poniedziałek, 27 listopada 2017

czas bałwanów


Miałam w głowie kilka postów. Codzienność je wymyślała. Nawet jakieś zdjęcia robiłam, przypadkowe, ale zawsze.
Najpierw się coś zdarzało, a potem myślałam, że może się tym podzielę. Nie było chwili, miejsca, czasu, aż sytuacja się zmieniała i życie wymyślało już nowy post.

Miało być kiedyś o plackach z dyni, a przy okazji o dogadzaniu sobie. Bo u mnie za dynią to tylko ja jestem, pozostali nieszczególnie. I dlatego dyni mało w mojej kuchni. Ale czasem z wieczora albo innym wczesnym popołudniem w listopadzie ...



Innym razem spadł śnieg, pierwszy taki, ale nawet dość długo nie topniał. Łaziłam jak zawsze po parku i brzozowa alejka była taka:


Miałam chyba coś wtedy o tym napisać, że jeszcze nie minęła dla mnie jesień, a tu już biało. I że nieuchronnie zbliża się czas powrotu do pracy. I że tak bardzo nie chcę :(

A innym razem na parapecie w kuchni usiadł gołąb, z tych mniej strachliwych:


Siedział sobie wygodnie, ignorował moją bliskość. Tak sobie myśleliśmy po obu stronach szyby, że przed odlotem warto sobie tak przysiąść na trochę, pomyśleć.

Zdarza mi się kilka zaledwie chwil w ciągu dnia, krótkich, przerywanych obowiązkami, momentów takich dla mnie. Jestem wtedy przeraźliwie sentymentalna, melancholijna, dawna. W myśli wpraszają się wspomnienia, narzucają się zapomniane już sytuacje, niby bez znaczenia, lecz potem wlokę je ze sobą na spacery, łachoczą ze mną stópki niemowlaka lub doprawiam nimi zupy. Wracają na momenty nieprzemyślane, między chwilami, co się stają i znikają, też z pozoru bez znaczenia.

A tu już czas bałwanów...

czwartek, 16 listopada 2017

macki zaangażowania

Tak trudno być dorosłym i mieć poważne sprawy do załatwienia, bankowe, notarialne, umowy jakieś, dokumenty do sprawdzenia. I jeszcze się na tym nie bardzo znać i instytucjom dawać czas na zgody, decyzje, wpisy, wypisy... wrr.
A tu listopad, słońce za chmurami, drzewa niemal bez liści, marzenia z mglistą szansą realizacji i zniechęcenie, odrętwienie, ząbkowanie, nastoletnie zakochanie, niedospanie, infekcje i inne drobne problemy szkolne.
Na własne biedy duże i małe, poważne i na ogrom tych małych przytłaczających, a w tym wszystkim na brak czasu i zapału, najlepsze są ... biedy innych. Mnie pomaga.
Choć trochę pomóc komuś, bo dla mnie to nie problem. Ze swoimi sobie średnio radzę, ale cudze? Drobiazg.
Dużej kasy na swoje chciejstwa nie mam, ale drobne dla innych - zawsze.
Spokojnego czasu na swoje sprawy nie mam, ale kilka wyrwanych z dnia chwil dla kogoś - zawsze.
Czuję ogólne zniechęcenie i przytłoczenie, ale gdy chodzi o jakieś zabawne akcje natychmiast czuję zaangażowanie.
Więc można powiedzieć, że mnie kręci i to mi pomaga, a nie wcześniakom, że ostatnio dziergam dla nich ośmiorniczki.



