze. I może dusza trochę, ale to dlatego, że grzech nie wykorzystać takiego wygodnego pretekstu.
Oczy mam szkliste, wilgotne czasem, ale to od zatok przecież. Nie od pożegnań.

czwartek, 22 kwietnia 2010

poranny minimalizm

Nie wysilam się, minimalizm w działaniu, myśleniu, dostrzeganiu. Wzrok ciągnie się po gładkiej powierzchni znienawidzonych peronów, wpełza na pędzące schody, daje się policzyć w bramce – tutaj to jestem prawdziwa sztuka!
Nie odurza mnie aromat warszawskiego centrum, nie znieważa uliczny ruch, strumienie smutnych ludzi na szpilkach, w prochowcach, z kanapkami w papierowych torebkach, z parasolami i darmowymi gazetami, które próbują wyznaczyć temat dnia. Aby nie trzeba już było się zastanawiać, o czym i jak myśleć, co jest ważne, co mniej.
Iść przed siebie. W sumie tyle tylko oczekuje się rano ode mnie. Nie stawać na drodze. Nie odstawać, nie wychylać się za linię jezdni, nie ciągnąć w metrze za hamulce bezpieczeństwa, nie zaciąć się w drzwiach tramwaju, nie upaść, nie widzieć, nie pytać…
Nie wysilam się, idę z tłumem. Pozwalam odprowadzić się do pracy, zgadzam się na dzień dobry z ochroniarzami i wyjątkowo winduję się wprost do pokoju.
Być. W sumie tyle tylko oczekuje się rano ode mnie. Obecność. Logowanie. Czujność. Profesjonalizm. Nie ziewać, nie stawiać oczekiwań, nie składać samokrytyk, nie mówić o sobie, zdjęć nie oglądać, a jeśli telefon to tylko służbowy.
Nie myślę więc. Nie wysilam się. Trwam sobie grzecznie dostosowana do utartych schematów. I tylko w metrze nie czytałam tej samej gazety, co wszyscy.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Terror Z

Cóż, nie wyszło to najlepiej. Dopadło mnie wielkie Z - zagubienie, zabieganie, zmęczenie, znużenie, zakłopotanie.
Po załatwieniu (znowu Z) spraw zapisanych w przebrzydłym organizerze, gdy niedyspozycje Tasi zostały zażegnane, ale lekcje odrobione, klapłam na niewygodnym krzesełku przed laptopem. Przeczytałam jak zwykle to, co czytam wieczorami. Na stole leżała sobie nowiutka Angora, od której zaczęłam akcję Humanista w ramach PPŻ. Udało mi się pochłonąć zaledwie kilka stron i to jedząc jednocześnie domowy bigosik tuż przed sygnałem, że muszę już wychodzić, aby zdążyć gdzieś dalej (znowu Z). Zagryzłam ostatnim kawałkiem chleba i w drogę - realizować kolejne zadania (wszechobecne Z).
Dzisiaj też pewnie nie poczytam tak, jak chciałam, leniwie, niespiesznie, pachnąc kremami i grzejąc stopy pod pajęczą kołderką.
Ale jeszcze się nie poddam terrorowi Z. Wymyślę sobie inną literkę. Jaką?

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

PPŻ i obszar "Humanista"

Należy się poskładać jak klocki do pudełka, należy się zebrać w kupę jak puzzle. Nie chcę być rozrzuconym zbiorem ważnych spraw, niedomyślanych do końca, przypadkowych i samotnych.
Zachęcona działaniami innych blogowiczów, postananawiam wykorzystam potężne narzędzie motywacji winternetowej. Będę myśleć. Więcej - będę wymyślać Nowy Plan na Siebie. Może się wdroży, a może nie, ale co sobie wymyślę to moje. Plan w ramach akcji PPŻ (Permanetna Przemiana Życia). Pewnie, że to naiwne, ale to co. Mój plan, moje życie, choćby sobie głupie było, niech będzie.
A skoro ma być permanetnie, to będą różne obszary, płaszczyzny czy jak tam się to nazywa. Różne aspekty mnie. W kolejności niezaplanowanej, w takiej, jak na chybił trafił.

