Wymknęłam się cichaczem spod ciepłej pościeli, zgarniając przyduszony poduszką telefon. Od szóstej budził mnie dokładnie co pięć minut, czyli jakieś dwanaście razy. Oparta bosymi nogami o rzeczywistość kuchennej podłogi, wypiłam jak co wewnątrztygodniowe rano filiżankę wody zabarwionej kawą i mlekiem. Świąteczny sernik z rodzynkami osłodził gorzki posmak garści tabletek, białych, żółtych, zielonej. Wiosna. W tabletkach i w oknie.
Nieobecność warszawiaków w tramwajach jest dzisiaj większa niż w piątek. Czytałam sobie we względnej ciszy o szczęściu, ignorując pytania wewnętrzne, natłok poświątecznych obietnic i postanowień. Niby tak zmienić coś, bez przymusu i pretekstu, udoskonalić po prostu tylko ze względu na chcenie, to większa zasługa i trudniej, i trwalej, dojrzalej. A efekt może zostanie.
Poranne kawy pracowe piją się równie szybko co te piżamowe, domowe. Może z racji niedospania, pośpiechu, kamiennych płytek atakujących rozgrzane jeszcze snem paluchy, z każdym łykiem delikatnego beżu pęcznieją we mnie obietnice. Składam je słońcu w szybach sąsiednich wieżowców, dostawcom nabiału i mięsa, srokom w przeniesionym dopiero co z nieznanych mi powodów gnieździe.
Bąbelki obietnic ulatniają się w pracy. Czarna kawa z ekspresu nie bawi się w subtelność. Szczerze pozbawia mnie złudzeń. Dzisiaj słońca nie było. Dostawców nie widziałam zbyt nieuważna z racji braku czasu. Ptaki wiedzą coś na pewno. Z tą wierzbą, jedyną, największą, ukochaną, musi być coś nie tak. Zachorowała pewnie i czeka na jasny błysk wiosennej burzy, jak powalone w poprzednich latach jarzębiny.
Nie zabierajcie mi wierzby. Bo wtedy już nic nie będzie mi z rana trzymać iluzji postanowień. Po kolei, metodycznie i bezdusznie, są mi odbierane asekuracje, marzenia i poczucia. Wiem, przesadzam w słowach, wiem. Jednak wieczorami, tak jak wczoraj, mała dziewczynka ze smutnymi oczami siada w ciszy dużego pokoju wpatrzona w półmroczny sufit i jak zawsze nie wie, kim będzie jak dorośnie.
Nieobecność warszawiaków w tramwajach jest dzisiaj większa niż w piątek. Czytałam sobie we względnej ciszy o szczęściu, ignorując pytania wewnętrzne, natłok poświątecznych obietnic i postanowień. Niby tak zmienić coś, bez przymusu i pretekstu, udoskonalić po prostu tylko ze względu na chcenie, to większa zasługa i trudniej, i trwalej, dojrzalej. A efekt może zostanie.
Poranne kawy pracowe piją się równie szybko co te piżamowe, domowe. Może z racji niedospania, pośpiechu, kamiennych płytek atakujących rozgrzane jeszcze snem paluchy, z każdym łykiem delikatnego beżu pęcznieją we mnie obietnice. Składam je słońcu w szybach sąsiednich wieżowców, dostawcom nabiału i mięsa, srokom w przeniesionym dopiero co z nieznanych mi powodów gnieździe.
Bąbelki obietnic ulatniają się w pracy. Czarna kawa z ekspresu nie bawi się w subtelność. Szczerze pozbawia mnie złudzeń. Dzisiaj słońca nie było. Dostawców nie widziałam zbyt nieuważna z racji braku czasu. Ptaki wiedzą coś na pewno. Z tą wierzbą, jedyną, największą, ukochaną, musi być coś nie tak. Zachorowała pewnie i czeka na jasny błysk wiosennej burzy, jak powalone w poprzednich latach jarzębiny.
Nie zabierajcie mi wierzby. Bo wtedy już nic nie będzie mi z rana trzymać iluzji postanowień. Po kolei, metodycznie i bezdusznie, są mi odbierane asekuracje, marzenia i poczucia. Wiem, przesadzam w słowach, wiem. Jednak wieczorami, tak jak wczoraj, mała dziewczynka ze smutnymi oczami siada w ciszy dużego pokoju wpatrzona w półmroczny sufit i jak zawsze nie wie, kim będzie jak dorośnie.
Uwielbiam te spokojne kawy... :)
OdpowiedzUsuńTak naprawdę chyba żaden z nas nie wie, kim będzie jak dorośnie. I wcale nie czuje, że dorasta :)
OdpowiedzUsuńspokojność małych kaw... ech...
OdpowiedzUsuń