I na każdą moją biedę - ośmiorniczka. Na każdą myśl depresyjną - poskręcana macka. Na każdy wewnętrzny grymas duszy - uśmiechnięta buźka.
A moje biedy codzienne i te wielkie niecodzienne niech się wypchają, jak te szydełkowe potworki, kulką silikonową!

sobota, 28 października 2017

post pod psem

Dzisiejszy dzień był tak narwany jak mój pies, terier walijski. Istny kołowrót, głupolek, wariatuńcio. Miałam wrażenie od samego rana, że gonię swój ogon, spotykam ludzi chaotycznie, gnam przed siebie za jakimiś gadżetami, potrzebnymi tylko przejściowo, na chwilę.
Dochodzi północ i niby mam czas dla siebie. Padam na pysk. Dosłownie. Tępo patrzę w monitor. Powinnam położyć się chociaż na chwilę, bo pewnie około 1:30 wypadnie pierwsze nocne karmienie. Ale iść spać to tyle zachodu! Najpierw łazienka, potem te wszystkie przygotowania łóżka itd. A ja padam na - że się tak wyrażę - mordę. Mój wariatek przyszedł ze spaceru i od razu śpi. Farciarz. 
A ja nawet nie mam siły i ochoty odpakować nowego telefonu! Wyobrażacie sobie takie coś? W końcu po kilku latach kupuję sobie nowego smartfona i ... czeka w pudełku od kilkunastu godzin! Odebrałam go po 10:00 i do teraz nie miałam okazji. Hm, może jutro przyjemność będzie większa? Odroczona przyjemność. Kiedyś byłam w tym dobra. Z pełną premedytacją ćwiczyłam sobie charakter. Może dlatego teraz stosunkowo łatwo jest mi rezygnować z tego, co nie jest konieczne do życia i cierpliwie oczekiwać na dogodniejsze chwile, by odpakować swoje pudełka z kawałkami prozaicznych szczęść...



czwartek, 26 października 2017

jesień ku pamięci

Kilka zdjęć z parku, ku pamięci. Bo może to ostatnia jesień w tym parku? Taki piękny, a ja sobie życzę nie oglądać go codziennie. Cóż, nie to, że mi się znudziło, bo nie, takie kolory się nie nudzą. Ale po prostu chcę iść dalej. Marzę, aby zamknąć ten etap i rozpocząć następny. Wydaje mi się nawet, że w zasadzie jestem teraz między etapami. Stąd to pomieszanie nostalgii z obawą, stresik mały jakiś, a co tam!













poniedziałek, 23 października 2017

widoki na przyszłość

Przeprowadziłam się w miejsce tymczasowe, a ja nie lubię tymczasowości, prowizorek i "na próbę". Dobrze mi robi tylko "na zawsze", "na stałe" i od razu tak, jak ma być, po mojemu. 
Oj, wiem, wiem. Nic nie ma w życiu dokładnie tak, ale przecież na własny użytek i dla zdrowia psychicznego mogę sobie przecież udawać. Znaczy, mogłam do tej pory, bo teraz się nie da.
Cierpię w milczeniu i robię tak zwaną dobrą minę na użytek pozostałych domowników. Szukam pozytywów, choć jest ich niewiele. Głównym jest ... tymczasowość. Bo tym razem bardzo nie chcę, aby tak zostało na zawsze.






niedziela, 8 października 2017

czapeczka ze szczęścia

Wczoraj tak sobie łaziłam po parku, wlokłam się koło za kołem, skrzętnie omijając parkowe rzeźby i inne potworki. Nie zawsze się da przysiąść na ławce i poczytać, a właśnie pochłaniam najnowszą powieść jednej z moich ulubionych autorek literatury bestsellerowej. No i żal, bo wcześniej padało, deski mokre, w ogóle wiatr i aura nie ta.
Szłam więc. Szczęścia szukałam.


Jesień w toku, ale trawy w parku jeszcze intensywnie zielone, z koniczynami powszednimi, zapłakanymi nieco. Jestem pewna, że i takie przynoszą szczęście.

Wracałam potem oczywiście ulubioną alejką kasztanową przy osiedlu. Ach te brązowe kulki! Uwielbiam.



