poniedziałek, 29 września 2014

różne stany odwrześnienia

Nie przechodził mi się wrzesień, nie opatrzył, nie dopatulił mnie kurtką, chustą, nie rękawiczkował. A już, niestety, z okna obserwuję, jak się szykuje do przepaździernikowienia... Też pięknie.




Z września tylko wrzosy na balkonie, nowe konta w dziennikach elektronicznych, zlecone rachunki i zamknięty na komputerze folder ze zdjęciami. Żegnam się z nim opróżnionymi butelkami po syropach, rozpuszczonymi saszetkami na letnie pozostałości z emocjonalnych dyspozycji, kroplami na odetkanie zatok myśli.


Powoli wraca mi siła do nowych oddechów.



Nadchodzi czwarty kwartał roku. Zobaczymy, jaki będzie miał dla mnie kolor i jak mnie zmieni. Póki co - dziergam skarpety, bo jesień mi się wciska szparami rozszczelnionych okien i balkonu, łasi się do stóp, które minionej zimy zgubiły gdzieś kapcie, zwinęły dywany i przebierają paluchami z uciechy na zmiany.

czwartek, 25 września 2014

brak tchu


Jest taka teoria, że nasze choroby nie są przypadkowe. Zawsze coś znaczą. To jest jak komunikat organizmu. Podobno "na oczy" chorują ci ze skłonnością do introwersji, którzy dla własnego dobra nie wszystko chcą widzieć, co jest na świecie koło nich. Serce szwankuje tym, którzy zbyt dogłębnie i personalnie analizują rzeczywistość, a dysfunkcje układu ruchu zdarzają się tym, którzy i tak nie za daleko chcieli odejść od siebie.
Trudno oceniać, jak wiele w tym prawdy, a ile głupiej gdybologii czy dorabiania teorii. Fakt faktem rzeczywiście ludzie wykazują zwykle jakieś skłonności do chorób. Przykładowo, żeby nie szukać daleko, ja mam wiecznie problemy z zatokami, a żeby nie było za prosto - z tymi szczękowymi, a nie czołowymi. Mnie czapka nie pomoże, chociaż i tak grzecznie ją noszę gdy trzeba, no ale przecież nie będę paradować w kominiarce!
Zatem od soboty cierpiałam sobie wydaje się normalnie i rutynowo, na lekach własnych, można powiedzieć - apteczny pakiet podręczny. Zwykle po 3-4 dniach jestem już do życia, choć niedoleczona, pociągająca i odmłodzona (znaczy smarkata). Ale działam.
A tu wczoraj - odmowa współpracy.
Biegnę, a brak mi tchu. Robię wdech, ale ten kamień na klacie nie daje się ruszyć. No i jeszcze - kto mi tak obił plecy, że nie mogę się obrócić, schylić, siedzieć, chodzić? Nowe doświadczenie niemocy.

Oficjalna diagnoza - zapalenie oskrzeli. I to takie ponoć fest. Zapalenie zatok to było na początku, a teraz - taki bonusik. Novum, bo nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek na takie coś chorowała.

Zatem teraz półleżę z netbookiem na kolanach. Obłożona chusteczkami, bo mi się nie udaje jakoś elegancko chorować. Nie będę wypisywać, co mnie boli, ale chyba najbardziej te poduszki pod plecami. No i myślę, jaki komunikat otrzymałam... "Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech"?

Cóż, mam sporo czasu na przemyślenia. Do pracy mam wrócić dopiero 6 października...

niedziela, 21 września 2014

mój młody przyjaciel

Proszę, oto mój nowy przyjaciel. Terier walijski. Właśnie skończyła 3 miesiące.

Póki co to bardziej ja muszę się wykazywać, pokazywać świat, bronić przed olbrzymami, szczepić, karmić, no i wycierać podłogi, zbierać strzępy pogryzionych przedmiotów... Wiadomo.
To taka ściema, że dzieci chciały psa. Prawda jest taka, że z mojej strony to była czysta manipulacja.

Opiekowałam się w swoim życiu kilkoma psami. Mój ostatni psi przyjaciel odszedł dwa lata temu. Kora była z nami 13 lat. Myślałam, że nie będę miała więcej psów. Kto sam przeżył, ten wie, dlaczego tak mówię.

Zabawa zaczyna się od nowa. 
Kiedyś miałam mniej cierpliwości, szybciej chciałam widzieć osiągnięcia wychowawcze, chciałam być dumna z każdej podajłapki i innych poprawnie wykonanych komend.
Ale teraz jest inaczej. Pewnie dorosłam.

Póki co pielęgnacyjnie wykazują się domownicy. Czekam na swoją kolej. Póki co jestem panią od tarmoszenia, przytulania, zabawy. Robię zdjęcia. Wprowadzam elementy tresury, ale spokojnie, przy okazji. Nic na siłę, spokojnie. Dajemy sobie nawzajem czas. Wiem, że on tak szybko minie...



próba powrotu do świata blogów



Wrzesień. Dla mnie zaczyna się nowy rok, bo nowe rozkłady dziennej jazdy wyznaczają mi teraźniejszość. W kalendarz wpisało się wiele niespodziewanych zajęć. Jakieś nowe daty, przyszłe wydarzenia, stare wspomnienia. Powoli zaczynam ogarniać te rubryki, choć nie odeszło jeszcze w mojej głowie lato. A tu już rządzi jesień.

U mnie zmian jest wiele. Dobre, złe, jakieś trudne do oceny, wiadomo - życie pokaże.
Postanowiłam sobie kilka spraw, kilka dodatkowych zmian, np. co do tego bloga, zapomnianego. To był kiedyś blog na czarne chwile. Spełnił swoją rolę. Potem próbowałam wrzucać tutaj coś neutralnego, czyli kilka moich przemyśleń co do przeczytanych książek, Zdjęć było mało, żeby nie mówić, że prawie wcale. Nie pracowałam nad jego formą graficzną, stawiałam na słowa, dokładniej - na umiar w słowach. Zatem teraz pewnie będzie inaczej.
Chcę się rozpisać. Chcę panować nad zdjęciami. Chcę wieczorami znajdować czas na czytanie blogów, na komentowanie. Gdzieś chcę zamieszczać swoje dni, marne codzienności, zwyczajne bieganki, szkolne użeranki, frustracyjki i babskie fochy. 
Może powinnam do tego założyć innego bloga... E, nie. W końcu - nie wiadomo ile przetrwam w tym postanowieniu. Póki co jeden blog leżał odłogiem, a tak - leżałyby dwa!