W obszarze "Humanista" wiele się dzieje. Choćby ten blog. Jeszcze co prawda nie mam nawyku wstukiwania, no ale coś tam jednak kombinuję w tak zwanym temacie. Nad ilością czytanych stron popracuję, ale raczej zamienię weryfikator ilościowy na jakościowy. Czytam w metrze i trawajach, bardzo rzadko w domu. Może nie sto stron dziennie, ale i tak sporo, jeśli się weźmie pod uwagę rozkład mojego dnia. No i oczywiście bardzo dużo czytam w necie.
Postawnowiłam jednak zacząć czytać coś innego niż zawsze. I stąd był ten poprzedni post. I dlatego dzisiaj po pracy kupuję sobie pierwszą porcję inności w postaci czasopism. Ano zobaczymy.
Dodam jeszcze, że to najłatwiejszy obszar do modyfikacji. I na pewno zadziała poprawnie w trybach akcji PPŻ.

piątek, 16 kwietnia 2010

potrzeba tekstu

W szkole podstawowej jedna z pierwszych zapamiętanych przeze mnie pań polonistek powiedziała, że prawdziwy humanista czyta dziennie około 100 stron tekstu. Oczywiście można się zastanawiać, czy miarą prawdziwości osoby reprezentującej taki właśnie sposób podchodzenia do spraw świata może być niezdefiniowana precyzyjnie ilość zbioru liter i cyfr. Ale uznajmy wyważone, powszechne przekonania ze słownika wydaje-mi-się ludzi normalnych i bynajmniej nie uwikłanych w spory metodologiczne z zakresu definiowania zjawisk, które potrafią rozumieć się intuicyjnie.
Taka ja, patrząca na siebie w kategoriach "nie", czytelnik druków różnych, realnych, wirtualnych i niezapisanych, unikająca gazet codziennych i skrótów informacji i tak podawanych skrótowo, bez wyraźnie określonej tendencji poznawczej mam nadzieję, otwarta w nieznanych sobie granicach na nowości i nie bezkrytyczna wobec nurtów dawnych, było nie było kobieta na dodatek, z lekkim skrzywieniem antropologicznym, nie mogę znaleźć sobie w potężnych działach czasopism różnych nic dla siebie.
Fakt że, od dawna nie szukałam. Nie czytałam, nie wiem. Może są pisma dla mnie? Co mogłabym czytać wieczorem przed snem pod śmieszną lampką, przykryta pierwszą warstwą postdziennego zmęczenia? Czy jest coś godnego uwagi?

czwartek, 15 kwietnia 2010

bez tematu i bez treści

nawet mi się pisać nie chce, o niczym

sobota, 10 kwietnia 2010

naleśniki

Dziś jestem bardziej Polakiem niż wczoraj. W kalendarz moich dni, nie pytając o zdanie, same wpisują się narodowe daty, patriotyczne drobiazgi i wielkie sprawy. I jak to z datami bywa - niektóre same grawerują się na taśmie pamięci, a czas ich nie zaciera.
Bolesne dwa wymiary soboty, którą rozpoczęło leniwe smażenie naleśników dla zgromadzonej przed dvd rodzinnej paczki pierzynowych leniuchów. I natychmiastowe po telefonie od Mamy przełączenie kanału mimo głośnych protestów fanów przygód krecika.
Wymiar ludzki. Ściśnięte serce, żal, że komuś dzieje się źle. Tragedia złamanych życiorysów. Tsunami, ataki terrorystyczne i katastrofy właśnie. Niezależnie od tego, jacy ludzie stali się ofiarami, dla mnie są po prostu ludźmi. I tak mi żal.
Wymiar patriotyczny. To mrowienie w kręgosłupie przy okazji narodowych świąt, duma z potęgi hymnu, piękna defilad (oby wojsko od tego tylko było), okrągłej pieczęci i nadruku z orłem na papierze firmowym, zawsze obecnej z nami na międzynarodowych pokazach biało-czerwonej flagi, naszywek na rajdowych koszulkach. I jestem bardziej Polakiem z każdym krzyżykiem na karcie wyborczej, choć czasem ogarnia mnie bezsens tego przejawu demokracji. I tym głośniej mówię po polsku za każdą granicą, im boleśniejsze są opinie w tych krajach o moich rodakach. Każdego dnia po wejściu do pracy, pokonując nudę rutyny i rozbudowanych procedur, walczę ze swoim kulejącym zapałem i panoszącym się uczuciem bezsilności. Lecz wiem w imię czego mam wymagać, także od siebie. Pamiętam, kiedy i co obiecałam.
Dzisiaj jestem jeszcze bardziej Polakiem. Przy mojej fladze powiewa czarna wstęga żałoby, płoną znicze. W moim imieniu, choć czasem o tym zapominam i tego nie doceniam, delegacja mojego kraju wcześnie rano wsiadła do samolotu, by oddać hołd poległym tragicznie Polakom. Polecieli w moim imieniu, jak każdego dnia ich kalendarza reprezentując mnie, tuszując przed światem moją niewiedzę w zakresie narodowych rocznic, abym w całkowitej ignorancji patriotycznych zadań specjalnych, konwenansów i wszystkich tych "bo tak wypada", mogła we własnej kuchni z samego rana smażyć rodzinie naleśniki na śniadanie.