No i wczoraj w nocy zaczęłam, a dzisiaj kończyłam, czapkę uszatkę dla najmłodszej. Spała już, robiłam na czuja, no i wyszła ... za mała! Dzień zatem zaczęłam od prucia, a potem już tylko czysta rozkosz. Znowu jest ktoś w moim domu, któremu bezkarnie mogę dziergać te wszystkie maleńkie czapki, skarpetki, sweterki. Takie drobiazgi szybko się robi i można sobie naprawdę pofolgować w kwestii kolorów i wzorów. Bo ta starsza to wiadomo - wszystko czarne i najlepiej nie z włóczki. Ech...


czwartek, 5 października 2017

liście z nie moich drzew


Nie mam nic do powiedzenia. Ot, melancholia mnie naszła przez tę poranną wizytę, pospieszną, nerwową nawet. Wydałam złoty pięćdziesiąt na szatnię, podchwyciłam obojętne spojrzenia. Dzień jakich wiele. Dodatkowo - popaduje sobie, jak mówiła moja babcia. Nie zabrałam parasola, kurtka mokra. Podobno mała nawet nie marudziła za bardzo, tak się ładnie złożyło między karmieniami.
Każdy mój dzień jak liść, żółknie, spada, o wielu zapomnę. Niektóre podepczę, innych szkoda. Niby tak ich dużo. Choć wszystkie policzone, dobrze, że nie znam ilości tych, co jeszcze przede mną.
Takie marnotrawstwo natury, niszczenie, bezduszne wykreślanie drobin życia, usuwanie z drogi. A potem czekanie na odrodzenie w miejscu tych spisanych na straty. O ile się ma odrodzić.
Cóż, to banał rzecz jasna, że umieranie jest częścią życia, lecz i okrutna prawda. Powolne umieranie. Za wielokrotne złoty pięćdziesiąt. Za miliony obojętnych spojrzeń nim zmienią się może kiedyś w litość. Z każdą opowiedzianą w poczekalni historią, rankingiem zabiegów, przypadkowych wykryć i ostatnich chwil na podjęcie działań.
Jak tak się siedzi i słucha to czasem żal tych liści, straconych okazji, losów odmiennych, pokręconych. Smutno mi, że aż ja muszę słuchać skoro nikt inny nie słucha.

środa, 4 października 2017

także ten

Oto nowa rzeźba w parku. "Mieszczanie z Bródna". Wzbudza wiele kontrowersji...





poniedziałek, 2 października 2017

myśli znad kuchennego blatu


Znowu mam tak, że myśli mi szybko biegną i nie nadążam ich pakować w słowa. Upchnąć nie mogę. Mała zasnęła cudem anielskim, stoję w kuchni przy blacie z widokiem znajomym, herbatę po łyczku pobieram. Pranie powieszone, krupnik na gazie i cisza w domu. Może przez to tak mi myśli tupią, zamierzenia galopują.
To jest tak zwana chwila dla mnie. Co powinnam? Zamiast tego kombinuję, co by tu w końcu naprawić w życiu, coś, co ode mnie zależy. I robi się lista spraw do załatwienia, jak za starych czasów spod znaku stresu. Że trzeba by za brzuch się zabrać, żeby może jednak trochę się spłaszczył jeszcze. Ale to by trzeba drożdżówki odstawić. Ale jak odstawić, jak czasem na spacerze to tylko się daje do parku zabrać w dzikim pędzie? A na głodniaka, ja matka karmiąca, trochę jednak nie bardzo, rady nie dam.
Potem, że jeszcze ten język od lat odłogiem leży, na półkach nieprzeczytanych książek leży, aplikacje w telefonie kurzy i tylko wstyd na tym wszystkim narasta. No ale to by trzeba w bardzo obcym języku czytać, a nie we własnym. A to wolno jakoś, za to frustracja większa.
I kilka jeszcze punktów, nie będę wymieniać. Nic z tego nie wyjdzie, wiem o tym. 
Po prostu jesień znowu mi krew burzy, z zakamarków cierpień w głowie wymiata niezrealizowane marzenia na mnie. Każdej jesieni jestem jak nastolatka nad swoim malkontenckim pamiętniczkiem, któremu słodzi, obiecuje, a potem ... przeklina.

piątek, 29 września 2017

lipa


Nie, no zwykła lipa. Żaden pisarz pod nią nie siedzi ani nic. Czasem psy sikają - tyle atrakcji. Czasem ludzie. Serio. Siedzę sobie na balkonie i widzę, że idzie facet, na oko normalny, ale jednak nie. Jedna chwila i staje w rozkroku, sprzęt wywala i sika sobie w najlepsze przodem do dziesięciopiętrowego bloku. No przecież się zachciało, prawda? Mama sama nauczyła, gdy był chłopcem kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu, znaczy się - można.
Wrrr.

