Przejdź do głównej zawartości

czapeczka ze szczęścia

Wczoraj tak sobie łaziłam po parku, wlokłam się koło za kołem, skrzętnie omijając parkowe rzeźby i inne potworki. Nie zawsze się da przysiąść na ławce i poczytać, a właśnie pochłaniam najnowszą powieść jednej z moich ulubionych autorek literatury bestsellerowej. No i żal, bo wcześniej padało, deski mokre, w ogóle wiatr i aura nie ta.
Szłam więc. Szczęścia szukałam.


Jesień w toku, ale trawy w parku jeszcze intensywnie zielone, z koniczynami powszednimi, zapłakanymi nieco. Jestem pewna, że i takie przynoszą szczęście.

Wracałam potem oczywiście ulubioną alejką kasztanową przy osiedlu. Ach te brązowe kulki! Uwielbiam.



No i wczoraj w nocy zaczęłam, a dzisiaj kończyłam, czapkę uszatkę dla najmłodszej. Spała już, robiłam na czuja, no i wyszła ... za mała! Dzień zatem zaczęłam od prucia, a potem już tylko czysta rozkosz. Znowu jest ktoś w moim domu, któremu bezkarnie mogę dziergać te wszystkie maleńkie czapki, skarpetki, sweterki. Takie drobiazgi szybko się robi i można sobie naprawdę pofolgować w kwestii kolorów i wzorów. Bo ta starsza to wiadomo - wszystko czarne i najlepiej nie z włóczki. Ech...


Komentarze

Prześlij komentarz

Dziękuję!