piątek, 9 kwietnia 2010

sprzątanie

Mota poradziła: "zmyj makijaż". Zmyłam. Zaraz po wejściu do pustego domu, jak to zwykle w czwartek. Zaczęłam od twarzy, skończyłam na mokrej podłodze. A gdzieś pomiędzy uruchomiłam zaprzyjaźnione siły magicznych elementów płynących w kablach pralki, zmywarki i odkurzacza. Demakijaż dotyczył też półek w dużym pokoju, parapetu i drzwi balkonowych, ostemplowanych zabawnie niecierpliwym zazwyczaj nosem głodnego psiaka.
"Wystaw twarz do słońca" - brzmiała druga podpowiedź Moty. Z braku słońca w środku nocy pokazałam twarz do internetowego komunikatora. Ciepłe promienie niezobowiązujących konwersacji zmrużyły mi oczy na własne wydumane mroki, ogrzały bezinteresowną sympatią rozmówców, rozleniwiły. W cieniu trudnego dnia usypiałam już spokojniejsza.

czwartek, 8 kwietnia 2010

smutek

Jestem smutna. Mimowolnie pielęgnuję moją melancholię. Nie przykrywa jej wykonany w pośpiechu make-up, nie tuszuje puder, nie koloruje kredka. Na oczach naturalnie kładzie się cień smętnych przemyśleń, rozmyty, w szarym kolorze. Zafascynowana książką o szczęściu popadam w emocjonalne odrętwienie. Usta pękają od nadmiaru przygryzań, policzki zapadają w bladość.
Jestem smutna. Nawet przebrana za kobietę nie czuję się lepiej. Obcasy nie podnoszą mi humoru. Żakiet nie prostuje pleców, nie unosi ramion, a starannie dobrana bielizna nie wypina dumnie piersi do przodu.
Jestem smutna. Specjalnie pomalowałam dzisiaj oczy, aby nie płakać w toalecie przed wieczorem. Pragmatyzm zawsze zwyciężał, więc i tym razem musi mieć znaczenie, że tusz i cień do poprawek zostały w domu. Obok ogromnej paczki przyjaciółek - chusteczek.
Takie banalne, że aż się przydzę. Takie oczywiste, prozaiczne. Potrzebne. Sentymentalnie babskie, niewygodne, niskie. Z piwnicy, a nie z sufitu.

środa, 7 kwietnia 2010

inny wymiar nudy

Zróbmy sobie terapię kolorem, np. dla odmiany dodajmy sobie odrobinę pozytywnej aktywizacji. Zamiast pysznej codziennej earl grey, czerwona torebka rzekomo leśnych owoców. I niech marzenia sobie płyną.
Nie Warszawa, nie środa i nie biuro. Choćby mała przestrzeń własna, prawie zielona wiosną, jak się obudzi. Drewniany domek i puszysty pled na wygodnym leżaku (to marzenia, więc i leżak jest wyjątkowo wygodny), na tarasie oczywiście - zadaszonym, a jakże. Niech będzie świt, chociaż nie lubię wcześnie wstawać, ale dla tego leżaka, ciepłej filiżanki na stoliku, rozświergotanej ściany lasu za płotem - pozwolę otworzyć sobie błękitem zaropiałe od codziennej szarości oczy.
A wszyscy niech śpią. Wygodnie, na piętrze z otwartymi oknami na ten świergot, na nieśmiałą zieleń i poranne przemiany granatu w szafir. Powietrze rześkie, lekko wilogotne, może mgliste, ale chłód nie wciska się pod rozciągnięty sweter niezgrabnie narzucony na ciepłą jeszcze piżamę. Na tej piżamie, miękkiej i kremowej - drobne różowe kwiaty. To marzenia, więc niech sobie będą te powykręcane zabawnie minitulipany.
Ile tak można siedzieć na tarasie i kiedy odkręcić bose stopy z pledu, by szczęśliwą samotność poranka zamienić w dymiący jajecznicą stół, z posypanymi natką serowymi grzankami, tostami, twarożkiem z rzodkiewką i szczypiorkiem (nie, nie z ogródka - to leśna działka przecież), kawą i świeżymi jagodziankami na pośniadaniowy deser?
Ach, miało być o herbacie w kolorze rubinu. Jest przyczyną tych marzeń, no i to ona właśnie zabarwiła mi na różowo tulipany na nieistniejącej jeszcze piżamie.