Czyli zwykła lipa. Z jednej strony blok, z drugiej - zaplecza sklepów, dwa blaszane garaże, parking. Nic ciekawego. To nie jest najbardziej na świecie imponujący widok z okna. I nie najładniejsze drzewo. Nawet dla mnie jest lipa po prostu druga po wierzbie.

A jednak patrzę na nią inaczej niż mój aparat. Dla mnie jest piękna, jesienią pierwsza żółknie, zawsze od wierzchołka. Pierwsza też barwi trawnik. Okrywa te wstydliwe miejsca dookoła siebie litością, wyrozumiałością i czym tam jeszcze.


wtorek, 26 września 2017

spaceruję po parku

W zasadzie tylko kasztany zdradzają, że już jesień. No i może trochę żołędzie pod dębami. A cała reszta zieleni panoszy się jeszcze w najlepsze po parku i drwi sobie z aury, chłodnawej ostatnio, płaczliwej.
Oprócz tego ostrzegłam kilka zaledwie żółtych liści na klonie. I tyle. Za to kasztany zwijają się w rdzawe brązy na całego.
Lubię tę porę roku. Wiem, powtarzam się co jesień.





O, i proszę - fontanna, dwie w zasadzie. Ta duża to nowe cudo, z tego roku, chyba specjalnie dla mnie. Ostatnia deska ratunku dla mojej najmłodszej, żeby zasnąć. No i dla mnie, bo jak zaśnie, zasiadam sobie wygodnie na jednej z ławek w pobliżu i czytam, czytam, czytam. Poniżej moja ulubiona ławeczka w alejce przy fontannach.



Normalnie nie miałabym czasu chodzić przedpołudniami po parku. Pewnie siedziałabym w pracy, sfrustrowana i zła, otoczona przez negatywne emocje. A że przejawiam skłonności do samonapędzania się, pewnie eskalacja stresu we mnie urosłaby do niebotycznych rozmiarów.
Nie zamierzałam już chodzić z wózeczkiem po parku. Bardziej przymierzałam się do zmiany pracy, mieszkania, życia. A tu życie zmieniło się dla mnie najpierw.
Cudownie.

Każdego dnia cieszę się, że nie jest po mojemu. Zwykle dwa razy w ciągu nocy dziękuję, bo wtedy taka cudowna cisza, a w blokach tylko palą się światła w oknach klatek schodowych, że nie mój plan się realizuje. Z każdą zmienioną pieluszką i opróżnionym słoiczkiem zastanawiam się, jak mogłam dotychczas tego nie robić. Podczas każdego karmienia piersią patrzę w małe roziskrzone oczki, dla których jestem jeszcze całym światem.
A tego wszystkiego nie było w planach. Niewiarygodne...
Wymyśliłam dla siebie o wiele prostszy scenariusz, lecz jednocześnie - monotonny. Myślę nawet, że bliźniaczo podobny do tego, jaki realizowałam. Podejrzewam, że by mi się znudził. Coś tak myślę, że niewiele by upłynęło, zanim znowu nie stałabym się sfrustrowana i zła.

Rok temu, pamiętam, tak się bałam. Wszystko było przed. Teraz spaceruję po parku.

czwartek, 21 września 2017

ciii...

Świat coś płacze przed wierzbą, nad parkiem, na lipę, maluje bulgoczące okręgi na kałużach. Nie da się wyjść na spacer i trudno uśpić malucha w domu. Tylko powietrze okalające wózek utula lub pierś moja oczy w sen zamyka. Inaczej - maruda. Nosić trzeba, zabawiać, opowiadać.

A tu dodatkowo sezon się zaczął. W każdym pokoju napoczęta dwusetka chusteczek, sól morska, sok malinowy, czosnek. Średnia była przeziębiona, a teraz właśnie ta najmłodsza katarzy, no i ja - 38 stopni i inne historie. Leczenie tylko naturalne, mam nadzieję, że wystarczy, by ochronić nas przed wizytą w przychodni.

Mówią, że katar to siedem dni. Dziś zatem dzień czwarty mija opornie, lecz przecież z każdą zużytą chusteczką ubywa powodów zaczerwienionych nosów i oczu łzawych.
Chodzę po cichu w samych skarpetkach, by nie spłoszyć snu z takim trudem wyssanym. Herbatę z sokiem popijam. I myślę, jak to się szybko priorytety zmieniają.


poniedziałek, 18 września 2017

moje drzewa


Stoję z kubkiem herbaty przy kuchennym blacie pod oknem z widokiem na wierzbę. Obok lipa, złapała już trochę słońca w liście. Wiele wskazuje na to, że to ostatnia moja jesień przy tym oknie. Zabawne. Nie ja wybrałam to miejsce, niby go nie kochałam. Ale może to miejsce oswoiło mnie? 17 lat prawie. Skarżyłam się wierzbie, żałowałam jarzębin, a lipa podsumowywała moje marzenia. Nadszedł czas na pójście dalej. A jakby żal. Sama nie wiem. Może to tylko przez zasiedzenie?
Będę przecież w pobliżu jeszcze przez jakiś czas, naprawdę bardzo niedaleko. I niewiele się zmieni, tylko wierzba na dąb, tylko zachód na wschód. Nadal będę chodziła z psem pod kasztanami i z dzieciakami po parku, choć pewnie wkrótce fontanny przestaną działać. 

Nielogiczna jestem, emocjonalna, banalna. Bo i żal, i chciałabym odejść stąd dalej. Skoro zostawiam to chcę kategorycznie, na zawsze, gdzieś bardziej. Nie tylko kierunki świata zmienić, ale świat, nie widok jedynie a istotę. 
Znam siebie i wiem, że się uda. Musi. Prędzej czy później, tej jesieni lub kolejnej. I pewnie znowu stanę przy oknie, wtedy z widokiem na dąb, z herbatą w ulubionym kubku i wystukam z nostalgią i drżeniem do ludzi, których nigdy nie widziałam, że nadszedł czas, że się ziściło, wymarzyłam. Dorosłam.

wtorek, 12 września 2017

jesień na wariackich papierach


Zmiany, zmiany, zmiany. Jaka jesień taka właśnie jest, od dzieciństwa. Jesienią zawsze zaczyna się mój rok, kolejny rok. Może przez to, że lubiłam szkołę, a każdy kolejny etap traktowałam jak szansę na nową lepszą wersję mojego życia?
Dziś nie dla siebie kupuję te wszystkie ołówki i zeszyty, a mój plan każdego dnia tygodnia jest w sumie stały. Cóż za ... strata możliwości rozwoju, nuda, rutyna? Może ... brak dojrzałości?
Teraz jesieniami zgrywam plany lekcji dzieci i nadal szkoła urządza mi czas, organizuje życie. Jasne, że narzekam. Ale też oczywiście w sumie mi to pasuje. Pasowało.

Lecz ta jesień jest szczególna. Mało było zmian? Zaplanowaliśmy kolejne. Co za rok! Zamieszanie, życiowy harmider. A niby po prostu siedzę w domu, sprzątam, gotuję, wychowuję, a ogarnąć się od tych zmian nie mogę. I trochę już tęsknię za taką prawdziwą nudą, siedzeniem bez ruchu, powolnym mieszaniem w filiżance, liczeniem okruszków własnoręcznie upieczonego ciasta. I za takim popołudniem ponurym, zadeszczonym, gdy grzebię w pudłach z włóczkami w poszukiwaniu minut zmienionych na wzory. Za "a może byśmy znowu poszli na spacer?" Taki spacer bez celu, do nie wiadomo dokąd.