wtorek, 6 kwietnia 2010

kim będę jak dorosnę

Wymknęłam się cichaczem spod ciepłej pościeli, zgarniając przyduszony poduszką telefon. Od szóstej budził mnie dokładnie co pięć minut, czyli jakieś dwanaście razy. Oparta bosymi nogami o rzeczywistość kuchennej podłogi, wypiłam jak co wewnątrztygodniowe rano filiżankę wody zabarwionej kawą i mlekiem. Świąteczny sernik z rodzynkami osłodził gorzki posmak garści tabletek, białych, żółtych, zielonej. Wiosna. W tabletkach i w oknie.
Nieobecność warszawiaków w tramwajach jest dzisiaj większa niż w piątek. Czytałam sobie we względnej ciszy o szczęściu, ignorując pytania wewnętrzne, natłok poświątecznych obietnic i postanowień. Niby tak zmienić coś, bez przymusu i pretekstu, udoskonalić po prostu tylko ze względu na chcenie, to większa zasługa i trudniej, i trwalej, dojrzalej. A efekt może zostanie.
Poranne kawy pracowe piją się równie szybko co te piżamowe, domowe. Może z racji niedospania, pośpiechu, kamiennych płytek atakujących rozgrzane jeszcze snem paluchy, z każdym łykiem delikatnego beżu pęcznieją we mnie obietnice. Składam je słońcu w szybach sąsiednich wieżowców, dostawcom nabiału i mięsa, srokom w przeniesionym dopiero co z nieznanych mi powodów gnieździe.
Bąbelki obietnic ulatniają się w pracy. Czarna kawa z ekspresu nie bawi się w subtelność. Szczerze pozbawia mnie złudzeń. Dzisiaj słońca nie było. Dostawców nie widziałam zbyt nieuważna z racji braku czasu. Ptaki wiedzą coś na pewno. Z tą wierzbą, jedyną, największą, ukochaną, musi być coś nie tak. Zachorowała pewnie i czeka na jasny błysk wiosennej burzy, jak powalone w poprzednich latach jarzębiny.
Nie zabierajcie mi wierzby. Bo wtedy już nic nie będzie mi z rana trzymać iluzji postanowień. Po kolei, metodycznie i bezdusznie, są mi odbierane asekuracje, marzenia i poczucia. Wiem, przesadzam w słowach, wiem. Jednak wieczorami, tak jak wczoraj, mała dziewczynka ze smutnymi oczami siada w ciszy dużego pokoju wpatrzona w półmroczny sufit i jak zawsze nie wie, kim będzie jak dorośnie.

niedziela, 4 kwietnia 2010

bransoletki



Tym razem Mewa miała pomysł na biżuterię. Cóż, ma niezwykle wyrafinowany gust.

sobota, 3 kwietnia 2010

klocki


Nareszcie trochę czasu dla ludzi najważniejszych, dla spraw właściwych. Można towarzyszyć, inspirować, doświadczać. Można układać, budować i burzyć. Najlepsza nauka i zabawa, dla mnie też.

piątek, 2 kwietnia 2010

podniebny klucz


fot. Lars Lachmann (zdjecie z internetu)
Nieświadome tego, że są dla mnie znakiem, a zbieżne szeregi tych dziobatych Ikarów otwierają kluczem błękit, przeleciały nad przystankiem gęsi, skupione i odległe. Może nie gęsi nawet. Ich lot był bezwzględnie doskonały, dwie piękne proste, jeden lider w idealnym centrum, a niebo puste bez nich, odległe i głuche.
Z przyzwyczajenia, z nadzieją, z potrzeby, z przekory, na szczęście oderwałam wzrok od małej siebie, zapakowanej już w czerwono-żółty prostokąt na kołach, zaspanej i tępej od bezmyślnej codzienności. Czego znakiem są gęsi? Jakie niebo otwiera ten klucz?