Czasem miga mi w lustrze jakaś ja, rozkojarzona, nieuczesana, w oczach listy spraw do załatwienia, w torebce pieluchy i długopisy, jakieś druczki urzędowe, zdjęcia. Głowa opleciona niepokojem, ułaskawiana snem na raty, niespiesznością przy parkowych fontannach. Za bardzo gnam, ale nie da się póki co inaczej. Wszystko jest na już, na teraz. Oczywiście w imię późniejszego spokoju, może w imię powolniejszych przyszłych jesieni? Póki co chaos jest w moim życiu, zamieszanie nawet w tym poście, ale ... niech tak będzie. Nie będę poprawiać.

Jakoś mi się zaczęło mieć pewność ostatnio, że spokój nie jest celem. Wartością życia jest jednak to zamieszanie, to "nie ogarniam". I mimo że zmian dużo to jeszcze chcę więcej, marzę, planuję po cichu. A jak jedno się zaczyna już widzę, że jeszcze tamto bym jakoś poruszyła, kurz wymiotła, zmieniła.

Ignoruję lęk, reaguję tylko na fakty. Może to jakoś mnie w końcu uleczy.

piątek, 11 sierpnia 2017

Bez tytułu

Już noc. Siedzę na balkonie i kradnę sobie czas na sen. W minutach. Ale dni takie upalne, że i myśli sennie rozbijają się w mojej głowie, spać nie dają.
Dniami obwożę wózkiem swoje szczęście po parku, krążę wokół szumu fontann. Nocami rozpamiętuję. Lub tylko jestem. Kim jestem? Kim bywam?

Znów chciałabym wszystko zmienić. To taka świetna okazja. I tak wiele się zmieniło, może by jeszcze? Odważyć się w tej drugiej połowie życia zmienić miejsce, zajęcie, podejście? Przekonać się. Zaryzykować.
Pomyślałam tak w zeszłym tygodniu, spokojnie, zwyczajnie jakoś, niespiesznie. Pomyślałam bez zobowiązań.
I wszystko wróciło. Ten mój głupi lęk. O głupie dotychczasowe wszystko.

Siedzę zatem nocą nieco zgnębiona. Twarda ławeczka, pelargonie podlane w ciemności. Przez otwarte balkony wylewają się sąsiedzkie rozmowy.
Jestem. Bywam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Karmię, karmię, karmię

Zabawne, kiedyś miałam tak mało czasu na wszystko. Miałam wrażenie, że biegam zamiast chodzić i łapię sznurki wielu spraw jednocześnie, niektóre udawało się powiązać, inne tylko pogubić.
Zabawna byłam.
Teraz to naprawdę nie mam czasu. Godziny dnia mijają na karmieniu. Każdemu to, co najlepsze. Dłużące się niekiedy sesje z rozpiętą bluzką, przechyły spod pachy, od których plecy bolą i dziwnie nogi drętwieją, minuty skradzione podczas snu na gotowanie, zamrażanie, podgrzewanie... Jestem tak zaangażowana w gastronomiczny aspekt funkcjonowania mojej rodziny, że nie mam siły na nic ponadto. Ja, taka rozczytana, zaszydełkowana, filmowa i spacerowa, nie mam kiedy zasiedzieć się na balkonie. I dopiero jak zupełnie padły stokrotki zobaczyłam, że to mszyce, podłe.
A spacery mam chaotyczne, krótkie i bezliterkowe. Może czasem się uda do sklepu wejść, oczywiście ... spożywczego.

środa, 5 kwietnia 2017

mama gondolowa


Jestem obecnie codzienną bywalczynią parku. Szwędam się alejkami, skradam ukradkiem. Wymieniam spojrzenia niedospanych oczu z innymi gondolami. Pozdrawiamy się chodem nieśpiesznym, drżeniem dłoni, niepokojem wszytym już na stałe w załzawione tęczówki. Nie gadamy. Nie ma o czym. Historia każdej z nas jest urzekająca i każdy by się wzruszył. Ale nam od tego już niedobrze, od wspominania.
Spacerówki - to co innego. Etap socjalizacji. Można, z tego co pamiętam, bezpiecznie zająć się schematem żywienia, wydalaniem, rozmiarami śmiesznych ciuszków czy patentami na kolejne pięć minut zabawy. 
Ale teraz? Gadać nie ma po co. Każda najchętniej by została w domu, jeszcze na chwilę zasnęła, przysiadła, zapomniała. A tu trzeba do przodu i pchać, pchać, nie przysiadać.
Nie mam czasu czytać ani pisać. Jeśli nie karmię to śpię, dom ogarniam, gotuję. Prowadzę pozory życia mamy starszych dzieci, słucham, lekcje sprawdzam, obserwuję snujące się plany na przyszłość. I czas mi się jednocześnie dłuży i pędzi. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale jest. 
Dokładnie tak, jak jestem sobą i trochę nie jestem. 
Nadmiar myśli przytłacza mnie nocami, spacerami. Zwykle pomaga ich wypisanie. Ale teraz nie jest to czynność wpisana w schemat codziennych zadań gondolowej mamy. Nie ma miejsc na to i chwil.
I tylko czasem w parku czytuję blogi, nie komentuję, bo to by trzeba stanąć, a nie mogę. Zachwycam się codziennością ludzi, że tak może ona innym trwać, gdy mi się bardzo zmieniło. I cieszę się, jak jest dobrze i martwię, gdy ktoś przeżywać musi wielki ból i stratę. 
Jestem trochę wyłączona z głównego nurtu, w bocznej alejce. Choćby nie wiem co, najważniejsza jest obecnie ta moja gondola, co ją pcham.

piątek, 17 lutego 2017

Pranie


O, takie pranie schnie sobie w mojej łazience. Tak, świat po raz trzeci wywrócił się do góry nogami. To było ostatnio tak dawno temu, że już zapomniałam jak to jest mieć w domu noworodka.
Urodziłam córkę.
Proszę tego wydarzenia nie rozpatrywać w kategoriach politycznych, bo one nie miały tutaj nic do powiedzenia.
Moim zdaniem życie jest cudem i ono znowu zostało mi dane, a w zasadzie powierzone.
Mam zatem trzy córki w wieku lat 16 i 9 oraz noworodka, który ma 10 dni.
Na nowo odnajduję się w życiu, bo nic nie jest po prostu. Wszystko zdaje się coraz trudniejsze niż było kiedyś. Stałam się bardziej fizjologiczna, emocjonalna i jakby bardziej skłonna do metafizyki. Problemy mam konkretniejsze i realne potrzeby. Zajmują mnie godziny karmień, wnętrza pieluch i stan moich brodawek, a czas... Tkwię w nim kompletnie bez zastanowienia.













sobota, 28 stycznia 2017

marudne lisy


Siedzę w domu, liski pustynne robię. Sił nie mam ani do wyjścia, ani do lisków. Humor taki jak stężenie tych wszystkich pyłków - niedopuszczalnie toksyczny. 

Czekam. Czekanie jest trudne. Ciężko siebie znieść. Trudno zaakceptować takie rozłożenie czasu w czasie, że teraz jest go jakby za dużo, a w przyszłości na pewno będzie za mało.

I jeszcze te liski coś mi nie leżą. W gazetce takie ładne, ale real zniechęca.
Maruda ze mnie.


niedziela, 1 stycznia 2017

Rok zmian

Cóż, w tym roku wiele się u mnie zmieni. Nie, nie, to nie pobożne życzenia. To fakty. Czekam na nie, bo nie są wcale takie niezapowiedziane, nagłe. Wiem dobrze, że zaistnieją, wiem od jakiegoś czasu.

Teraz cała jestem oczekiwaniem, Przycupnęłam sobie w czasie. Staram się wiele o tym nie myśleć, nie przewidywać, nie marzyć nawet. Zwyczajnie czekam, bez nastawiania się na tak lub na nie, bo to i tak nic nie zmieni i niewiele znaczy. Stanie się. Wtedy się zobaczy.

Mogę tylko w nieznacznym stopniu się przygotować, tak organizacyjnie i życiowo. Dużo i mało, a i tak jakoś mnie przerasta. Bardziej mnie to przeraża, chociaż nie mogę zaprzeczyć, że też ciekawi.

Nie da się jednak o tym nie myśleć dzisiaj, w Nowy Rok.